Facebook

Tu było, tu stało

Z:A 84

KATEGORIA: Temat wydania

„Śmierć architektury” to wielowarstwowe pojęcie kulturowe, środowiskowe i techniczne, którego chyba jeszcze nie rozumiemy ani jako fachowcy, ani – tym bardziej – jako społeczeństwo.

Nie ma chyba lepszego tytułu dla refleksji o „śmierci architektury” niż nazwa warszawskiego portalu tubylotustalo.pl, zajmującego się tym, co kiedyś było w danym miejscu, oraz tym, co obecnie się w nim znajduje. Zmiany, jakie zaszły i zachodzą w przestrzeni stolicy, dokumentowane są na mapie internetowej. Poza wartością edukacyjno-naukową portal pozwala na ukazanie i przypomnienie znaczenia nieistniejącej już fizycznie architektury. Czasem koi ból po stracie, czasem rodzi frustrację, mobilizuje też do obrony tego, co jeszcze stoi. Ułatwia zrozumienie mechanizmów, które doprowadziły do utraty wartościowego dziedzictwa materialnego i kulturowego.

Obecny Dworzec w Katowicach, proj. SUD Architects, fot. MichalPL, CC BY-SA 4.0 / wikipedia.org

ŚMIERĆ ARCHITEKTURY

Kiedy na początku lutego dostałem propozycję napisania tego artykułu, nie brałem pod uwagę pojęcia „śmierci architektury” w kontekście prowadzenia działań wojennych. Teraz na Kijów, Charków i inne miasta ukraińskie spadają rosyjskie pociski i wiadomo już, że doszło do poważnych zniszczeń. Zmusza to do ponownej refleksji nad militarną i geopolityczną warstwą umierania i odradzania się miast. Warszawa to przykład organizmu, który miał już nie podnieść się do życia, a jednak zmartwychwstał – oczywiście w innej formie i z inną tkanką społeczno-kulturową. Proces ten opisuje m.in. Grzegorz Piątek w swojej wielokrotnie nagradzanej książce Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944–1949. Odbudowa stolicy – w części zrealizowana zgodnie z wizją zaangażowanych w nią architektów i urbanistów, w części będąca wynikiem wpływu umacniającej się ideologii i estetyki socrealistycznej, w końcu stanowiąca kompromis pomiędzy rosnącymi potrzebami współczesnego miasta i jego mieszkańców, a skromnymi możliwościami państwa rządzącego się zasadami niewydolnej, centralnie sterowanej gospodarki socjalistycznej – wciąż jest przedmiotem żywej dyskusji naukowców, krytyków oraz zwykłych ludzi. Wśród wielu zagadnień związanych z tematem odbudowy ważnym wydaje mi się wątek twórczego konfliktu pomiędzy tzw. modernistami a konserwatorami. Nie chcąc stawać po żadnej ze stron, nadmienię tylko, że prof. Piotr Biegański (konserwator) oraz Maciej Nowicki (modernista) pozostawali przez wiele lat, i nadal pozostają, niedościgłymi wzorcami empatycznej kreacji twórczej oraz zawodowego profesjonalizmu.

WARSZAWA A „RESZTA ŚWIATA”

O ile banalne, choć w praktyce nie takie oczywiste, wydaje się stwierdzenie, że każda decyzja o rozbiórce czy wyburzeniu powinna być poprzedzona wielowątkową analizą, o tyle stolica Polski na tle całego kraju jest miejscem szczególnym. W związku z olbrzymimi stratami w zabudowie, jakie Warszawa poniosła podczas ii wojny światowej, tu rezygnacja z obiektu o jakiejkolwiek istotnej wartości (architektonicznej, historycznej, kulturowej czy chociażby technicznej) powinna mieć miejsce tylko w wyjątkowych przypadkach. Dowodem na to, ile złego może przynieść inna praktyka, jest chaotyczna i rabunkowa zabudowa śródmiejskiej części Woli, gdzie poprzez totalną zmianę skali zniszczono mało czytelny, ale zachowany i możliwy do stopniowego odtworzenia historyczny układ urbanistyczny. Tożsamość przestrzenno-kulturowa miasta stanowi w mojej ocenie wartość niematerialną o wiele cenniejszą niż doraźne zyski kapitałowe, które nie mają obywatelstwa i często trafiają poza lokalne obszary stanowiące źródła ich przychodu. Rozwaga i społeczno-kulturowa empatia przy podejmowaniu decyzji o wymianie zabudowy powinna dotyczyć nie tylko przedwojennych ruder, ale również większości obiektów powojennych – zarówno tych z fazy odbudowy oraz okresu socrealistycznych „błędów i wypaczeń”, jak i późnomodernistycznych. Sztandarowe przykłady „rozstrzelania” wartościowej architektury to oczywiście Supersam przy placu Unii Lubelskiej czy Pawilon Chemii przy Brackiej. Jednak z warszawskich ulic zniknęło niestety o wiele więcej wartościowej, chociaż „źle urodzonej” współczesnej zabudowy.

ALE BRUTAL…

Zanim skoncentruję się na najbliższej mi zawodowo i emocjonalnie stołecznej architekturze, chciałabym przytoczyć przykład obiektu, którego rozbiórka budziła silne emocje społeczne i była przedmiotem dyskusji oraz licznych publikacji architektów i krytyków. Do wyburzenia jednego ze sztandarowych przykładów europejskiego brutalizmu, czyli dworca pkp w Katowicach z 1972 roku, zaprojektowanego przez słynnych „Tygrysów”, czyli architektów: Wacława Kłyszewskiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego oraz genialnego konstruktora Wacława Zalewskiego, doszło ostatecznie na początku 2011 roku. Stało się to pomimo dużej akcji społecznej i środowiskowej skierowanej przeciwko nowej inwestycji realizowanej przez pkp we współpracy z prywatnym inwestorem. Po pierwszych obietnicach zachowania i obudowania kielichowej hali dworca ogłoszono plany wyburzenia budynku, swoje stanowisko uzasadniając złym stanem technicznym konstrukcji. Katowicki oddział „Gazety Wyborczej” jako pierwszy podważył argumentację inwestora i dotarł do autorów ekspertyzy, profesorów budownictwa Politechniki Śląskiej, według których wyniki ich badań zostały zmanipulowane. Zgodnie z opinią naukowców „dworzec wymaga tylko drobnych prac konserwatorskich i może jeszcze stać setki lat”. Ostatecznie, pomimo prób interwencji wojewódzkiego konserwatora zabytków, budynek rozebrano, pozostawiając jako relikt (dla mnie bardziej jako ochłap) dwa z kilkunastu kielichów. W jego miejscu powstał nowy obiekt – o którego wartości niech pisze kto inny, w innym czasie.

Dawna kotłownia WSM, proj. Bruno Zborowski, fot. Bartek z Polski, CC BY-SA 4.0/ wikipedia.org

DZIEWCZYNA BEZ ZĘBA NA PRZEDZIE

Osiedle WSM Mokotów to młodsze, powojenne rodzeństwo kultowej warszawskiej kolonii społecznej WSM Żoliborz. Tematem mojej pracy dyplomowej była adaptacja nieczynnej już od kilkunastu lat, osiedlowej kotłowni przy ulicy Łowickiej na lokalne, niezależne centrum artystyczne. W aspekcie programowo-funkcjonalnym chodziło o szerokie uświadomienie potrzeby wsparcia lokalowego oraz organizacyjnego dla różnego rodzaju stowarzyszeń i nieformalnych grup twórczych szukających miejsca dla rozwoju swojej działalności. Architektonicznie pomysł opierał się na minimalizacji ingerencji w istniejący obiekt, wykorzystaniu specyficznego charakteru przestrzennego i detalu budynku oraz jego czytelnych podobieństw do starszej siostry, kotłowni przy ulicy Suzina na Żoliborzu. Ze względów ideowych – ale też ekonomicznych – projekt zakładał maksymalne użycie materiałów budowlanych powstałych z recyklingu (np. dach z odzyskanych membran namiotowych, ściany z butelek i puszek, balustrady ze złomu). Zakładał też autonomiczność obiektu w zakresie pozyskiwania energii (np. dzięki użyciu pompy ciepła) i gospodarki wodno-ściekowej (np. poprzez magazynowanie i powtórne użycie wody opadowej). I choć nie ma już na świecie tej „dziewczyny bez zęba na przedzie”, a w miejscu kotłowni stoi w mojej ocenie wątpliwej urody mieszkaniówka, to cieszy mnie, że „re/kreacja” architektury rozumiana jako wykorzystywanie potencjału istniejącej materii przez recykling materiałów budowlanych oraz odnawialnych czy niekonwecjonalnych źródeł energii przebija się w świadomości społecznej i nie jest już traktowana tylko jako „dzięcięca choroba ekologizmu w architekturze”.

NIEPOTRZEBNE NIKOMU RUDERY

„Niepotrzebne nikomu rudery i obiekty w całości już wyeksploatowane utrudniają pełne wykorzystanie potencjału działki inwestycyjnej”. Nie jest to cytat z konkretnego źródła, jednak tego typu narracja była i jest jedną z przyczyn zniknięcia tak wielu warszawskich obiektów (oprócz przykładów przytoczonych wyżej, warto jest przypomnieć zburzone kina Moskwa i Praha czy nielegalnie zlikwidowaną parowozownię na Pradze). Nie jestem ekonomistą i nie przeczytałem jeszcze stojącej w mojej bibliotece książki Andrzeja Podszywałowa Wycena wartości niematerialnych. Jak sądzę tej i innych książek na ten temat nie przeczytali również miejscy decydenci oraz urzędnicy. Stopniowo rośnie jednak świadomość społeczna wartości – w szczególności w środowisku tzw. miejskich aktywistów. Wieloletni nacisk na władze miast i inwestorów przyniosły już pierwsze pozytywne skutki. Punktem zwrotnym dającym nadzieję na przyszłość była skuteczna obrona przed rozbiórką zabytkowej konstrukcji stalowej (co praktycznie pozbawiłoby autentyczności całego obiektu) XIX-wiecznej Hali Koszyki w Warszawie, w dzielnicy Śródmieście. W tym przypadku udało się wykonać alternatywną ekspertyzę techniczno-badawczą, która obaliła tezę o niemożności zachowania oryginalnej konstrukcji. Niestety są sytuacje, kiedy właściciel obiektu celowo doprowadza go do śmierci technicznej, nie dokonując remontów ani konserwacji, pozwalając na stopniową autodegradację zabudowy i infrastruktury technicznej. W ten sposób zniknęła np. spora część przedwojennego przemysłowego zakładu elektronicznego przy ulicy Kłosia w dzielnicy Włochy. Takimi „mordercami” są niestety również często samorządy lokalne, jak w przypadku Klubu Sportowego „Orzeł” na warszawskiej Pradze. To w gabinecie prezesa zarządu klubu nagrane zostały niektóre sceny do kultowego filmu Miś w reżyserii Stanisława Barei. Nieremontowane i zaniedbane są obiekty toru kolarskiego oraz związane z nimi budynki, m.in. oddana do użytku w 1939 roku hala sportowa – jedna z pierwszych realizacji Macieja Nowickiego (we współpracy ze Zbigniewem Karpińskim).

     Często również słyszy się o „przypadkowych” pożarach zabytków, w szczególności dotyczy to tzw. świdermajerów, czyli drewnianej zabudowy letniskowej powstałej na przełomie XIX i XX wieku na południowy wschód od Warszawy, wzdłuż tzw. linii otwockiej.

JA BYM TO ZROBIŁ LEPIEJ

Zanim zaczniemy szukać winnych, powinniśmy uderzyć się we własne, architektoniczne piersi. Nasze środowisko zawodowe, w szczególności „młodzi architekci po 50-tce”, do których się zaliczam, rzadko potrafiło jednoznacznie przeciwstawić się naciskowi ekonomicznemu i planistycznemu dążącym do zwiększenia intensywności zabudowy bez oglądania się na wartościowe obiekty (wyjątkiem potwierdzającym regułę są tu luksusowe kamienice śródmiejskie). Źródłem takiej postawy jest chęć zrealizowania własnych ambicji zawodowych połączona z motywacjami o charakterze czysto ekonomicznym. Do tego silnego zestawienia dochodzi często brak wiedzy i znajomości wartości zastanej materii budowlanej, a także ograniczeń formalnych. Architekci lubią mówić głośno o swoich prawach autorskich, zapominając, że chronią one dzieła do 70 lat po śmierci autora, a następnie prawa do nich przechodzą na spadkobierców.

OCHRONA KONSERWATORSKA I PLANISTYCZNA

Konkretnym narzędziem ochrony wartościowej architektury jest rejestr zabytków. Każda, nawet najmniejsza ingerencja w obiekt zabytkowy wymaga zgody właściwego konserwatora, nie mówiąc już o rozbiórce, do której potrzebna jest zgoda generalnego konserwatora zabytków. O ile w rejestrze tym jeszcze do niedawna figurowały prawie wyłącznie obiekty sprzed 2. połowy XX wieku, o tyle od kilku lat trwa intensyfikacja wpisów dotyczących architektury socrealistycznej (tu sztandarowym przykładem jest Pałac Kultury i Nauki) oraz modernistycznej (np. stosunkowo niedawny wpis Dworca Centralnego w Warszawie, który niestety miał miejsce dopiero po mocno kontrowersyjnej „wbudowie” antresoli w hallu głównym). Czy to oznacza, że możemy już spać spokojnie?

     Podstawową wadą wpisów do rejestru zabytków – przede wszystkim tych dawniejszych – jest brak informacji, co konkretnie stanowi przedmiot ochrony, a to pozwala na dość swobodną interpretację przez konserwatorów. Jednocześnie nie powinniśmy zapominać, że nie wszystko może być zabytkiem. Wydłużając listę obiektów pod ochroną, konserwatorzy powodują swoisty paraliż własnych urzędów, co może odbić się na jakości prowadzonej kontroli. Dodatkowo obowiązujące regulacje planistyczne przewidują możliwość ochrony dziedzictwa architektonicznego w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. W Warszawie taką listę (Lista Dziedzictwa Kultury Współczesnej) opracował ow sarp i stanowiła ona dla władz miejskich bazę do wskazania wartościowych obiektów w Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego m.st. Warszawy. Jednakże przy znikomej liczbie uchwalanych miejscowych planów jest ona tylko swoistym „wyrzutem sumienia” bez faktycznego zastosowania. Dodatkowo zarówno sama formalna ochrona zabytków, jak i regulacje planistyczne nie ustanawiają realnych narzędzi zabezpieczających przed wyburzeniem, rozbiórką czy „przebudową”. Istniejący system ochrony wymaga więc uzupełnienia – jednym z takich rozwiązań byłoby zatwierdzanie szczegółowych koncepcji urbanistyczno-architektonicznych przed wydaniem pozwolenia na budowę czy też – co szczególnie ważne – na rozbiórkę. Jednak tego typu pomysły legislacyjne, proponowane przez urbanistów od wielu lat, nie mogą się przebić w procesie tworzenia (a raczej destruowania) prawa przestrzennego. Co więcej, powtarzany jak mantra slogan „uproszczenia procesu inwestycyjnego” zupełnie temu nie pomaga.

Nieistniejący już hotel Czarny Kot – najsłynniejsza samowola budowlana w stolicy, fot. Piotr Kaczor

CZARNY KOT, CZYLI NIE CHCEMY GARGAMELA

Warszawa przez co najmniej kilkanaście lat obserwowała zjawisko nielegalnej, ciągłej rozbudowy nieco szemranego hotelu-restauracji „Czarny Kot” zlokalizowanego przy rondzie Babka, w pobliżu zabytkowego cmentarza powązkowskiego. Niedająca się opisać żadnym oficjalnym stylem architektonicznym, pączkująca architektura budynku rozrastała się nadzwyczaj szybko, odwrotnie proporcjonalnie do powolnie wykonywanych procedur administracyjno-budowlanych prowadzonych przez nadzór budowlany, co wzbudzało silne negatywne emocje. Finalna decyzja o rozbiórce zrodziła jednak pytanie co powstanie na miejscu tego „gargamela”. Bo my niestety często umiemy mistrzowsko wpaść z deszczu pod rynnę…

Dom towarowy Solpol, Wrocław, proj. Wojciech Jarząbek, Paweł Jaszczuk, Jan Matkowski, Jacek Sroczyński, fot. Marcin Czechowicz

SOLPOL – CZYLI JUŻ ZA CHWILECZKĘ, JUŻ ZA MOMENCIK

Trochę inaczej jest z przewidzianym do rozbiórki budynkiem solpol-u – wrocławskiego domu towarowego zbudowanego w 1993 roku. Pomysł ten ma mniej więcej tyle samo zwolenników, co przeciwników. Niezbyt urodziwa, postmodernistyczna i pastelowa architektura broni się jednak prawidłową skalą i jest urbanistycznie uporządkowana, a co więcej – miałaby szansę zostać ikoną postmodernizmu, czyli stylu, który w szarej postpeerelowskiej rzeczywistości miał swoje specyficzne uzasadnienie. Jednak ostatecznie o słuszności (lub nie) decyzji o jego rozbiórce będzie świadczyło nie samo zniknięcie budynku, lecz to, co powstanie na jego miejscu. „Na razie nie ma konkretnych planów – mówi portalowi GazetaWroclawska.pl mecenas Andrzej Birka, bliski współpracownik Zygmunta Solorza-Żaka (właściciela budynku – przyp. red.). Myśleliśmy o hotelu trzygwiazdkowym, ale wszystko pokrzyżowała pandemia – tłumaczy Birka”. Czyli chcemy dobrze, a wyjdzie jak zwykle?

PODSUMOWANIE

Moje swobodne refleksje na temat śmierci architektury nie pokazują oczywiście całego spektrum problemu. To, co wydaje się oczywiste, to fakt, że poza przepisami o ochronie zabytków, pozwalającymi jednak na dość swobodną interpretację i możliwość ich obchodzenia, administracja państwowa i samorządy lokalne nie mają realnych oraz systemowych narzędzi ochrony wartościowej architektury i szerzej rozumianego środowiska zbudowanego. Najważniejsze więc, aby wyburzenie lub wymiana zabudowy były odpowiednio zaplanowane i podlegały administracyjnej, zawodowej oraz społecznej kontroli. Z kolei właściciele wartościowych obiektów powinni otrzymać wsparcie organizacyjne i finansowe, bo jeżeli jako społeczeństwo chcemy je zachować dla potomności, to musimy też solidarnie ponieść tego koszty.

     Na tym tle iskierką nadziei są – w dużym stopniu wywalczone przez organizacje pozarządowe i aktywistów miejskich – inicjatywy oraz instytucje o charakterze edukacyjnym, popularyzujące wartościową polską architekturę, których czołowym przedstawicielem jest Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki. Ważna jest powszechna edukacja architektoniczna, wspierana przez samorząd zawodowy architektów. Pozytywnym odzewem, również wśród niektórych inwestorów i deweloperów, cieszą się wydawane przy pomocy stołecznego konserwatora zabytków poradniki dobrych praktyk architektonicznych, poświęcone poszczególnym warszawskim dzielnicom (Żoliborz) lub ich fragmentom, wyróżniającym się lokalną specyfiką urbanistyki i architektury (Muranów, Stary Mokotów). Czas pokaże…. •

Dworzec PKP w Katowicach w 1972 roku (wyburzony w 2011 roku), proj. Eugeniusz Wierzbicki, Jerzy Mokrzyński, Wacław Kłyszewski, fot. Joanna Nowicka
Mikołaj Kołacz
Mikołaj Kołacz
Architekt IARP

absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, niespełniony urbanista, wiceprzewodniczący Krajowego Sądu Dyscyplinarnego Izby Architektów RP, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Dworkowa”; członek stowarzyszeń Zabytki Mokotowa oraz Miasto Jest Nasze

reklama

Warto przeczytać