Facebook

Debata potrzebna od zaraz

Z:A 88

KATEGORIA: Temat wydania

Polacy nie są mistrzami w debatach publicznych. Co gorsza, poziom wielu dyskusji drastycznie się obniża. Nie dotyczy to jednak dyskusji o architekturze, czyli zjawiska, które wciąż prawie nie istnieje. Pojawia się zatem szansa, by formę takiej debaty porządnie wypracować. Nie brakuje przecież instytucji mogących wziąć w tym udział: począwszy od uczelni przez stowarzyszenia i instytuty po urzędy oraz ministerstwa. Sprawdźmy, jak miałoby to wyglądać.

Debata o architekturze – horror dla każdego, kto chce określić, czym właściwie jest to niemal mityczne pojęcie o nieograniczonej pojemności. Nic dziwnego, bo podobny problem sprawia już sam termin „architektura”, który – w zależności od określenia jego granic – może dotyczyć tylko pojedynczych obiektów lub aż całości działań przekształcających przestrzeń. To zresztą jedynie początek kłopotów z ustaleniem definicji. W prawidłowo prowadzonej debacie (nie tylko o architekturze) pojęcia muszą dla wszystkich znaczyć to samo. W przeciwnym razie grozi nam: w najlepszym przypadku – sofistyczna ekwilibrystyka, a w najgorszym – logiczny bałagan i związane z nim nieporozumienia. 

Przykłady? Niedawno okazało się, że już sam „ład przestrzenny” budzi u osób zajmujących się architekturą (!) różne skojarzenia. Podczas dyskusji na tegorocznym festiwalu MIASTOmovie we Wrocławiu jedni deprecjonowali ten termin i kojarzyli go z estetycznym i powierzchownym uładzeniem, a drudzy doceniali – jako zjawisko przynależne nie tyle estetyce, ile logice układania przestrzeni. Podobnie bywa z definicjami innych pojęć, zwłaszcza że baumanowska płynna nowoczesność, w której próbujemy ostatnio się poruszać, przymusza do rewizji wielu terminów, w tym słowa „architekt”. A skoro mowa była o horrorze, zaznaczmy, że kłopoty nazewnicze to dopiero hitchcockowskie trzęsienie ziemi, po którym czekają nas gorsze turbulencje.

Czas zatem na problem numer dwa: co w Polsce trzeciej dekady XXI wieku ma być przedmiotem debaty o architekturze? O wszystkim naraz mówić się nie da, więc o czym należy w pierwszej kolejności? I dlaczego ten, a nie inny aspekt wymaga najpilniejszych działań? Wreszcie – jaki ma być konkretny, dający się zmierzyć efekt debaty? Co się na nią powinno składać?

Wiele zależy od perspektywy. Inaczej akcenty rozkładają użytkownicy architektury, a inaczej jej twórcy. Sensowne będzie zatem podzielenie debaty na dwa zazębiające się, ale odmienne nurty – popularny i branżowy. Pierwszy obejmie kondycję i powinności architektury. Drugi – rolę i kondycję zawodu architekta. Dopiero po tym rozróżnieniu można dywagować, kto i jak miałby kształtować obie dyskusje.

Tak pojawia się problem trzeci. Można coś kształtować, gdy dysponujemy dającą się uformować materią. Czy mamy jej dostatecznie dużo? Owszem, rozwija się edukacja architektoniczna, odbywają się debaty, festiwale, wystawy, spacery badawcze, ukazuje się więcej literatury. Wszystko to tworzy jednak wciąż zbyt luźną konstelację działań różnej jakości, która stale ma niewielki wpływ na podnoszenie poziomu krajowej przestrzeni. Niezbędne jest więc silniejsze powiązanie ze sobą instytucji, organizacji i osób oraz dostarczanie informacji o ich działaniach. Takim sieciowaniem i wspomaganiem istniejących już inicjatyw zaczęła się m.in. zajmować najmłodsza ze środowiskowych agend, czyli Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki. 

UCZESTNIK 1 – NIAIU

Od NIAiU zacznijmy zatem przegląd instytucji oraz organizacji mogących coś zdziałać w sprawie debaty. Wydaje się on idealnym organem, który powinien nadawać ogólny ton dyskusji o przestrzeni i architekturze, zwłaszcza w jej popularnym nurcie (kondycja architektury). Pod egidą NIAiU mogłyby corocznie odbywać się interdyscyplinarne konferencje, w których wybierano by najpilniejsze i najbardziej nośne tematy działań edukacyjnych, badawczych i popularyzatorskich do zrealizowania w najbliższym czasie. Decydowano by, przykładowo, czy mają to być – w ślad za ostatnią wystawą NIAiU – antropocen i zmiany klimatyczne. A może jakościowy i ilościowy kryzys mieszkaniowy? Albo suburbanizacja? 

Wybranie „sezonowego” hasła w znaczący sposób mogłoby pomóc zaistnieć Narodowemu Instytutowi Architektury i Urbanistyki w świadomości społeczeństwa oraz projektantów. Pozwoliłoby też dobrze nagłośnić debatę, określić jej czasowe ramy, konkretny termin podsumowania i, co się z tym wiąże, listę rzeczowych działań i rekomendacji: od edukacji przez promocję dobrych praktyk, tworzenie finansowych i instytucjonalnych zachęt po (co bardzo ważne) konkretne zmiany legislacji. Wreszcie – pomogłoby skierować szerszy strumień rządowych i samorządowych dotacji do lokalnych organizacji, takich jak SARP czy NGO, które zajęłyby się nagłośnionym tematem. 

NIAiU ma tę przewagę nad Stowarzyszeniem Architektów Polskich lub Izbą Architektów RP, że jest o wiele słabiej uwikłany w środowiskowe czy wręcz koleżeńskie zależności. Może zatem pozwolić sobie – jeśli w końcu zechce – na bardziej stanowczy oraz krytyczny głos w sprawach istotnych dla architektury. Potencjalnie ma też możliwość lobbingu na rzecz dobrych rozwiązań na szczeblu rządowym. Jego słabością jest natomiast wciąż zbyt niskie dofinansowanie i zbyt silna zależność od władzy. 

Po okresach niemowlęcym i przedszkolnym instytut, założony przed pięcioma laty, powinien zatem nie tylko sięgnąć po pozycję placówki o profilu edukacyjnym i kulturalnym (jak dotąd ma na swoim koncie udane wystawy, publikacje i akcje), lecz także rozszerzyć zakres aktywności – recenzować i konsultować działania polityków oraz dużych inwestorów dotyczące przestrzeni i architektury oraz przedstawiać projekty dobrego prawa i rozwiązań systemowych (związanych z mieszkalnictwem, zielono-niebieską infrastrukturą, konkursami architektonicznymi itd.). Tak rozwinięty NIAiU miałby szansę stać się poważną instytucją zaufania publicznego, budząc u przeciętnego obywatela automatyczne skojarzenie – NIAiU równa się dbałość o architekturę i przestrzeń, źródło rzetelnej wiedzy oraz skuteczność w działaniu. 

UCZESTNICY 2 I 3 – SARP I IARP

Inaczej rzecz ma się ze wspomnianymi już Stowarzyszeniem Architektów RP i Izbą Architektów RP, które zajmują się oboma nurtami debaty: popularnym (jak np. program Kształtowanie przestrzeni Izby, cykliczne imprezy SARP) oraz branżowym. Co prawda i samorząd zawodowy, i SARP, wyrażają co jakiś czas stanowisko w sprawach legislacji lub pozycji architekta, ale po pierwsze – ich głos pozostaje bardzo słabo słyszalny, a po drugie – nie jest tajemnicą, że oba ciała mają różne spojrzenie na wiele kwestii związanych z wykonywaniem zawodu, konkursami lub interpretacją przepisów.

Ten widoczny na zewnątrz konflikt dodatkowo osłabia pozycję środowiska wobec władz oraz silnego lobby proinwestycyjnego. W dodatku odmienne poglądy Izby i SARP rzadko bywają przedmiotem dobrze moderowanej debaty o kondycji oraz przyszłej roli architekta, związanych z tym rozwiązaniach systemowych i prawnych, a także o redefinicji skostniałej i ledwo żywej etyki zawodowej. Ostatnio debaty zanikły nawet w ramach przeprowadzanych przez SARP konkursów (zarówno na projekt budynków, jak i w podsumowaniach roku). A przecież konkursy były, i nadal są, doskonałym elementem kształtowania dyskursu o architekturze. Trzeba tylko dopasować do bieżących realiów komunikowanie rezultatów oraz formę pokonkursowej dyskusji. 

Niezwykle istotne jest też przynajmniej szczątkowe wytrenowanie u architektów wybiegania myślą w przyszłość. Taka refleksja nie stanowi dziś ich silnej strony, choćby dlatego że brak na nią czasu. Wprzęgnięci w wielozadaniowy kierat nieustającej pracy, będąc jednocześnie projektantami, menedżerami, marketingowcami i interpretatorami przepisów, architekci w większości nie są w stanie wygenerować refleksji przekraczającej ich codzienne doświadczenie. Co więcej, wizja głębszych zmian często budzi ich niepokój, poniekąd zrozumiały. Mają podstawy, by się bać, że będą to zmiany na gorsze, gdyż wypracowali skuteczne sposoby lawirowania w obecnym systemie. Może ich odstręczać np. wizja ponownego przecierania ścieżek w nowych przepisach. 

Stąd też częste w środowisku narzekanie na obecną sytuację przy jednoczesnym braku pomysłów na zmiany i płynąca z tego dysonansu irytacja. Tak stało się podczas jednej z dyskusji tegorocznego Westivalu w Szczecinie. Paneliści, zapytani przeze mnie, kto lub jaka instytucja ma zająć się przeobrażeniami krytykowanego przez nich systemu planowania i inwestowania, nie tylko nie udzielili odpowiedzi, ale wręcz mieli pretensje, że takie pytanie w ogóle zostało im zadane. 

Przy tej okazji należy docenić wszystkie lokalne oddziały SARP, które – tak jak ten szczeciński – organizują, mimo skromnych środków, coroczne festiwale lub dni architektury. Stanowią one niekiedy ważny punkt odniesienia w architektonicznej debacie, a czasem (co równie ważne) ukazują niedostatki w zakresie refleksji i innowacyjnego myślenia. 

Skoro zatem praktyczna rzeczywistość skrzeczy i nie ulega w cudowny sposób samonaprawie, a na wyobrażenie sobie innych realiów brakuje architektom woli, czasu lub imaginacji, to warto sięgnąć po nieprzeciążone głowy. Takie, które mają dryg do wyobraźni, czyli – niesłusznie lekceważonej przez praktyków – teorii. 

UCZESTNIK 4 – ŚRODOWISKO POZABRANŻOWE 

Tu otwiera się szerokie pole dla uczelnianych badaczy oraz publicystyki i krytyki architektonicznej, ale przede wszystkim takiej, której nie tworzą czynni zawodowo architekci. Spoglądający z zewnątrz naukowiec, krytyk lub specjalistyczny dziennikarz bywa często nieuwikłany w sprawy środowiska. Ma również więcej czasu na rzeczową analizę oraz poznawanie i badanie rozwiązań sprawdzonych w innych państwach. Patrzy też zazwyczaj niezależnie i – nieobciążony sprawami projektowymi – jest w stanie widzieć szerzej (niekiedy, niestety, kosztem detali). Często, choć nie zawsze, ma lepszy warsztat publicystyczny, co pozwala mu swobodniej przekazać treść swoich analiz i obserwacji. 

Wreszcie – po rozmowach z architektami – uwzględnia i nierzadko ceni ich perspektywę, ale jako jeden, a nie jedyny głos w sprawie. Rola publicysty lub krytyka (i szerzej – mediów w ich idealnym i coraz mniej realnym wydaniu) to bowiem przede wszystkim analiza i podniesienie poziomu przestrzeni tworzonej przez architektów. Ważne jest też tłumaczenie przeciętnemu odbiorcy formy i funkcji doświadczanych budynków. Sprawy środowiska architektów liczą się również, ale głównie wtedy, gdy mają wpływ na jakość projektów. 

Problemem pozostaje tu jednak postawa części czynnych zawodowo projektantów, którym wciąż nie mieści się w głowach analiza ich działań autorstwa wykształconych kierunkowo, ale nieprojektujących autorów. Stale obecne oczekiwanie, by krytykę architektoniczną uprawiali jedynie czynni projektanci, jest tak samo zasadne jak postulat, by krytyką literacką parali się pisarze, a teatralną – aktorzy.

Inna rzecz, że jakość mediów leci na łeb, a redakcje – jeszcze bardziej niż kiedyś – nie mają pieniędzy na utrzymywanie speców od architektury i urbanistyki. Stąd też rzeczowej publicystyki jest mało, a coraz więcej na poły reklamowych notek przepisywanych z materiałów od PR-owców. Działy PR obsługujące duże biura projektowe lub firmy deweloperskie są też coraz bardziej drapieżne. Ostro, a czasem histerycznie (antyteza PR-u) reagują na krytyczne recenzje. Nadmiar PR-owej propagandy i niedostatek fachowych krytyków oraz publicystów mają z kolei wpływ na brak ożywczej wymiany poglądów lub rzeczowych polemik. Jedyną pociechą są pisma i portale specjalistyczne, ale przeważnie nie trafiają one do przeciętnych odbiorców.

Czas zatem spojrzeć uważniej na rolę uczelni w kształtowaniu architektonicznej debaty i w edukacji osób gotowych zajmować się nią zawodowo. O badaczach i ich znaczeniu było już wcześniej, teraz skupmy się na samej edukacji. Od lat słychać, że – inaczej niż na uczelniach zachodnich – polskich studentów nie uczy się ani umiejętnej prezentacji swoich projektów, ani debatowania o architekturze. A przecież zdolność komunikatywnego i logicznego wytłumaczenia lub obrony własnych decyzji projektowych to, oprócz autopromocji, doskonałe narzędzie pracy. Koncept, który nie daje się werbalnie obronić, jest prawdopodobnie zły lub niepotrzebny. 

Zdolność do rzeczowej wymiany poglądów ma również szansę powściągnąć ego przyszłego projektanta, co w debacie architektonicznej jest niezwykle pożądane. Wreszcie – uczelnie powinny, w ramach specjalizacji lub fakultetu, uczyć zasad analizy, edukacji i krytyki architektonicznej, a także atrakcyjnego przedstawiania badań naukowych. Od lat wiadomo przecież, że tylko część absolwentów kierunków architektonicznych będzie projektować. Dlaczego zatem już na uczelni nie dać studentom do ręki porządnych narzędzi potrzebnych w pracy badacza, publicysty lub edukatora?

Jest to tym bardziej zasadne, że powstaje coraz więcej organizacji pozarządowych i stowarzyszeń, które zajmują się powszechną edukacją dotyczącą architektury i przestrzeni – zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Obok niektórych lokalnych oddziałów SARP to właśnie one urządzają debaty lub wykłady, a także spacery edukacyjne i badawcze oraz oprowadzają po interesujących obiektach, wskazują na złe i dobre praktyki. 
 

il. Marta Róża Żak

ARGUMENTY W DEBACIE

Doświadczanie przestrzeni podczas spacerów, połączone z dobrze opracowaną narracją poszerzoną o tło kulturowe i historyczne, bardzo ułatwia zrozumienie formy i estetyki otoczenia. Praktyka pokazuje, że takie działania budzą dużą ciekawość mieszkańców, prowokują ich do pytań i wymiany myśli, a stali bywalcy tego typu imprez stają się niekiedy merytorycznymi liderami opinii – poprzez prowadzenie bloga czy tematycznego profilu w mediach społecznościowych. 

Stowarzyszenia i NGO potrzebują jednak finansowego wsparcia, które zapewniają lub powinny zapewniać w konkursach grantowych władze samorządowe bądź centralne. To jednak niejedyna ich rola w kształtowaniu debaty o architekturze. Są przecież nierzadko dużym inwestorem i wykonawcą zmian w przestrzeni. To doskonała okazja, żeby – w kilku odsłonach – rzeczowo skonsultować swoje zamiary z mieszkańcami, tłumacząc projekty i przyjmując uwagi dyskutantów. Takie spotkania, warsztaty i dyskusje to bardzo dobre narzędzie kształtowania debaty. Pouczające z punktu widzenia mieszkańców, urzędników oraz projektantów (a zwłaszcza odpornych na innowacje drogowców). Podobnie działają właściwie przeprowadzone konsultacje miejskich planów zagospodarowania przestrzennego. Zrozumiały język, obrazowe tłumaczenie i otwartość na uwagi dają szansę, że plan będzie lepszy, a po jego uchwaleniu obędzie się bez protestów. 

Czy jednak władze dostrzegają korzyści płynące z rzetelnego informowania o architekturze? Wiele zależy od miejscowości, ale pobieżne obserwacje pokazują, że zaczyna być coraz lepiej. Wzorem do naśladowania są z pewnością dokonania warszawskie, czyli informacyjne i edukacyjne działania, wystawy oraz spotkania organizowane od dwóch lat przez poświęcony architekturze pawilon Zodiak. W debacie pomagają też miejskie darmowe publikacje, m.in. o klimacie miasta, planowaniu, osiedlach, kształtowaniu szkół, a także regularnie wydawane czasopismo pt. „Plany Warszawy. Magazyn Architekta Miasta”. 

Inne samorządy nie budują jeszcze tak kompleksowych opowieści wokół swoich zamiarów. Czasem działają w efektywny sposób, ale często nie udaje się im jeszcze uciec od tępawej propagandy sukcesu. Zresztą, żeby prowadzić sensowny dialog o przestrzeni z jej użytkownikami, trzeba najpierw wypracować w urzędzie spójne koncepcje i programy. O to jednak trudno, bo nieefektywne silosowe zarządzanie urzędami i zła komunikacja lub konkurencja międzywydziałowa prowadzą niekiedy do powstania przestrzennych i inwestycyjnych strategii o niespójnym, a czasem nawet wewnętrznie sprzecznym charakterze. 

Zakładając jednak scenariusz, w którym plany rozwoju miasta są jako tako poukładane, bardzo cenne jest ich odpowiednie wyeksponowanie. Wzorem może być tu wspomniany Zodiak lub gdyński INFOBox, a także mające już długie tradycje centra informacji przestrzennej w zachodniej Europie. Jak choćby placówka przy rynku w Bolonii będąca jednocześnie czytelnią, miejscem coworkingu, informacją turystyczną i punktem informacji o przestrzeni miasta – jej przeszłości i planach. 

Warto też pamiętać, że tematy architektoniczne muszą być widoczne, dostępne na wyciągnięcie ręki, pokazywane tak, by można je było dostrzec przypadkiem: mijając makietę w witrynie parterowego lokalu lub instalację w przestrzeni publicznej. Owszem, ekspozycje architektoniczne obecne w galeriach lub muzeach (z wrocławskim Muzeum Architektury na czele) również mają wiele sensu, ale istnieje niebezpieczeństwo, że obejrzą je tylko zainteresowani tematem lub entuzjaści. Trudno jest jednak pozyskać w ten sposób nowych odbiorców. Wreszcie, last but not least, jednym z najlepszych argumentów w debacie jest po prostu udana przestrzeń i architektura w skali 1 : 1. •

 

Jakub Głaz
Jakub Głaz

architekt, krytyk architektury, publicysta, animator działań przestrzennych; zajmuje się popularyzacją architektury w prasie, radiu oraz telewizji, a także działaniami na rzecz naprawy miast, prowadzi w tym zakresie wykłady, moderuje dyskusje; autor oraz kurator wystaw architektonicznych

reklama

Warto przeczytać