Facebook

Werbalna innowacyjność

Z:A 71

KATEGORIA: Felieton

Komplikująca się rzeczywistość stwarza konieczność opisania jej innym niż dotychczas językiem. Jednak zachodzi również mechanizm zupełnie odwrotny – to my sami komplikujemy rzeczywistość przez opisywanie jej, nawet dla nas samych nie końca zrozumiałymi, mętnymi pojęciami.

Są takie słowa i zbitki słów, które pojawiają się nagle, wręcz znikąd, i robią zawrotną karierę. W ostatnich latach było tak w przypadku terminu „innowacyjność”. Wszystko musi być mu podporządkowane. Innowacyjne winny być nauka, edukacja, przemysł, technologie, projektowanie, materiały, produkty i usługi. Podobnie jak w epoce gierkowskiego szaleństwa karierę zrobił zwrot „dobra robota”, tak obecnie grasuje beztreściowy frazes innowacyjności. Pomimo tego, a może właśnie dlatego, bynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu, słowo to przenika również do języka architektonicznego. Nasze diagnozy stwierdzają stopniowe minimalizowanie roli zawodu architekta, jednak umyka nam wysoki poziom degradacji profesjonalnego słownictwa, stanowiącego integralny składnik naszej indywidualnej i zbiorowej świadomości.

Język warunkuje nasz sposób myślenia, jest swoistą instrukcją obsługi rzeczywistości społecznej. Jego sukcesywną i stopniową zmianę, wiążącą się z wprowadzaniem nowych słów i pojęć wraz z rozwojem społecznym, naukowym, gospodarczym, a obecnie także z tendencjami globalizacyjnymi, uznaje się za zjawisko normalne. Problem nie jest już językowo-semantyczny, ale świadomościowy i pojawia się nie w przypadku powstawania nowych słów, lecz niespostrzeżonej zmiany lub eliminacji stosunkowo długo i jednoznacznie funkcjonujących pojęć. Wzrastają skłonność do niejasności i podatność na manipulacje. Dzieje się tak również w naszym, szeroko rozumianym, obszarze zawodowym, jednak na tyle stopniowo, że niemal umyka to naszej uwadze.

Architektura i urbanistyka z pozoru nie są werbalnymi dziedzinami działalności twórczej. Posługują się głównie wizualnymi narzędziami komunikacji: rysunkami, schematami, planami, ideogramami, perspektywami, a obecnie systemowymi plikami komputerowymi. Brak w tych rozwiązaniach cech narracyjności lub ich marginalna liczba powinny, wydaje się, czynić te dyscypliny odpornymi na zmiany językowe. Jednak architektura, zarówno w środowisku profesjonalnym, jak i społecznym obiegu, opisywana jest nie za pomocą wymienionych narzędzi, lecz funkcjonującego w danym społeczeństwie i kręgu kulturowym języka. Zamiast znanych, rozumianych i akceptowanych pojęć pojawiają się biurokratyczne i pseudointelektualne słowa lub ich zbitki, którymi bezwiednie i bez dostatecznej refleksji zaczynamy się stopniowo posługiwać. Nie funkcjonują one w naszym środowisku jedynie jako swoista gwara czy dialekt środowiskowy, lecz przede wszystkim i, co ważniejsze, za ich pomocą zewnętrzne otoczenie opisuje nas i naszą pracę. Posługiwanie się językiem i przyzwolenie na jego przekształcenia nie służą tylko do nakreślania zmieniającej się rzeczywistości, lecz – czego sobie nie uświadamiamy – także do jej mimowolnej akceptacji. Nie sposób też wskazać źródła tych zmian – jak już wspomniałem, pojawiają się one wręcz znikąd. Niewątpliwie mamy do czynienia z klasycznym mechanizmem funkcjonowania nonsensu w komunikacji społecznej, który wprowadzony do ogólnego obiegu z czasem staje się normą, aby finalnie przybrać postać jedynej prawdy, mimo że w obiektywnych kryteriach nadal pozostaje nonsensem.

Obecnie język ma charakter ewolucyjnego, jak określił to kiedyś ksiądz Józef Tischner, „kłamstwa strukturalnego”. Nie pociesza fakt, że proces ten obejmuje wszystkie strefy życia i tworzy nieostrą, poprawną politycznie, relatywistyczną, ponowoczesną i quasipostępową rzeczywistość. Dla mnie i architektów z mojego pokolenia ta stopniowa metamorfoza jest jeszcze stosunkowo czytelna, lecz dla młodszych, nieznających innego języka – już nie. Przyjmują oni nowe słownictwo jako jedyne, naturalne i prawdziwe. O ile dość łatwo można wprowadzać zmiany rozporządzeń, ustaw i innych regulacji prawnych, o tyle te w zbiorowej świadomości, której jednym z fundamentów jest język, są niezwykle trwałe. Żeby zasygnalizować problem, sporządziłem – bez specjalnego wysiłku – krótki glosariusz takich innowacyjnych i powszechnie używanych, acz dość dziwnych pojęć. Oczywiście, zacząłem od innowacyjności.

INNOWACYJNOŚĆ – kolejne z dobrze brzmiących słów wytrychów, którymi próbuje się zaklinać i dynamizować naszą rzeczywistość. Jego epidemia przyjęła w Polsce już takie rozmiary, że powinien się nią zająć sanepid, a może nawet Światowa Organizacja Zdrowia.

AUDYT FINANSOWY– pseudoobiektywne i pseudoniezależne opracowanie zawsze udowadniające, że wzniesienie danego budynku w dowolnym miejscu jest opłacalne i że ceny nieruchomości będą wzrastały bez końca.

CERTYFIKAT ENERGETYCZNY – dokument potwierdzający, że całkowicie przeszklony budynek jest wybitnie proekologiczny i optymalny energetycznie.

DEWELOPER – pojęcie przeciwstawne do mecenasa, określa osobę fizyczną lub, najczęściej, prawną, której celem jest uzyskanie maksymalnego zysku z realizowanych budynków i ich zespołów.

EFEKTY KSZTAŁCENIA – zbiurokratyzowany system oceny studentów, kamuflujący chaos programowy na rodzimych wyższych uczelniach architektonicznych.

FAKTURA – dokument żądania zapłaty za wykonane prace projektowe, wystawiany przez inwestorów z dużym opóźnieniem, z największą niechęcią, odrazą i z łaski.

GRANICA INWESTYCJI – przypadkowa linia łamana naniesiona na mapę, pokrywająca się najczęściej z granicą własności terenu. Jej dziwny kształt wynika z historycznych zaszłości i awersji urzędów miast oraz gmin do porządkowania i scalania gruntów.

CENTRA HANDLOWE – wielkie blaszane obiekty na obrzeżach miast, incydentalnie również w śródmieściach, otoczone hektarami parkingów, imitujące przyjazną przestrzeń miejską. Ta iluzja została zdemaskowana przez ustawę ograniczającą handel w niedziele, która zamieniła je w osobliwe bezludne nie-miejsca.

INWESTOR PUBLICZNY – w Europie podmiot bardzo ceniony, dbający o jakość przestrzeni, w Polsce natomiast działający zupełnie odmiennie, poprzez powszechne stosowanie w zamówieniach publicznych kryterium najniższej ceny skutecznie dewastuje przestrzeń całego kraju.

KODEKS URBANISTYCZNO-BUDOWLANY – o tej mitycznej regulacji prawnej nie warto już pisać. Jej kolejne wersje, pojawiające się i znikające, w znacznej mierze ze sobą sprzeczne, zniechęciły już skutecznie wszystkich do zajmowania się tym problemem.

ŁAD PRZESTRZENNY – wyimaginowany stan przestrzeni, będący kamieniem filozoficznym tekstów i wystąpień konferencyjnych polskich architektów, niestety tak jak dla alchemików, całkowicie nieosiągalny dla polskiego społeczeństwa.

MPZP – czyli miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. To kompletnie niezrozumiałe opracowanie, będące prawem miejscowym, polega na zamalowywaniu mapy najczęściej na kolor brązowy i służy w większości celom prospekulacyjnym.

NIERUCHOMOŚCI KOMERCYJNE – wbrew nazwie to budynki handlowe i biurowe często zmieniające właścicieli. Ich wartość w Polsce szacowana jest na 0,2 bln zł. Zysk z ich realizacji, dywidend i wynajmu czerpią w największym stopniu deweloperzy i instytucje finansowe, a w najmniejszym – architekci, którzy je projektują.

OPERAT WODNO-PRAWNY– opisane urzędniczym żargonem, znane od wieków opracowanie na temat tego: jak i gdzie wykopać studnie, do którego rowu i rzeki można skierować wody deszczowe czy też gdzie zlokalizować staw lub jak go uregulować.

SPECJALNOŚĆ ARCHITEKTONICZNA – ten dziwaczny zwrot językowy, usankcjonowany w Prawie budowlanym, świadomie deprecjonuje nasz zawód. Od 1994 roku sprowadza architekta do roli jednego z branżystów w procesie projektowym.

USŁUGI PROJEKTOWE – eufemizm tak naprawdę kamuflujący bardzo niską jakość projektów architektonicznych, wykonywanych za najniższą cenę, niekoniecznie przez architektów.

WIZUALIZACJA – ujęcie perspektywiczne projektowanego budynku wygenerowane techniką komputerową. Wzbogacone sztafażem złożonym z uśmiechniętych młodych ludzi, drogich samochodów i lekkich chmurek stało się nowym obowiązującym kiczem architektonicznym.

ZRÓWNOWAŻONY ROZWÓJ – powszechnie powtarzany jak mantra obrzędowy zwrot, stosowany zazwyczaj w przypadku braku jakiejkolwiek sensownej koncepcji zagospodarowania gminy, miasta, dzielnicy lub budynków.

Można postawić tezę, że komplikująca się rzeczywistość stwarza konieczność opisania jej innym niż dotychczas językiem. Jednak zachodzi również mechanizm zupełnie odwrotny – to my komplikujemy rzeczywistość przez opisywanie jej, nawet dla nas samych nie do końca zrozumiałymi pojęciami.

Pamiętajmy, że prawdziwe damy i prawdziwi gentlemeni nigdy nie noszą ubrań najbardziej na topie i jest to wyraz dobrego smaku i stylu. Za modną lingwistyczną innowacyjność należy szybko podziękować. Nie bójmy się więc i nie wstydźmy używać starych dobrych słów, takich jak twórczość, dzieło, wiedza, artysta, piękno, dom, urbanistyka, póki jeszcze istnieją i coś znaczą, choć może brzmią już nieco archaicznie i staroświecko.

 

 

 

 

Piotr Średniawa
Piotr Średniawa
Architekt IARP

przewodniczący Rady Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP, członek Miejskiej Komisji Architektoniczno-Urbanistycznej w Katowicach, wraz z Barbarą Średniawą prowadzi Biuro Studiów i Projektów Architekt

reklama

Warto przeczytać