Facebook

Konserwator i architekt – między teorią a praktyką

Z:A 88

KATEGORIA: Temat wydania

Podstawowa zasada, która powinna przyświecać działaniom przy obiekcie zabytkowym, brzmi „primum non nocere”. Niestety, próżno szukać realnych przykładów jej stosowania. Wszystko przez rozbieżność między teorią a praktyką ochrony i opieki nad zabytkami. A konsekwencje ponosi oczywiście sam zabytek – często brutalnie przekształcany i niszczony.

Niniejsze rozważania oparte będą na doświadczeniach wyniesionych z dwuipółletniej pracy na stanowisku Małopolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. W tym czasie w urzędzie procedowane było kilkadziesiąt tysięcy wniosków (tak, zgodnie z rejestrem każdego miesiąca do krakowskiego urzędu, zajmującego się sprawami tylko kilku powiatów z terenu Małopolski, wpływało średnio około 1200 wniosków), choć oczywiście znajdowały się wśród nich także postępowania „z urzędu”. Nie każdy wniosek skutkuje dalszymi działaniami, ale statystykę podaję, by przybliżyć skalę pracy wykonywanej przez zatrudnionych w krakowskim urzędzie kilkunastu pracowników merytorycznych. Konserwator Wojewódzki podpisuje większość, lecz nie wszystkie dokumenty. Co do zasady każda sprawa związana z wydaniem pozwolenia była przeze mnie omawiana z inspektorami prowadzącymi, a w razie potrzeby także z inwestorami lub architektami wykonującymi projekt.

PROCEDURA ADMINISTRACYJNA

Zgodnie z ustawą o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (u.o.z.o.z.) obowiązek ich ochrony spoczywa na organach państwa, opieki zaś – na właścicielu. Dlatego to właśnie podejście właściciela do obiektu jest w sprawach zachowania zasobu kluczowe, a jak wygląda to w praktyce, możemy zobaczyć, rozglądając się wokół. Zabytek architektury czy większe założenie przestrzenne, jak zespół parkowo-pałacowy, obiekt dawnej techniki bądź architektury militarnej – to dla właściciela w pierwszej kolejności nieruchomość, lokata kapitału (czasem traktowana czysto spekulacyjnie). Stan zachowania jest natomiast kwestią drugorzędną. Administracja nie dysponuje efektywnymi środkami działania, które mogłyby skutecznie chronić zabytki przed dewastacją czy zaniedbaniem. Nakaz konserwatorski ogranicza się do prac niezbędnych dla zabezpieczenia (załatać dach, ale wymienić pokrycie już nie). Remont zastępczy czy wywłaszczenie rzadko bywają podejmowane z uwagi na złożoność procedury oraz (stały) niedobór środków finansowych. Dość iluzorycznym narzędziem zapobiegającym niszczeniu zabytków (celowemu, przez zaniechanie opieki, wskutek wandalizmów) okazały się kary administracyjne nakładane przez konserwatora. To procedura przewlekła, wyniszczająca dla urzędu, trudna w egzekucji, a przed sądami często bagatelizowana – znany jest przypadek nałożenia przez sąd kary w wysokości… 1000 złotych za zniszczenie zabytkowego budynku. Mamy więc podstawową rozbieżność między praktyką a teorią ochrony i opieki nad zabytkami, a przyczyną tej rozbieżności jest niska skuteczność egzekucji prawa. Ta sytuacja niesie w konsekwencji dalsze patologie. 

Ogólna zasada dotycząca działania przy obiekcie zabytkowym mówi o „minimalnej koniecznej, niezbędnej ingerencji” (lub też primum non nocere). W praktyce zasada ta nie jest stosowana. Wynika to z odrzucenia innej mówiącej, że podstawą właściwej adaptacji jest dostosowanie funkcji do obiektu, a nie na odwrót. Reguła ta jest powszechnie ignorowana przez inwestorów (a w konsekwencji architektów, których jednym z zadań, poza projektem, jest „załatwianie spraw w urzędach”). Sporadycznie tylko zdarza się, że inwestor/właściciel, zgodnie z prawem przypisanym mu w u.o.z.o.z., zwraca się do urzędu o wydanie zaleceń. Taką sytuację należy uznać za wysoce pozytywną, ponieważ umożliwia ona rozpoznanie problematyki obiektu i planów inwestycyjnych przed wykonaniem projektu, a – w ramach przygotowywania zaleceń – także wstępne ustalenia. Pod każdym względem w praktyce lepiej jest poznać ograniczenia i wskazania dotyczące zakresu prac przed ich planowaniem. Jak jednak wspomniałam, jest to sytuacja wyjątkowa. Na ogół inwestor składa projekt oparty wyłącznie na własnych wizjach i potrzebach, oczekując na jego szybką akceptację. W przypadku odmowy zaczyna się cała, niezwykle obciążająca dla obu stron, procedura „przepychania” projektu przez urząd. Można powiedzieć, że jest ona równie wyniszczająca dla obu stron, jednak w przypadku pominięcia jakiegoś ważnego aspektu najwięcej może stracić zabytek. Rodzi to kolejną rozbieżność między teorią a praktyką, czyli przewlekłość postępowań. Jakkolwiek, zgodnie z k.p.a., sprawa powinna być rozpatrzona bez zbędnej zwłoki (obowiązują terminy administracyjne), to z uwagi na złożoność tematów oraz przeciążenie pracowników terminy te ulegają znacznemu wydłużeniu. Czasem celowemu. Znam przykłady wielokrotnych, bardzo drobnych korekt projektu obejmującego kilkanaście tomów dokumentacji w celu ukrycia poważniejszych modyfikacji. Skomplikowane plany przebudowy obiektów zabytkowych, obejmujące liczne plansze, dokumentacje branżowe, wymagają nie tylko analizy, lecz także wizyty na miejscu – i tu często rodzą się kolejne rozbieżności wynikające ze zderzenia sensu ochrony dziedzictwa per se z wizją inwestora opartą na kryterium zysku i wynikającego z niej projektu, którego głównym celem jest realizacja tej wizji, a nie zachowanie zabytku.

Częstym obszarem rozbieżności między teorią a praktyką są zapisy w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego (MPZP). W teorii powinny one być jednoznaczne. Wśród wielu problematycznych kwestii chcę zwrócić uwagę na termin „dopuszczenie”. W procesie planistycznym urzędnicy przygotowujący projekt planu wskazują możliwości, które – w przypadku obszarów chronionych – są uzgadniane przez urząd konserwatorski. Biorąc pod uwagę, że MPZP obejmuje dziesiątki, a czasem setki obiektów, trudno oczekiwać, że ktokolwiek będzie analizować każdy z nich pod względem technicznym. Można natomiast uznać uwagę właściciela nieruchomości odnośnie do dopuszczenia nadbudowy obiektu, np. jednopiętrowego, w sytuacji gdy w pierzei sąsiaduje on z obiektami trzykondygnacyjnymi. Co z tego wynika w praktyce? Znowu odwołam się do konkretnego przykładu: kilkanaście lat po uchwaleniu MPZP pojawia się projekt nadbudowy jednopiętrowej kamieniczki o trzy kondygnacje, bo tyle „dopuszcza” MPZP. Kamieniczka przez wiele lat niszczała opuszczona, jej stan uległ pogorszeniu. Urząd odmawia, ponieważ tak masywna nadbudowa będzie możliwa tylko pod warunkiem wyburzenia istniejącego obiektu – ani fundamenty, ani ściany, ani układ wewnętrzny nie przeniosą tak dużego obciążenia. Jest to przykład, który pokazuje, że zapisy MPZP nie są i nie mogą być wieczne, a dopuszczenie nie jest równoznaczne z pozwoleniem – to na WKZ spoczywa obowiązek pełnego rozpoznania przedmiotu sprawy, to jego zadaniem jest ochrona zabytków, a nie zaspokajanie bytowych potrzeb inwestora. Trzeba pamiętać, że obiekty budowlane czy uwarunkowania środowiskowe ulegają przemianom w czasie, stąd nowele MPZP są koniecznością. Dodajmy, że nadbudowa całej dzielnicy o jedną, dwie kondygnacje (zjawisko niezwykle popularne w Krakowie na przełomie XX i XXI wieku) bądź adaptowanie niegdyś zielonych podwórek na parkingi (zmniejszenie powierzchni biologicznie czynnej) skumulowane niosą radykalne przemiany chronionego obszaru. To kolejne uzasadnienie dla rewizji planów. W przypadku nadbudowy, poza ochroną samego obiektu, pojawia się kwestia ochrony historycznego krajobrazu miejskiego, np. linii nieba, będącej zapisem przemian budowlanych miejsca, gdzie kiedyś wznoszono wille w ogrodach, a potem wielkomiejskie kamienice. To te przekształcenia uwidaczniają się w rozrzeźbieniu skyline, choć jego walorów często zdają się nie dostrzegać architekci uznający, że kalenice i okapy pierzei należy, w ramach ortodoksyjnie pojmowanego porządkowania, wyrównywać do jednej linii.

Kolejnym etapem, kiedy – w zakresie procedury administracyjnej – następuje rozziew między teorią a praktyką, jest sama realizacja zadania. Łamanie prawa odbywa się tu w stopniu zatrważającym. Projekt, będący podstawą wydania pozwolenia konserwatorskiego, jest na bieżąco modyfikowany podczas realizacji robót. Dochodzi do wyburzeń części zabytku (które miały zostać zachowane), niszczenia wyposażenia (mimo warunków pozwolenia nakazujących jego zachowanie), a nawet tak rażących zmian, jak wprowadzenie dodatkowych kondygnacji i klatek schodowych, czy do celowego doprowadzania do zniszczenia (np. przez ekspozycję niezabezpieczonej konstrukcji na działanie wody opadowej i przemarzanie). Wiele z tych działań należy zakwalifikować jako przestępstwo, ponieważ w ich wyniku następuje celowe uszkodzenie bądź niszczenie zabytku. Problem w tym, że są one prowadzone w sposób świadomy, na zamkniętym, niedostępnym placu budowy, ich założeniem jest spełnienie oczekiwań inwestora, ułatwienie, obniżenie kosztów procesu budowlanego. Równocześnie z punktu widzenia prawa budowlanego ewentualne odstępstwa od projektu można zalegalizować – jednak w przypadku u.o.z.o.z. taka legalizacja jest niemożliwa, ustawodawca bowiem nie przewiduje zmiany warunków pozwolenia post factum. Można to zrobić tylko w oparciu o zmieniony projekt, modyfikacja zaś musi mieć uzasadnienie w postaci zaistnienia nowych okoliczności (konieczna jest podstawa zmiany decyzji administracyjnej). 

WIZJA PROJEKTANTA I BILANS EKONOMICZNY VS OCHRONA ZABYTKU

Wizja projektanta zbieżna jest z wizją inwestora, który „obiekt swój widzi ogromny”, optymalizujący zyski. W toku rozmów często powraca argument o „nieopłacalności inwestycji”, jeśli wyobrażenie to nie zostanie zrealizowane, oraz szantaż porzucenia nieruchomości, jeśli sprawa w urzędzie nie będzie załatwiona pozytywnie. Szczególnie cierpią w takich sytuacjach obiekty otoczone otwartymi terenami zielonymi, takie jak zabytki architektury militarnej czy założenia dworsko-parkowe, nabywane jako działki inwestycyjne, na których istniejąca zabudowa jest traktowana jako obciążenie, a nie potencjał. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku przepięknie położonego skupiska historycznej zabudowy, którą inwestor deklarował ratować, pod warunkiem jednak uzyskania pozwolenia na budowę rozległego kompleksu rekreacyjno-hotelowego, którego powstanie nieodwracalnie zeszpeciłoby i zmieniło kontekst zabytkowej architektury. Tego typu sprawy powinny być rozwiązane przez precyzyjne zapisy planistyczne. Niedopuszczenie w nich zmian wykluczyłoby starania o jakiekolwiek „odstępstwa”, w imię których często uruchamia się lokalnych samorządców i polityków, jako próbę wywierania presji na urzędnikach państwowych (zjawisko nieakceptowalne – powinno skutkować konsekwencjami dyscyplinarnymi). Należy tu zwrócić uwagę na bardzo popularny argument powracający w debacie publicznej, używany przez inwestorów i architektów. Otóż wskazują oni, że „wszystkie prace miały pozwolenie konserwatorskie”, a nikt na tym etapie nie dochodzi do tego, w jakich warunkach to pozwolenie zostało uzyskane. Często jest to niestety skutek nacisków na urząd, który ostatecznie nie ma innej drogi, jak dać zgodę, by uniknąć większych konfliktów, lub też zostaje postawiony przed faktami dokonanymi, jakie – chcąc nie chcąc – musi zaakceptować („pół ściany już się zawaliło, konieczna jest zgoda na rozbiórkę reszty”). Tak czy owak szantaż „opłacalności i bilansu ekonomicznego” jest jedną z najczęściej stosowanych taktyk. Argumentacja ta pozostaje poza obszarem ochrony dziedzictwa oraz opieki nad zabytkami, nie ma też nic wspólnego ani z teorią, ani praktyką konserwatorską. Inną kwestią natomiast jest to, że obiekt zabytkowy może (i powinien) zarabiać na swoje utrzymanie. Wszystko to jednak kwestia proporcji. 

Po zakończeniu robót inwestor powinien złożyć w urzędzie powykonawczą dokumentację konserwatorską – niestety, taka sytuacja zdarza się sporadycznie. W efekcie po kilku, kilkunastu latach nikt nie jest w stanie dojść do tego, jakie przekształcenia faktycznie zaszły w obiekcie. Nie wiadomo, jakie metody, procesy i środki zastosowano. Wiele dokumentacji wykonywanych jest niestarannie, co nie ułatwia późniejszej diagnozy stanu zabytku. Tymczasem tylko prawidłowo przygotowana dokumentacja może być podstawą właściwej opieki czy odpowiedniego ustawienia kolejnych robót. Przykładem niech będzie sytuacja, gdy architekt chciał sprawdzić, w jaki sposób wykonano izolację niecki basenowej w jednej z krakowskich kamienic – w urzędzie nie znalazł jednak nic w tym zakresie, w projekcie basenu nie było, a dokumentacji powykonawczej nie złożono. Wszystko świadczy o tym, że prace remontowo-budowlane w zabytku architektury traktowane są czysto zadaniowo: jest to zlecenie, które trzeba sprawnie przeprowadzić. Z pewnością wielu architektów wolałoby postępować zgodnie z prawem, jednak obawa przed przedłużeniem procedury sprawia, że działają na jego granicy lub wręcz w konflikcie z nim. Konsekwencje tego stanu ponosi zabytek – dobro nieodnawialne – często brutalnie przekształcany i niszczony. 
 

il. Marta Róża Żak

WIEDZA I DOŚWIADCZENIE

Teoretycznie tylko osoba posiadająca uprawnienia projektowe ma wiedzę na temat sposobu prowadzenia robót w obiektach historycznych. Zadbano niestety o zniesienie wymogu na prowadzenie prac w obiekcie zabytkowym. Dodatkowo trzeba mieć świadomość, że w naszym systemie edukacji nie ma takiej dyscypliny jak „konserwacja zabytków” (to akurat właśnie uległo zmianie), w ramach której przygotowywałoby się adeptów architektury czy budownictwa do prowadzenia prac w obiektach historycznych. Ich specyfika opiera się na kilku kwestiach. Przede wszystkim są to budowle wzniesione z zastosowaniem historycznych technik i technologii – ich rozpoznanie wymaga ogromnego doświadczenia i wiedzy, a na ogół i tak w praktyce ogranicza się do konkretnych typów: specjalista z doświadczeniem w zakresie remontów obiektów mieszkalnych nie będzie dysponować wiedzą pozwalającą na prowadzenie prac w obiekcie architektury militarnej lub w drewnianym kościele. Poza aspektami budowlano-konstrukcyjno-materiałowymi pojawiają się kwestie właściwego postępowania z historycznymi detalami technicznego i artystycznego wyposażenia. O tradycyjnych technikach, gdzie brak wiedzy nie pozwala na odróżnienie fresku od klejówki czy wapienia od piaskowca, nawet nie wspominam. Niestety, liczne przykłady prowadzenia remontów pokazują, że te sprawy bywają traktowane jako dodatkowe obciążenie. Jeśli w pracach bierze udział dyplomowany konserwator, to zdarzają się naciski, by prowadził badania tak, by „nic nie znaleźć”, i to samo dotyczy archeologów. Bardzo przykrą sprawą – relacjonowaną zresztą zarówno przez inwestorów, jak i samych architektów – są wskazywane przez niektórych projektantów sposoby „pozbycia się problemu” w postaci rosnących na terenie nieruchomości starych drzew. W efekcie takich działań zabytkowy budynek zostaje pozbawiony swojego otoczenia, oczyszczony z wyposażenia. Czasem jest ono zachowywane dla podtrzymania efektu „dawności”, manifestowania „szacunku dla zabytkowej tkanki”, często eksponowanej w sposób ahistoryczny, nieprawidłowy. Przy czym trzeba stwierdzić, że działania te nie wynikają z premedytacji, lecz ze zwykłego braku wiedzy i wrażliwości. Tu znowu można wskazać przykłady: kamienicy, gdzie bezmyślnie wyrzucono na gruz piękne dziewiętnastowieczne płytki podłogowe, a zastąpiono je standardowymi – z marketu, albo skuwania tynków w celu odsłonięcia historycznego wątku ceglanego (nigdy w historii nieeksponowanego). 

NORMATYWY

Kolejny obszar rozdźwięku między teorią a praktyką wynika z konieczności respektowania przepisów i normatywów budowlanych, które w skali ważności przeważają nad działaniami ochronnymi. Dodatkowe ciągi komunikacji pionowej, szerokość otworów, konieczność wprowadzania drzwi jednoskrzydłowych w obiektach zamieszkania zbiorowego, poprawa nośności przez wymianę stropów czy palowanie fundamentów, zrównoważenie bilansu energetycznego owocujące termomodernizacją ścian bądź wymianą okien, a wreszcie przepisy przeciwpożarowe i wynikające z wymogów dostępności dla osób ze szczególnymi potrzebami – wszystko to stawia przed zabytkiem warunki de facto niemożliwe do spełnienia. W tej sytuacji argument o konieczności dostosowania obiektu w ramach jego „ratowania” jest ogromnym nadużyciem, a niestety pojawia się często. Jedynym właściwym postępowaniem jest tu wspomniane odpowiednie dobranie funkcji do zabytku, bo im większy rozziew między możliwościami adaptacyjnymi historycznej struktury a wizjami inwestora czy projektanta, tym dla obiektu gorzej. 

IDEA KONSERWACJI

Liczne przykłady prac przy obiektach zabytkowych prowadzonych w całym kraju pokazują, że faktycznie odeszliśmy od idei „konserwacji zabytków”. To, co jest realizowane pod tym hasłem przez osoby samozwańczo mianujące się „konserwatorami zabytków”, to masywne, brutalne przebudowy, adaptacje mające z konserwacją tyle tylko wspólnego, że ich przedmiotem jest zabytek ulegający nieodwracalnym zniszczeniom. Konserwacja zakłada zachowanie zabytku, który traktowany jest podmiotowo, a nie przedmiotowo, jak gotowa do dowolnej ingerencji nieruchomość. Konserwacja, jak wspomniano, opiera się na minimalnej, niezbędnej ingerencji, restauracja zaś jest przywróceniem utraconych (na skutek zniszczeń, przekształceń, upływu czasu) walorów. W teorii architekt znający zapisy prawa budowlanego oraz zasady ochrony zabytków powinien być pośrednikiem między wizją inwestora a wymogami poszanowania dziedzictwa. W praktyce jest wykonawcą zadań zlecanych mu przez inwestora.

Jest jeszcze jedna kwestia, w ramach której następuje bardzo wyraźne, uwidaczniające się od lat, napięcie. To wprowadzanie współczesnej zabudowy na obszary historyczne. W Polsce obowiązuje w tym zakresie paradygmat „odróżnialności”. Wywiedziono go dawno temu z zapisu Karty Weneckiej, przez ekstrahowanie z niej fragmentu zdania z pominięciem pozostałych artykułów oraz ducha całego dokumentu. Zabieg ten wystarczył do utrwalenia zasady, zgodnie z którą „cokolwiek, co nie pasuje, jest lepsze niż dopasowane”. Na skutek tego działania zarzucona została tak kluczowa dla zabytku (czy jako pojedynczego obiektu, czy obszaru) wartość, jaką jest „integralność”. Współczesne, ostentacyjnie odróżnialne, formy nie tylko dezintegrują obiekt, przez wchodzenie w konflikt z prawami autora – twórcy oryginału, lecz także stawiają pod znakiem zapytania ochronę zabytków jako taką. Projekt niedopasowany do otoczenia jest po prostu o niebo łatwiejszy w wykonaniu, nie wymaga analizy kontekstu, ani stosowanych na danym obszarze form, materiałów czy faktur. Można go zrealizować w betonie, szkle i cortenie. 

ZAKOŃCZENIE

Współczesna polska architektura ignoruje kontekst. Można tu wskazać projekty realizacji składanych w urzędach w Warszawie, Gdańsku, Krakowie. Bez względu na sąsiedztwo Kolumny Zygmunta, katedry oliwskiej czy synagogi na Kazimierzu są one po prostu identyczne. I tu znowu mogę odnieść się do wielu doświadczeń, ale wspomnę jedno. Otóż stojąc u stóp Wawelu z renomowanym polskim architektem, usłyszałam jego bezradne i zaczepne pytanie: ale do czego tu można nawiązać? Mój wzrok skierował się najpierw w stronę kościółka św. Idziego i wylotu ulicy Grodzkiej z delikatnie zarysowanymi na niebie wieżami kościoła bernardynów, potem w głąb Kanoniczej, gdzie prześlizgnął się po renesansowych i barokowych ścianach pałaców, a na koniec powędrował ulicą Podzamcze po eklektycznych elewacjach, z których każda jest inna, ale wszystkie zgodne z kilkoma prostymi, powszechnie przyjętymi zasadami. Nad nami piętrzyło się wzgórze z potężną ścianą zamku przeprutą weneckimi oknami, z wyniosłymi wieżami katedry i wielością struktur będących kompilacją myślenia o architekturze od romanizmu przez gotyk, renesans, barok aż po wiek XIX. Nie znalazłszy w tych oczywistościach odpowiedzi na pytanie architekta, pozostałam w milczeniu – wszak nie trzeba tu teorii, nie trzeba praktyki, wystarczy znaleźć w sobie trochę wrażliwości dla dorobku minionych pokoleń, a inspiracja przyjdzie sama. •

 

Monika Bogdanowska
dr hab. Monika Bogdanowska

wicedyrektor Narodowego Instytutu dziedzictwa, adiunkt w Katedrze Rysunku, Malarstwa i Rzeźby na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej; w latach 2019–2021 Małopolski Wojewódzki Konserwator Zabytków; autorka monografii budynku Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego, polsko-angielskiego słownika konserwacji malarstwa, współautorka Interdyscyplinarnego Słownika Wielojęzycznego (IMD) oraz licznych opracowań monograficznych poświęconych zagadnieniom ochrony dziedzictwa oraz przekładów tekstów specjalistycznych z zakresu konserwacji dzieł sztuki; członek prezydiów Polskiego Komitetu ICOMOS oraz Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa

reklama

Warto przeczytać