Facebook

Stop! Porozmawiajmy o nas!

Z:A 85

KATEGORIA: Temat wydania

Minęły właśnie trzy lata, od kiedy otwarcie i publicznie wypowiedziano wojnę „podpisywaczom”. Co się zmieniło i co osiągnęliśmy? O skali problemu, podjętych działaniach i o tym, co powinniśmy zrobić w przyszłości, przeczytacie poniżej.

Osobiście dorobiłam się wielu siwych włosów, straciłam kilka kilogramów i jak wielu z nas zyskałam liczne grono „mścicieli” oraz hejterów, stających na głowie, aby zniechęcić osoby angażujące się w pracę na rzecz ochrony zawodu architekta do działania i przekonać je, że to ich – „podpisywaczy” – sposób postrzegania rzeczywistości (nad którym pracowali przez całe dekady) jest słuszny, a ci, co uważają inaczej, popełniają błąd, który odbije im się czkawką lub przynajmniej poskutkuje zniesławieniem. 

Przyznaję, miewamy chwile zwątpienia w człowieka. Najczęściej zdarza się to w przypadku tych „złych” ludzi, którzy fałszują rzeczywistość i tworzą przekaz, że czarne jest białe lub przynajmniej ma lekko szarą poświatę. W takich sytuacjach pomocna okazuje się rozmowa z osobami, które myślą podobnie i wierzą, że można naprawić to, co zostało pominięte i zlekceważone przez ostatnie dziesięciolecia. Wzajemne wsparcie dodaje sił, które są wprost proporcjonalne do uporu trzymających się kurczowo patologii „klepania”. A każda patologia jest pewnego rodzaju chorobą, którą trzeba leczyć. Używając branżowego słownictwa – trudno poruszyć „betonozę”, utrwalającą się przez lata w naszym środowisku, lecz trudno nie oznacza, że jest to niemożliwe. Choroba, która za sprawą złych nawyków rozwija się latami, wymaga równie długiego czasu do jej zwalczenia i oczyszczenia organizmu, jakim jest nasz samorząd. 

KROPLA DRĄŻY SKAŁĘ 

Ci z nas, którzy podjęli temat „podpisywactwa”, stopniowo i cierpliwie go drążą. Poszukują sposobów na jego rozwiązanie poprzez analizy. Bez wątpienia fundamentem właściwego działania jest zdefiniowanie problemu, następnie zrozumienie jego przyczyny, a dopiero po jej rozpoznaniu –użycie właściwych metod do jej wyeliminowania. Tak postępuje się w przypadku holistycznego leczenia. Znaleźliśmy się w momencie, w którym nie można już cząstkowo podchodzić do problemów naszego zawodu. Jesteśmy samorządem, który stanowi całość – jeden system, składający się z tworzonych przez jednostki podsystemów. Takie postrzeganie pomoże nam zrozumieć, że wynik działania naszego samorządu nie jest tylko sumą osobnych działań owych podsystemów, lecz wymaga kompleksowego spojrzenia. Zmiana w funkcjonowaniu jednego z elementów może pociągnąć za sobą negatywne skutki dla całego samorządu, który działa w otoczeniu konkurencyjnym, społecznym, ekonomicznym i politycznym. Do sprawnej pracy niezbędne jest współgranie z tym otoczeniem, adaptacja do warunków zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, bez szkody dla nas samych. Postępująca, a także coraz bardziej utrwalająca się degradacja zawodu architekta nie tylko została wreszcie dostrzeżona, lecz także zdefiniowana jako problem podstawowy, z którym należało się zmierzyć. 

CZY NA PEWNO SAMI SOBIE WINNI?

Powrócę na chwilę do analizy wykonanej przeze mnie 3 lata temu, która stała się początkiem „izbowych porządków”. W tekście Sami sobie winni opublikowanym w 67. numerze Z:A opisałam charakter, przyczyny oraz skutki zjawiska. Po 2,5 roku prowadzenia prac w powołanym przy KRIA RP, w ramach Komisji Warunków Wykonywania Zawodu, Zespole ds. Ochrony Zawodu Architekta, doszłam do wniosku, że materiał ten wymaga uzupełnienia. Skala zjawiska, które wielu z nas wydawało się marginalnym i prowincjonalnym problemem, okazuje się tym, czym dla Titanica była góra lodowa. Wiem, brzmi mało optymistycznie, lecz czas mydlenia oczu minął bezpowrotnie, mimo że orkiestra na statku wciąż przygrywa.

CO LUB KTO NAM SZKODZI?

Postaram się przedstawić podstawową listę bolączek. 

Pierwsze miejsce, być może wbrew oczekiwaniom, przydzieliłam nie architektom, lecz inżynierom wykonującym samodzielne funkcje techniczne w budownictwie w ramach nadanych uprawnień do projektowania bez ograniczeń, którzy powinni być członkami IARP, ale nie są. Pośród nich jest także wielu „podpisywaczy” architektury. Osoby te wykonują wspomniane funkcje w pełnym majestacie prawa, gdyż organy aa-b nie dochowują należytej staranności przy weryfikacji obowiązkowej przynależności do IARP. Stąd też wielu z nich, będąc jedynie członkami Izby Inżynierów, wykonuje pracę, za którą odpowiedzialność, w zakresie prawidłowości wykonania ponosi IARP. Niestety w takim wypadku mamy do czynienia z tzw. czynem zabronionym, na który powinniśmy reagować zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa i skierowaniem wniosku o „wszczęcie w stosunku do ww. osoby postępowania karnego dotyczącego bezprawnego wykonywania samodzielnej funkcji technicznej w budownictwie projektanta w specjalności architektonicznej bez ograniczeń”, zgodnie z art. 91 ust. 1 pkt 2 ustawy Prawo budowlane, „bez przynależności do właściwej Izby samorządu zawodowego” – a to z uwagi na naruszenie także art. 12 ust. 1 ppkt 1 ww. ustawy „za samodzielną funkcję techniczną w budownictwie uważa się działalność związaną z koniecznością fachowej oceny zjawisk technicznych lub samodzielnego rozwiązania zagadnień architektonicznych i technicznych oraz techniczno-organizacyjnych, a w szczególności działalność obejmującą: 1) projektowanie, sprawdzanie projektów architektoniczno-budowlanych i technicznych oraz sprawowanie nadzoru autorskiego”, a także art. 12 ust. 7, bez wpisu do centralnego rejestru prowadzonego przez Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego: „Podstawę do wykonywania samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie stanowi wpis, w drodze decyzji, do centralnego rejestru, o którym mowa w art. 88a ust. 1 pkt 3 lit. a, oraz – zgodnie z odrębnymi przepisami – wpis na listę członków właściwej izby samorządu zawodowego, potwierdzony zaświadczeniem wydanym przez tę izbę, z określonym w nim terminem ważności.” oraz zgodnie z art. 6 ust. 1 ustawy z dnia 15 grudnia 2000 r. o samorządach zawodowych architektów oraz inżynierów budownictwa, „prawo wykonywania samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie przysługuje wyłącznie osobom wpisanym na listę członków właściwej izby samorządu zawodowego” – tj. w tym wypadku Izby Architektów. 

Drugą grupę, wpływającą negatywnie na wizerunek architektów, stanowią inżynierowie i technicy z ograniczonymi uprawnieniami, którzy je przekraczają, co, podobnie jak w sytuacji opisanej powyżej, stanowi czyn zabroniony i ma konsekwencje prawne. Są to również osoby fałszujące podpis architekta, z którym mieli okazję współpracować, lub architekta figurującego jako autor projektu typowego. Co należy robić w przypadku stwierdzenia możliwości popełnienia takich czynów? Odpowiedź jest prosta i także zawarta w Kodeksie karnym (art. 270 § 1): „kto, w celu użycia za autentyczny, podrabia lub przerabia dokument lub takiego dokumentu jako autentycznego używa, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Jednak kk sobie, a przestrzeganie przepisów sobie.

Kolejną, trzecią grupę „szkodników” stanowią tzw. projekty gotowe (obecnie chyba już wszystkich rodzajów budynków), potocznie zwane „typówkami”, oferowane inwestorom jako publikacja gazetowa, pretendująca do rangi pełnobranżowego projektu wykonawczego. O nich nie będę się rozpisywać, bo jest to temat wszystkim nam świetnie znany, na odrębny artykuł. Nasze środowisko przynajmniej o „typówkach” mówi jednym głosem i zgadza się, co do skali ich szkodliwości.

Architektów podpisywaczy sklasyfikowałam dopiero na czwartym miejscu. Przepraszam, jeżeli kogoś rozczarowałam lokatą poza podium, a zwłaszcza tych, którzy przez ostatnie 5 lat byli pracowici jak pszczółki i wykonali nawet 2468 projektów.
 

il. Anna Nowokuńska

 

Piątą, niemałą, by nie powiedzieć – niebezpiecznie liczną, grupę stanowią architekci notorycznie odbywający praktykę projektową, nazywani przeze mnie szarą strefą, lecz być może niesłusznie przyznałam im takie skromne, nierzucające się w oczy, odległe miejsce, gdyż osoby te działają w świetle jupiterów: troszczą się o swój PR, pojawiają się na stronach czołowych branżowych czasopism, dbają o odpowiednią liczbę odsłon, chętnie prezentują swoje twórcze dokonania i dumnie prężą pierś jako ich autorzy. Warto wspomnieć, że w natłoku pracy zapomnieli o obowiązku zdobycia uprawnień i przystąpienia do Izby Architektów. W jaki zatem sposób uzyskują pozwolenie na realizację opracowywanej przez siebie dokumentacji projektowej? Odpowiedź jest banalnie prosta: korzystają z usług tych, dla których autoryzacja nieswojego projektu nie stanowi problemu. 

Pewną, także problematyczną, grupę stanowią niestety architekci wnętrz, tzw. dizajnerzy, którzy czasami nadto rozpędzają się w świadczeniu usług i oferują zaprojektowanie całego obiektu. O tym, że jest to niezgodne z przepisami wykraczanie poza posiadane kompetencje, chyba nie trzeba wspominać, należy natomiast uwypuklić, że usługi te są poświadczane przez tych, którzy chętnie dzielą się swoją pieczątką i ponoszą pełną odpowiedzialność za projekty przygotowane przez osoby bez wiedzy technicznej i uprawnień do wykonywania samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie. We wspomnianej grupie znajdują się też wykształceni inżynierowie architekci, realizujący się zawodowo w projektowaniu wnętrz. Niestety, często pod płaszczykiem usług wnętrzarskich oferują i wykonują kompleksową dokumentację wielobranżową i to niemałych obiektów, łącząc funkcje dizajnera oraz przedstawiciela szarej strefy, gdyż jako architektom zdobywającym doświadczenie zawodowe i praktykę projektową, niezbędną do otrzymania uprawnień, łatwiej jest im znaleźć „opiekunów” swoich praktyk. W zagonionej codzienności zawodowej zapominają jednak o przystąpieniu do egzaminu na uprawnienia projektowe, trwają więc w takim stanie przez dekady, a fakt, że dokumentacja projektowa jest autoryzowana przez innego architekta z cedowaniem na niego pełnej odpowiedzialności, nie stanowi dla nich najmniejszego problemu – ani moralnego, ani prawnego. 

W ostatnim czasie w ramach tzw. ułatwień doszły domy 70 m2, jako kolejne „uwalnianie” zawodu.

W całym tym projektowym galimatiasie nierzadko brakuje wsparcia organów aa-b, które niestety nie wykonują należycie swoich obowiązków, co znajduje wyraz w braku rzetelnego sprawdzania uprawnień i przynależności do właściwych izb inżynierów pełniących samodzielne funkcje w budownictwie w ramach uprawnień bez ograniczeń do projektowania architektonicznego nadanych przed 1995 roku, mających obowiązek przynależności do IA. Ponadto w przypadku projektów typowych występuje nagminne korzystanie z dołączanych do nich uprawnień i przynależności do IA autorów „książek”, które są „podkładane” do opracowanej dokumentacji, co w żaden sposób nie jest weryfikowane. Celowo nie używam słowa „adaptowanej”, gdyż PB nie przewiduje takich czynności w ramach pełnienia samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie. Niestety nawet na poziomie ministerialnym ta nazwa się utrwaliła. W przypadku organów aa-b należy wspomnieć o ich obowiązku wynikającym wprost z ustawy Prawo budowlane, a mianowicie (art. 81 ust. 1 pkt 1 ppkt D) uprawniającym organy administracji architektoniczno-budowlanej i nadzoru budowlanego do kontroli przestrzegania przepisów prawa budowlanego, a w szczególności właściwego wykonywania samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie. Pisma do organów aa-b o zwrócenie uwagi na zgłaszane wątpliwości, przeprowadzenie analizy wydanych pozwoleń, a także bieżącą weryfikację zakresu posiadanych uprawnień projektantów będących autorami dokumentacji projektowych zostały przekazane do poszczególnych OIA z prośbą o rozesłanie ich na terenach działań ustawowych okręgowych izb. Należy pamiętać, że organy aa-b także podlegają przepisom prawa, o których mowa w art. 231 kk: „§ 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Przestrzegania prawa musimy wymagać także od nas samych, jako samorządu. Art. 304 tegoż samego kk jednoznacznie określa obowiązek zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, jaki może wystąpić w ww. okolicznościach: „Instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swoją działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub policję oraz przedsięwziąć niezbędne czynności do czasu przybycia organu powołanego do ścigania przestępstw lub do czasu wydania przez ten organ stosownego zarządzenia, aby nie dopuścić do zatarcia śladów i dowodów przestępstwa”.

Jako Zespół Ochrony Zawodu Architektów, w skrócie nazywany ZOZA (a przez niektórych pieszczotliwie zołza, zapewne adekwatnie do specyfiki działań, dających niektórym naszym członkom nieźle w kość), wypracowaliśmy schematy zasadniczych dokumentów, które zostały rozesłane do wszystkich OIA z rekomendacją dla ich wdrożenia w przypadku zaistnienia odpowiednich okoliczności. Są to: 1) zawiadomienie Rady do OROZ, dotyczące przeprowadzenia działań wyjaśniających w odniesieniu do architektów, co do których zachodzą wątpliwości dotyczące faktycznego wykonania dużej ilości dokumentacje projektowej; 2) zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w przypadku podejrzenia lub powziętej informacji o sfałszowanym podpisie; 3) zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w przypadku braku wymaganej przepisami ustawy Prawa budowlanego przynależności do IARP; 4) zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w przypadku przekroczenia uprawnień do wykonywania samodzielnych funkcji technicznych w budownictwie; 5) wniosek do organu aa-b o wznowienie postępowania wydanych decyzji o PnB w przypadku stwierdzenia popełnienia powyższych przestępstw. Ponadto ZOZA przy ścisłej współpracy z KRIA oraz LUOIA opracował zestawienie wydanych na przestrzeni lat uprawnień do projektowania w tzw. ograniczonym zakresie, co ma zasadnicze znaczenie w kontekście właściwej oceny prawidłowości wydanych decyzji – pozwoleń na budowę, odpowiednio do posiadanych uprawnień. Od maja ubiegłego roku ta lista jest dostępna na stronie IARP. 

Konkluzja nasuwa się sama – przestrzeganie przepisów jest najprostszą drogą do szeroko rozumianej ochrony naszego zawodu.

CO I ILE PROJEKTUJEMY?

Procentowy udział prac projektowych według kategorii obiektu przedstawia się następująco: budynki mieszkalne stanowią ok. 51,3%, przemysłowe i magazynowe – 12,2%, biurowe – 8,3%, handlowe oraz usługowe – 7%, hotelowe i związane z branżą turystyczną – 5,4%, przeznaczone na opiekę zdrowotną i społeczną – 4,4%, związane z oświatą – 2,8%, z kulturą – 1,9%, z rolnictwem i hodowlą – 1,5%, z komunikacją – 1,5%, inne – 2%.

Przy analizie zjawiska autoryzowania projektów przez osoby niebędące ich autorami posługujemy się bazą danych GUNB. Wprowadzono założenia ilościowe, opierające się na liczbie projektów przyjętej jako zdroworozsądkowa i możliwa do zrealizowania przez jednego projektanta. Uznano, że wynosi ona 150 pozwoleń na budowę przez trzy lata, czyli badany okres. Czas ten może podlegać wyjaśnieniom po skierowaniu wniosku do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej. Tak przyjęte założenia dały następujące wyniki: na jednego projektanta przypada ok. 50 zrealizowanych projektów rocznie, czyli ok. 4 na miesiąc, co daje 1 projekt tygodniowo. Oczywiście liczba ta dla niektórych projektantów może okazać się nieosiągalna, dla innych, prowadzących duże pracownie projektowe, zupełnie realna. Przy analizie oczywiście bierze się pod uwagę charakter obiektu, na który zostało wydane pozwolenie na budowę, gdyż czas przeznaczony na opracowanie projektu gotowego znacząco różni się od czasu potrzebnego na przygotowanie dokumentacji dla zabudowy mieszkaniowej o kilku tysiącach metrów kwadratowych PUM. Założona liczba wydanych decyzji przypadająca na jednego projektanta jest kluczowa do prowadzenia dalszych analiz o skrupulatnym charakterze. 

Z przeprowadzonej analizy pozwoleń na budowę wydanych w latach 2016–2021 dla obiektów kubaturowych (z wyłączeniem kategorii obiektów, w których projektowaniu architekt nie bierze udziału) wynika, że na 1 746 263 wydane decyzje (stanowiące100%) architekci są autorami zaledwie 358 242 dokumentacji projektowych, co stanowi 20,5%. Pozostałe 79,5% wykonali niearchitekci. W dużym stopniu dotyczy to „tylko” mieszkaniówki, przy założeniu przestrzegania przepisów prawa i kompetencji projektowych (uprawnień), lecz i tak stanowi to ok. 79,5% x (51,3% x 1 746 263) = 712 187 decyzji na budowę budynków mieszkalnych, które są najliczniejszą grupą inwestycji w kraju.

ILE TRACIMY I DLACZEGO MOŻEMY ZAPOMNIEĆ O WYPRACOWANIU CENNIKÓW

Jak te liczby odnoszą się do pojedynczego architekta? Pobawmy się w matematykę: 712 187 : 3 lata = 237 395 wydanych decyzji o pozwoleniu na budowę budynków mieszkalnych na rok. 

Izba architektów liczy ok. 13 000 czynnych członków (czyli takich, którzy mogą wykonywać samodzielne funkcje techniczne w budownictwie). Na każdego z nich przypada 18 projektów rocznie. Czy to dużo? Oceńcie sami, adekwatnie do posiadanych zleceń i ich cen. Nie ośmielam się wykonać analizy strat finansowych, bo jak wiadomo, projekt projektowi nierówny, lecz nawet przy minimalnych założeniach cenowych 18 projektów domów o średniej powierzchni ok. 200 m2 (czyli ok. 15 000–20 000 zł) daje kwotę 300 000–360 000 zł. Oczywiście założone sumy są czysto teoretyczne, wynikają z obserwacji rynku cen i obejmują także, co istotne, wszystkie branże. Lecz nawet przy 40-procentowym udziale architekta w projekcie oznacza to kwotę 120 000–145 000 zł i pełne ręce roboty dla jednej osoby. Tak się jednak nie dzieje, gdyż to nie architekci są autorami tych prawie 80% dokumentacji. 

CO Z POZOSTAŁYMI 20,5%? 

Powróćmy zatem do matematyki: 1 746 263 (wszystkie decyzje o pozwoleniu na budowę) - 712 187 (tylko te, które teoretycznie mogą wykonywać osoby z ograniczonymi uprawnieniami) = 1 034 076 : 3 lata = 344 692 na rok : 13 000 członków IA = 25,5 projektów przypadających na jednego architekta rocznie. Zanim jednak ogarnie Was nieuzasadniony entuzjazm, wyjaśnię – tak się wcale nie dzieje. Co najmniej 6% tej dokumentacji jest „realizowana” przez koleżanki i kolegów, którym winniśmy nadawać medale „przodowników pracy”. Stanowią oni całkiem liczną grupę – od kilku do 25 osób na terenie każdej OIA. Łącznie

do sprawdzenia i wyjaśnienia Zespół ds. Ochrony Zawodu Architekta skierował do Rad Okręgowych OIA lub bezpośrednio do Rzeczników Odpowiedzialności Zawodowej ok. 150 wniosków dotyczących architektów, którzy przez trzy lata zrealizowali 62 500 sztuk dokumentacji projektowej, co daje średni wynik ok. 430 projektów na osobę, czyli ok. 143 na rok i ok. 12 miesięcznie, a zatem 3 sztuki na tydzień. Wynika z tego, że co drugi dzień roboczy wydawana jest dokumentacja projektowa. To jeszcze nie koniec szokujących możliwości produktywnych niektórych koleżanek i kolegów. Rekordziści bowiem wykonują ponad 1500 projektów w ciągu trzech lat, co oznacza, że każdego dnia pracy wydają 2 dokumentacje projektowe. 

To liczby, a jak one mają się do rzeczywistości? Jesteśmy jej uczestnikami każdego dnia, odczuwając na własnej skórze efekty kreatywności biznesowej koleżanek i kolegów, o ile powinniśmy tak nazywać osoby działające na szkodę własnego środowiska. Oczywiście pierwsze, na co zwracamy uwagę, to straty finansowe, jakie ponosimy poprzez patologiczne utrwalenie zjawiska „podpisywactwa”. Lecz ważniejszym skutkiem jest utrata rangi zawodu, stopniowo przejmowanego przez coraz szersze grupy zawodowe, o których była mowa wcześniej. Wracając jednak do cen minimalnych, które stanowią temat każdorazowo elektryzujący środowisko, należy przypomnieć o próbie ich wprowadzenia kilka lat temu, co skończyło się groźbą dotkliwej kary finansowej za próbę monopolizacji rynku. Wielka szkoda, że ówczesna KRIA, pomimo nawoływania o podjęcie ryzyka dla dobra środowiska, obawiając się sankcji, od razu wywiesiła białą flagę, co w przyszłości może okazać się katastrofalnym błędem. W zasadzie, ze względu na wiedzę na temat procentowego udziału architektów w rynku zleceń, trudno z tym polemizować. 20% nie może dyktować cen 80%. Każda próba ustalenia własnych cenników kończy się pętlą na szyi dla nas samych, bo rynek cen zostanie i tak zweryfikowany przez ogół usługodawców, pozostawiając tych ambitnych z koniecznością stosowania odrealnionych, bo odbiegających od rynkowych cen. Niestety to nie architekci są tym ogółem i najwyższa pora, abyśmy to sobie uświadomili. Stopniowe oddawanie rynku zleceń, pozbawianie się kompetencji, sprowadzanie architekta do obowiązkowej pieczątki, której udział w procesie projektowym za chwilę, pomysłem ustawodawców, może także okazać się zbyteczny – oto, do czego sprowadziliśmy nasz zawód poprzez brak szacunku do samych siebie. 

Trzeba także wspomnieć o „nadprodukcji” architektów. Uczelnie wszelkiej maści oferują możliwość kształcenia w tym zawodzie, prześcigując się w zachęcaniu absolwentów szkół średnich do aplikowania na ich wydziały. Ogłoszenie o treści „przyjmiemy bez egzaminu rysunku” jawi się jak kuszenie Adama w raju. Dzięki temu mamy takie wydziały architektury, jakie mamy, a jakość wykształcenia absolwentów zdumiewa. Nic więc dziwnego, że przy takim poziomie „profesjonalistów” jedyne, co nam zostaje, to bycie architektem od kolorów lub od pieczątki – co kto woli. Sarkastycznie rzecz ujmując, może warto ustalić nowy typ uprawnień do wykonywania samodzielnych funkcji technicznych w zawodzie. Na podstawie analizy charakteru rynku zamówień usług projektowych stwierdzam, że sprawdziłyby się uprawnienia adaptatora, podpisywacza czy koloryzatora. Listę można uzupełniać...

Wiem, że rozpędziłam się w swojej wypowiedzi, a jej charakter zaczął być nadmiernie emocjonalny, nieprzystający do powagi miejsca publikacji. Zrobiłam to celowo, aby ukazać skalę „zniszczeń”, które wymagają naprawy. 

W tych niewesołych okolicznościach, w których niewątpliwie znajduje się obecnie zawód architekta, pocieszające jest, że problem jego degradacji zaczyna być dostrzegany przez coraz szersze grono kolegów. Temat podjęty ponad dekadę temu przez nieliczne OIA zaczyna być zauważany, a jego powaga coraz lepiej rozumiana. Skala nieprawidłowości „objawiała się” stopniowo, a prawdziwy ich wymiar został odkryty w ostatnich miesiącach, dzięki wykorzystaniu dobrodziejstw techniki. Rozwój technologii informatycznych okazał się bowiem naszym sprzymierzeńcem. Zaprezentowane wyniki zostały opracowane przy użyciu narzędzia wyszukiwarki raportowania, na podstawie ogólnodostępnej bazy GUNB, zajmującej się prowadzeniem list wydanych decyzji o pozwoleniu na budowę oraz zgłoszeń prac, które jej nie wymagają. Należy podkreślić, że jest to efekt podjętych wspólnie z KRIA wysiłków, które zaowocowały stworzeniem i wdrożeniem tego narzędzia, co jednakże wymagało zgody naszych reprezentantów – delegatów na zjazd krajowy – wyrażonej podczas głosowania. Warto wspomnieć, że zaledwie jeden głos zadecydował o przyzwoleniu na wdrożenie programu do raportowania. Ten jeden głos ma wymiar symboliczny. Ukazuje siłę jednostki w walce o słuszność sprawy. Niby nic, niby tylko jeden i niewiele może, a okazuje się decydujący. Wynik głosowania jest równocześnie dowodem i potwierdzeniem potrzeby raportowania. Rozkład głosów świadczy o naszym podziale, niezrozumieniu problemu, być może o braku woli, aby się nad nim pochylić i zmierzyć z jego skalą. Niestety w tym wypadku przyjęcie metody „na strusia” nie jest dla naszego samorządu i środowiska czynnych zawodowo architektów dobrym rozwiązaniem. O tym wiedzą wszyscy członkowie tej grupy. Tych, którzy z różnych powodów wybrali inną drogę pracy z architekturą lub obok niej, a jednak czują odpowiedzialność za nasze środowisko, proszę o próbę pochylenia się nad coraz bardziej nas nękającymi problemami. Proszę także, aby spojrzeli na nie ze swojej perspektywy, być może osób pełniących funkcje w organach aa-b czy pracowników uczelni, i postarali się znaleźć wspólny mianownik naszych działań. W rzeczywistości zawodowej oraz inwestycyjnej wszyscy jesteśmy po tej samej stronie barykady i gramy do jednej bramki. Liczy się pozytywny, finalny efekt troski o jakość architektury i przestrzeni. 

Na ostatnim zjeździe sprawozdawczo-wyborczym rzecznik PKOIA odniósł się do omawianej powyżej problematyki w bardzo klarowny sposób, który nie wymaga, jak sądzę, dodatkowego komentarza. Jego wypowiedź znajduje się w tym numerze Z:A i serdecznie zapraszam do jej lektury. 

Na zakończenie pragnę podziękować wszystkim koleżankom i kolegom, którzy w minionej kadencji podjęli trudną i niewdzięczną pracę na rzecz ochrony zawodu architekta. Niestety nie sposób nie wspomnieć o rozczarowaniu, jakie pojawiało się wielokrotnie, gdy nie wszyscy podchodzili z należytym zrozumieniem do naszych działań. Wierzę jednak, że stopniowo zostaną przekonani i wszyscy będziemy współpracować z pełną wiarą w ich sens. Załączam prośbę o solidarność środowiska w walce o jego dobrą przyszłość i życzę wielu sukcesów na kolejne lata pracy.

Kropla drąży skałę... •

Renata Święcińska
Renata Święcińska
Architekt IARP

absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej; przewodnicząca Rady Podkarpackiej Okręgowej Izby Architektów RP w V i VI kadencji; uprawnienia bez ograniczeń zdobyła w 1993 roku i od tego czasu wraz z mężem Zbigniewem prowadzi autorską pracownię projektową. Kiedy do zespołu dołączył syn Michał, pracownia zmieniła nazwę na Święciński Architekci (w swoim dorobku mają obiekty produkcyjne, usługowe, budynki mieszkalne jedno- i wielorodzinne, obiekty sakralne); pasjonatka zawodu, chętnie dzieląca się swoją wiedzą i doświadczeniem

reklama

Warto przeczytać