Facebook

Życie w blokowisku

Z:A 87

KATEGORIA: Temat wydania

W naszym kraju blokowiska administrowane przez spółdzielnie traktuje się niemal jak miejsca wykluczone z jurysdykcji planistycznej. Są one poddawane doraźnym, często przypadkowym ingerencjom przestrzennym i traktowane jako zabudowa tymczasowa, mająca trwać do śmierci technicznej. Nadszedł jednak czas, aby przeanalizować potencjał blokowisk, podjąć względem nich odpowiednie działania i zacząć je traktować jako pełnoprawne, integralne elementy miejskiej struktury.

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie związane z przeprowadzką pożegnanie z wielkim bytomskim osiedlem, gdzie mieszkaliśmy z żoną ponad 40 lat. To długi okres, w którym nigdy nic nie stało się powodem do refleksji ani nad „naszym” i „nie naszym” osiedlem, ani nad implikacjami wynikającymi z życia w tym specyficznym środowisku. Wraz z pożegnaniem przyszedł jednak czas, aby dokonać uporządkowanej analizy osiedlowej rzeczywistości oglądanej dzisiaj z zewnętrznej już perspektywy. Trzeba więc sięgnąć pamięcią wstecz i prześledzić układ przestrzenny, wyraz architektoniczny budynków, sposób zarządzania i administrowania, a co najważniejsze – nasze związki emocjonalne czy też, jeżeli można to tak określić, relacje społeczne z tym miejscem. 

PRZYPADKOWA MIESZANINA

Struktura przestrzenna osiedla powstałego w największej części w latach 60. i 70., stworzonego na potrzeby przemysłu ciężkiego, sprawia wrażenie ćwiczenia semestralnego z urbanistyki, w którym poszczególni studenci projektowali odrębne fragmenty zabudowy o modernistycznej typologii. Znajdują się więc tutaj falowce, grupy zabudowy punktowej, silnie zryzalitowane węże bloków, układy grzebieniowe, a także potężne, ortogonalnie ustawione 11-kondygnacyjne szafy. Całość ma charakter kolażowy, bez wykształconych jakichkolwiek elementów organizujących bądź krystalizujących układ przestrzenny. Sieć ulic i chodników tworzy mało czytelną plątaninę, wymagającą osobliwej wiedzy na temat poruszania się po osiedlu. Zieleń stanowi pomieszanie przypadkowych nasadzeń drzew i krzewów z rozległymi trawnikami o „urodzie” pastwisk. Bloki mieszkalne (trudno bowiem nazwać je domami) odzwierciedlają biedę czy też patomodernizm charakterystyczny dla minionego okresu, w którym jedynym priorytetem były efekty ilościowe. Maksymalnie uproszczona geometria tej zabudowy doprowadziła do zmiany werbalnej pojęcia domu lub kamienicy na pojęcie bloku, czyli – biorąc pod uwagę źródłosłów – czegoś nieprzyjaznego i budzącego złe konotacje. Mamy tu do czynienia z przeglądem niemal wszystkich dostępnych w latach 70. technologii prefabrykacji z jednoznacznym zuniformizowanym wyrazem fasad prostopadłościennych pudeł i pudełek. Całe osiedle, mimo że znaczna część mieszkań została sprywatyzowana, jest zarządzane i administrowane przez spółdzielnię mieszkaniową. Choć z definicji stanowi ona organizację na wskroś demokratyczną i społeczną, w rzeczywistości jawi się w świadomości mieszkańców jako zupełnie anonimowa instytucja. 
 

Il. Piotr Średniawa
 

Il. Piotr Średniawa

OSOBLIWY PODZIAŁ OSIEDLOWEJ PRZESTRZENI

Tak jak różna od typologii miejskiej jest struktura przestrzenna osiedla, tak samo przestrzeń osiedla jest pojmowana i użytkowana przez jego mieszkańców inaczej niż przestrzeń miejska. W tradycyjnym zurbanizowanym obszarze miejskim zasadniczo rozróżniamy trzy typy przestrzeni. Pierwszym są miejsca publiczne, place i ulice, wzdłuż których rozciągają się mniej lub bardziej wyszukane fasady kamienic o indywidualnym wyrazie architektonicznym. Druga grupa to przestrzenie półprywatne, czyli podwórza, halle i sienie, a także starannie kiedyś zaprojektowane klatki schodowe. Trzeci typ to już same mieszkania o zróżnicowanym charakterze, zależnym od niegdysiejszego statusu materialnego i społecznego właścicieli lub lokatorów. Te trzy przestrzenie tworzyły i tworzą klasyczną oraz utrwaloną w świadomości społecznej tkankę i strukturę miejską. 

W przypadku osiedli podział ten wygląda inaczej. Przestrzenie publiczne przybrały postać terenów niczyich z jednolitą, pozbawioną indywidualnego charakteru zabudową blokową. Degeneracji uległy miejsca półprywatne, sprowadzone do pomalowanych na gołąbkowy lub seledynowy kolor ciasnych klatek schodowych. Pozornie niezmienioną formę utrzymały wnętrza prywatnych mieszkań, jednak ich tożsamy układ przestrzenny, przy zastosowaniu oszczędnego normatywu oraz przy braku elastyczności spowodowanej technologią prefabrykowaną, pozbawił je osobistego charakteru. Nawet ogromna pomysłowość nie zmieni faktu, że możliwości ich indywidualnego urządzenia i umeblowania są bardzo ograniczone. Istotne dla społecznego funkcjonowania osiedla jest rozproszenie usług podstawowych, bez wygospodarowania chociażby minicentrum, oraz brak jakichkolwiek propozycji związanych z kulturą. Jedyny z nią kontakt, w dodatku budzący duże wątpliwości, zapewniają setki przymocowanych do balkonów talerzy anten satelitarnych. 

Mimo że administracyjnie byliśmy z żoną mieszkańcami miasta, to sposób naszego funkcjonowania, nawet przy dużej dozie wyobraźni, trudno nazwać miejskim. Trzeba powiedzieć, że wielka płyta to nie tylko system budownictwa, lecz także – w polskim wydaniu, ze względu na skalę – styl i sposób definiujący życie co najmniej dwóch pokoleń.
 

Il. Piotr Średniawa

HOMO BLOKETICUS

Najwłaściwszym chyba słowem określającym nasze relacje z tą osiedlową przestrzenią jest obojętność. Wstyd przyznać, ale gdy prowadzono termomodernizację naszego bloku, zupełnie nie miało dla nas znaczenia, czy pastelowy tynk będzie miał odcień oranżowy, czy zielony. Skutkiem powodującej obojętność nijakości tej przestrzeni było to, że nie zdarzyło nam się nigdy pójść w weekend na spacer po osiedlu. Być może świadomie, lub co gorsza podświadomie, zawsze wybieraliśmy się samochodem do parku, lasu – byle dalej od blokowiska. Inna, wręcz odruchowa przypadłość, jaka nam towarzyszyła, to poruszanie się po osiedlu wyłącznie samochodem, nawet jeżeli cel stanowiły pobliski sklep, poczta czy bankomat. Nie wynikało to z poczucia zagrożenia, gdyż teren jest w miarę bezpieczny, lecz z braku potrzeby bezpośredniego z nim kontaktu. Jeżeli my tak funkcjonowaliśmy prawdopodobnie w wyniku odruchowej reakcji, wykazując całkowity brak zainteresowania otoczeniem, w którym żyliśmy od lat, to śmiało można postawić tezę, że syndrom ten dotyka również dużej części pozostałych mieszkańców. Potwierdza to całkowicie wyludniona w weekendy przestrzeń osiedla. 

Jako że duża część naszego społeczeństwa mieszka w blokach, jest to być może jedna z przyczyn dużej atrofii wrażliwości, również wśród elit politycznych i kulturalnych, których przedstawiciele znaczną część swojego dzieciństwa i młodości przeżyli właśnie w blokowiskach. To w takiej przestrzeni przebiegała też „edukacja architektoniczna” wielu osób. 

Drugim syndromem jest atrofia działań prospołecznych. W ciągu czterdziestu lat na naszym osiedlu nie odbył się żaden festyn, koncert czy inny event. Nie zafunkcjonowały tutaj ruchy miejskie ani obywatelskie. Nie było protestów, manifestacji, blokad ulic czy innych form zbiorowego wyrażania niezadowolenia społecznego. Mimo że od lat jesteśmy z żoną społecznie zaangażowani w ramach różnych organizacji, to nasza aktywność była w całości realizowana poza osiedlową społecznością. 

Kolejną postacią atrofii postaw prospołecznych są relacje w ramach jednego bloku czy klatki schodowej. Bloki w początkowym okresie były tu zasiedlane w zupełnie przypadkowy sposób, co miało spełniać quasi-egalitarne założenia komunizmu i w znacznym stopniu utrudniało nawiązywanie sąsiedzkich relacji. W następnych latach dokonała się bardzo intensywna wymiana lokatorów, często parokrotna, czego przykładem stała się nasza klatka schodowa, gdzie wymiana ta sięgnęła 80 procent. W efekcie trudno mówić o jakichkolwiek sąsiedzkich relacjach, które zostały ograniczone do zdawkowego „dzień dobry”. Być może jest to też powód tak niskich wskaźników zaufania społecznego w naszym kraju. Ksiądz Józef Tischner upowszechnił w Polsce pojęcie „homo sovieticus”, autorstwa rosyjskiego intelektualisty Michaiła Hellera, określające skażenie mentalne i emocjonalne wywodzące się z minionego systemu. Komunizm już dawno upadł, ale jego dziedzictwo, tak materialne, jak mentalne, okazało się niestety trwałe i trudne do zresetowania. Trwałym dziedzictwem pozostały blokowiska, w niewoli których społeczeństwo będzie przebywać jeszcze przynajmniej przez dwa pokolenia, a słabo rozpoznane, acz silnie obciążające, pojęcie „homo bloketicus” okaże się znacznie trwalsze niż „homo sovieticus”, chociaż pewnie stanowi jego znaczący element.
 

Il. Piotr Średniawa
 

Il. Piotr Średniawa

IGNOROWANE, ALE POŻĄDANE KIERUNKI ZMIAN

Te subiektywne spostrzeżenia można traktować jako jednostkowy przypadek sfrustrowanych architektów, a blokowiska – jako przejściowe dziedzictwo komunizmu, jednak problem jest znacznie poważniejszy. W Polsce liczącej 38 mln mieszkańców w miastach mieszka około 23 mln ludzi. Szacuje się, że w większych lub mniejszych zespołach zabudowy blokowej mieszka około 10 mln osób, czyli mniej więcej 45 procent ludności miast. To z kolei oznacza, że osiedla mieszkaniowe – blokowiska – mimo że są dziedzictwem minionego systemu, będą jeszcze co najmniej przez 50 lat jednymi z głównych zasobów mieszkaniowych kraju, a my na długo pozostaniemy w niewoli prefabrykacji. 

Jednak w zespołach tych zaszły i zachodzą niekontrolowane procesy. Na modernistyczny układ osiedli bardzo szybko były nakładane nowe, przypadkowe inwestycje. Luki w zabudowie spontanicznie wypełniły zespoły parterowych garaży, a w początkowym okresie transformacji – dziesiątki niewielkich murowanych kiosków i pawilonów. W ostatnich latach w nieprzewidziany sposób realizowane są dogęszczenia zabudowy mieszkaniowej oraz sieciowych pawilonów handlowych. Następuje również stopniowa zamiana zieleni na osiedlowe parkingi w miejscach, gdzie na wyłysiałych trawnikach ludzie zostawiają samochody. Jest to powszechny, ogólnopolski syndrom, gdy na budzące wątpliwość już w momencie powstawania modernistyczne struktury przestrzenne nakładana jest nowa, śmieciowa warstwa pseudourbanistyczna. Póki co w kwestii bloków jedynym wyrazem interwencji jest podnoszenie i utrzymywanie ich stanu technicznego. Ocieplanie styropianem na masową skalę stało się krajowym standardem. Nie zwraca się uwagi na nietrwałość materiału, jakim zostają oblepione krzywe prefabrykaty, na mikropęknięcia tynków akrylowych, szybkie pojawianie się alg i pleśni na północnych fasadach ani na zwężanie się i tak już wąskich balkonów i loggii. Pojawił się również nowy, quasi-estetyczny uniformizm. Szarość prefabrykatów i azbestowych okładzin zastąpiono denerwującą, bieliźnianą pseudokolorystyką. Proces ocieplania bloków sprowadzono do technicznej operacji realizowanej najmniejszym kosztem, niepodnoszącej w żaden sposób jakości funkcjonalnej czy estetycznej. Problem blokowisk jest syndromem ogólnoeuropejskim, jednak w największej skali występuje w krajach byłego bloku wschodniego. Przykłady zachodnioeuropejskich interwencji i rewitalizacji takich zespołów wskazują, że konieczna jest głębsza, kompleksowa ingerencja w układ urbanistyczny i strukturę bloków. Już ponad 10 lat temu na terenie byłej DDR podjęto takie działania. Wielokrotnie nagradzane i publikowane realizacje powstały w Halle i Leinefelde pod kierunkiem architekta Stefana Forstera. Również ostatnie nagrody Miesa van der Rohe zostały przyznane za rewitalizacje blokowisk. W 2017 roku nagrodzono projekt rewaloryzacji modernistycznej zabudowy mieszkaniowej w Amsterdamie, autorstwa pracowni NL Architects i XVW architectuur, a w roku 2019 – przebudowę bloków z lat 60. w Bordeaux, zaprojektowaną przez pracownię Lacaton & Vassal, laureata nagrody Pritzkera z 2021 roku, otrzymanej wspólnie z Frédérikiem Druotem. 

W Polsce blokowiska administrowane przez spółdzielnie traktowane są niemal jak miejsca wykluczone z jurysdykcji planistycznej niczym tereny kolejowe. Podlegają doraźnym, często nieprzemyślanym ingerencjom przestrzennym oraz pozostają zarówno poza zainteresowaniem samorządów terytorialnych, jak i poza obszarem działalności planistycznej, jakby była to tylko tymczasowa zabudowa mająca trwać do śmierci technicznej. Dzisiaj konieczne jest przeanalizowanie zarówno pozytywnego, jak i negatywnego potencjału blokowisk. Wymaga to poważnych i wszechstronnych badań oraz studiów, na bazie których powinno się podjąć działania planistyczne i projektowe w celu uniknięcia w przyszłości destrukcyjnych, niekontrolowanych społecznych procesów, obserwowanych przykładowo w podparyskich satelitarnych miastach-osiedlach. 

Idea osiedli modernistycznych, która z czasem uległa degeneracji, ma prawie stuletni rodowód. Po takim czasie z pewnością nadszedł moment, aby wziąć się za kompleksowe porządkowanie organizacji blokowisk oraz zacząć traktować je jako integralne elementy struktur miejskich, a nie wyalienowane obszary. Lekceważenie tego problemu i separowane cząstkowe działania mogą w dłuższej perspektywie spowodować poważne negatywne następstwa w tak chętnie deklarowanym zrównoważonym rozwoju naszych miast. •

 

Piotr Średniawa
Piotr Średniawa
Architekt IARP

przewodniczący Rady Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP, członek WKUA i MKUA w Katowicach; od 1996 roku wraz z żoną Barbarą prowadzi Biuro Studiów i Projektów w Gliwicach

reklama

Warto przeczytać