Facebook

To też architektura! - rozmowa z Tytusem Brzozowskim

Z:A 80

KATEGORIA: Po godzinach

Maluję miasta, opowiadam o budynkach, na ulicach można odnaleźć zrealizowane według moich projektów murale. Nasz zawód daje duże możliwości, a model edukacji – szeroki wachlarz umiejętności.

Jaka droga wiodła Pana do studiów architektonicznych, a jaka do twórczości malarskiej?

To była dla mnie ta sama ścieżka. Studiowanie architektury było moim celem od wczesnego dzieciństwa, a zarówno z rysunkiem oraz malarstwem, jak i z projektowaniem spotkałem się na poważnie, przygotowując się do egzaminu na politechnikę. Studia to taki czas, kiedy każdy może decydować, jakie są jego priorytety, i czemu chciałby poświęcić więcej uwagi. Kładłem oczywiście nacisk przede wszystkim na projektowanie, podchodziłem do tego bardzo ambitnie, ale równocześnie dużo rysowałem. Na początku moich studiów traktowałem rysunek jako coś prestiżowego, bardzo chciałem dogonić najlepszych i dużo nad tym pracowałem. Podobała mi się też imprezowa atmosfera plenerów. Malowaliśmy w Berlinie, Paryżu, po drugim roku studiów odbyliśmy długą podróż po Włoszech – i wtedy powstały moje pierwsze udane akwarele.

Która z tych miłości była pierwsza? I kiedy zrozumiał Pan, że to sztuka zajmie w Pańskim życiu zawodowym najważniejsze miejsce?

Trudno powiedzieć, co było pierwsze. Na studiach wcześnie zacząłem pracować, zdaje się, że pierwsze pieniądze w zawodzie zarobiłem, malując wizualizacje. To były ostatnie lata funkcjonowania tej formy prezentacji projektów. Wzorem byli dla mnie Michał Suffczyński, Marek Ziarkowski czy Krzysztof Rodak. Później nauczyłem się robić obrazki na komputerze, co pomogło mi dostać pracę w Helsinkach podczas kryzysu w 2009 roku. W Finlandii spędziłem dwa lata, po czym udało mi się zdobyć miejsce w zespole wymarzonego JEMS. Za dnia pracowałem przy wielkich biurowcach i mieszkaniówkach, a wieczorami zacząłem wracać do malowania. Od lat chodził za mną pomysł, żeby spróbować dodawać do swoich obrazów elementy fantastyczne. Na ślub przyjaciół namalowałem więc obraz, w który wplotłem wielkiego pająka. Później pojawiła się panorama Starego Miasta z latającymi imbrykami czy Krakowskie Przedmieście z odlatującymi fortepianami. Prace były dobrze przyjmowane, a ja się rozkręcałem i realizowałem wizje od lat chodzące mi po głowie. Powstały kompozycje z kamienicami na długich nogach czy tramwajami jeżdżącymi między budynkami. W końcu udało mi się zorganizować pierwszą wystawę w warszawskim SARP, która okazała się dużym sukcesem. Są nieraz w życiu takie chwile, gdy wyraźnie czujemy, że otwierają się przed nami nowe ścieżki. Widziałem, że moje obrazy budzą zainteresowanie, dostawałem dużo zapytań, poczułem, że stoję przed ważną szansą. Z jednej strony byłem członkiem zespołu renomowanej pracowni, co dla wielu zdolnych architektów może być swego rodzaju pułapką, a z drugiej strony nie chciałem przegapić życiowej okazji, jaką widziałem w moim malarstwie. Podejmując decyzję o odejściu z biura i skupieniu się na malarstwie, nie zakładałem, że będzie to wybór na stałe. Raczej uznałem, że w ciągu życia można popróbować różnych rzeczy. Jednak możliwości, które otworzyły się dla mnie w profesji artysty, są nieporównywalne z tym, co spotykało mnie w życiu architekta.

Chicago, obraz przygotowany przez Tytusa Brzozowskiego dla Instytutu Poloniki

Jakie są najważniejsze tematy, którymi zajmował się Pan w ostatnich latach?

Za swoje ważne osiągnięcie uważam zaproszenie do dwóch tematów związanych z promocją kraju. Zaczęło się od współpracy z Polską Organizacją Turystyczną. Przygotowałem serię obrazów o polskich miastach. Chciałem przedstawić niepowtarzalny charakter każdego z tych miejsc, namalowałem kolaże najważniejszych budynków czy elementów tworzących atmosferę Krakowa, Wrocławia, Łodzi, Katowic… W sumie POT korzysta z 16 moich prac, wyświetlając je na największych targach turystycznych, np. w Berlinie, Londynie czy Madrycie. Powstała też seria gadżetów, m.in. prezentów dla służby dyplomatycznej.
Drugim istotnym dla mnie zleceniem była seria prac na zamówienie Instytutu Polonika, który zajmuje się dziedzictwem kultury polskiej znajdującym się za granicą. Tym razem ruszyłem w świat, by przygotować 13 obrazów o 12 miastach ze szczególnym uwzględnieniem śladów polskości. To była dla mnie wyjątkowa podróż – dużo się nauczyłem i dowiedziałem. Niektóre miasta, jak Rzym czy Paryż, mogłem poznać w zupełnie nowy sposób. Pojawia się tu cała masa anegdot, jak ta o szorstkiej przyjaźni Mickiewicza z Puszkinem przy okazji wyjazdu do Petersburga czy o polskim szpiegu, który założył w Wiedniu pierwszą kawiarnię, wykorzystując worki ze „zdobycznym na Turkach” dziwnym, nieznanym jeszcze szerzej w Europie ziarnem. W czerwcu i lipcu obrazy były prezentowane w muzeum Bolesława Biegasa w Alejach Jerozolimskich w Warszawie, a w Kinotece odbyły się prelekcje, podczas których rozbierałem obrazy na kawałki, opowiadając o poukrywanych w nich historiach. Następnie ruszyliśmy z wystawą w świat, by pokazać obrazy w Chicago, Londynie, Petersburgu, Wilnie, Lwowie czy szwajcarskim Rapperswilu.

Wystawy dla artysty to wielka frajda, szansa na spotkanie z odbiorcami. Wypracowałem własną konwencję wernisaży, podczas których przedstawiam zarówno swoje obrazy, jak i wszystkie ciekawostki z ostatniego okresu. Ostatnia taka impreza odbyła się w dużej sali kinowej w warszawskiej Lunie. Dzięki współpracy z Polską Organizacją Turystyczną wybrałem się ze swoimi obrazami do Chin, żeby wziąć udział w Sezonie Kultury Polskiej w Ningbo. Miałem też okazję odwiedzić Moskwę przy okazji prestiżowego festiwalu ART Life organizowanego w słynnym Maneżu.

Akwarela przedstawiająca wyobrażenie warszawskiej Woli.

A jak w Pańskim życiu w ogóle pojawił się wątek muralu?

Czasem zdarza się, że sytuacje, które później okażą się mieć bardzo duże znaczenie, przypływają do nas zupełnie przypadkiem. Pomysł, że moje obrazy mogłyby stać się muralami, przyszedł wraz z pierwszą propozycją przygotowania takiego projektu. We mnie, czyli w architekcie, który w codziennej pracy jednak nie buduje „domów”, szansa zaistnienia w mieście wywołała wręcz euforię. Pierwszy mural powstał na ślepej ścianie biurowca przy ul. Wolskiej. Ma 35 metrów wysokości, jest bardzo kolorowy i dobrze widoczny. Prace tego rodzaju mogą mieć duże znaczenie dla miasta, dobrze zrealizowane malowidło ma szansę stać się symbolem całej dzielnicy, miejscem spotkań, charakterystycznym punktem, swego rodzaju dominantą przestrzenną. Zaskoczyło mnie też żywe zainteresowanie, jakie budzą murale. Ludzie naprawdę się na nie cieszą, a media chcą o nich rozmawiać znacznie chętniej niż o architekturze.

O Pańskich muralach można powiedzieć, że opowiadają o architekturze, ale też dopowiadają architekturę. Co dla Pana jest najważniejsze w tej konkretnej dziedzinie sztuki?

Moje murale mówią o miejscu, w którym się znajdują. To dla mnie ważne, żeby okoliczna społeczność otrzymywała coś, co ich dotyczy, a także, by sam mural pasował do kontekstu. Wykorzystuję budynki z różnych miejsc, często z różnych epok, łączę je ze sobą w kolaże, które choć mają charakter fantastyczny, to ciągle są tutejsze, lokalne, bliskie. Pomysł na pierwszy mural związany był z moim spostrzeżeniem, że obserwowany dzisiaj zryw Woli ku wielkomiejskości występował również przed wojną. Tak jak wtedy parterowe budynki zamieniane były na eleganckie czynszówki, tak dziś niższa zabudowa ustępuje miejsca kolejnym drapaczom chmur. Chciałem przedstawić ducha nieustannego wzrostu, malując sekwencję budynków od najmniejszych, konkretnie od dawnych Rogatek Wolskich, po współczesne wysokościowce.
Pewną ciekawostką są neony, które wykorzystałem w projekcie muralu na siedzibie ZDM przy ul. Chmielnej. Dzięki nim malowidło inaczej funkcjonuje w ciągu dnia, a inaczej po zmroku.
Ważnym, bo opisującym niezwykle istotne sprawy, był dla mnie projekt o dawnej Warszawie żydowskiej. Tak jak zawsze przygotowałem pogodną scenę przedstawiającą dawne miejsca dzielnicy, ale tym razem chciałem wprowadzić nutę niepokoju, podkreślić, że wydarzyło się tu coś ważnego. Dlatego kompozycja została rozsypana na kawałki, a kolejne budynki jak puzzle unoszą się w chmurach już tylko jako wspomnienie ponad tym, co z dawnej Dzielnicy Północnej zostało – wieżami ocalałych kościołów czy zielenią Ogrodu Krasińskich.

Z sześciu moich murali, które można dzisiaj znaleźć na ulicach Warszawy, największym wydarzeniem w przestrzeni miejskiej jest ten z narożnika ulic Targowej i Kijowskiej. Ma 60 metrów wysokości, jest widoczny z wielu perspektyw, również z bardzo daleka. Pojawiły się zupełnie niesamowite widoki, np. spod Teatru Powszechnego, gdzie ponad dachy kamienic wyrasta olbrzymi obraz. Dodam, że mural został wykonany farbami rozkładającymi tlenki azotu, dzięki czemu walczy ze smogiem z siłą 650 drzew.

Mural przy rondzie Wiatraczna w Warszawie

Czy twórczość plastyczna całkowicie wygrała z praktykowaniem architektury, czy też coś zawodowo łączy Pana z architekturą w bardziej typowym rozumieniu?

Nie podejmuję się zleceń projektowych, choć z wielką frajdą opracowuję różne drobne tematy na własny użytek. Zawsze jednak powtarzam, że to, czym się zajmuję, to też jest architektura. Maluję miasta, opowiadam o budynkach, na ulicach można odnaleźć zrealizowane według moich projektów murale. Nasz zawód zostawia duże możliwości, a model edukacji daje nam szeroki wachlarz umiejętności. Dlatego uważam, że np. popularyzujący architekturę Natalia Szcześniak i Radek Gajda wykonują pracę architekta tak samo, jak do końca pozostał architektem malujący poruszające przestrzenie Beksiński.
Jako architekt związany z Warszawą i mający własne przemyślenia o jej krajobrazie czy panoramie zostałem zaproszony do grupy roboczej zajmującej się tematyką „Płaszcza Wysokościowego” w nowym Studium dla Warszawy. Oprócz mnie w roli ekspertów wystąpili Szymon Wojciechowski oraz Przemysław Matyja, odpowiedzialny za politykę wysokościową Wrocławia. Wspólnie zastanawialiśmy się nad lokalizacją przyszłych zgrupowań wysokościowców, metodologią wyznaczania wysokości dominant, a także funkcją, jaką mogłyby pełnić wieżowce w mieście. W swoim raporcie kładłem duży nacisk na włączanie zabudowy wysokościowej w życie miasta. Chodziło mi nie tylko o atrakcyjne przyziemia – próbowałem też zwrócić uwagę, że czymś wyjątkowo atrakcyjnym dla mieszkańców czy turystów mogłyby być ogólnodostępne najwyższe kondygnacje ze wspaniałymi widokami na miasto. Taką rolę pełni np. basen w hotelu Intercontinental. Bardzo lubiane są położone wysoko restauracje. Wyobrażam sobie, że oblegana byłaby ulokowana na dużej wysokości czytelnia czy klub fitness.

Mural na ul. Targowej, Warszawa.

Główną bohaterką Pańskiej twórczości jest Warszawa – dawna i nowa, zniszczona i odbudowana lub nie, także niezrealizowana, do tego przetworzona, odrealniona, wyśniona. Skąd to tak wielkie uczucie?

Warszawa to moje miasto rodzinne, z którym jestem silnie związany emocjonalnie. Gdy mieszkałem za granicą, tęskniłem za jazdą samochodem łukiem Trasy Łazienkowskiej. Pasjonuje mnie złożoność procesów, które doprowadziły nasze miasto w miejsce, w którym się znajduje. Tu się naprawdę wiele wydarzyło, tu spotyka się cała masa emocji, nostalgii, niezrealizowanych ambicji – to niezwykle ciekawa mieszanka. Zawsze też uważałem, że mimo wad i problemów, o których nie boję się mówić, Warszawa jest bardzo ładnym i atrakcyjnym miastem. Zwyczajnie lubię tę naszą miksturę ulokowaną na Skarpie Wiślanej, gdzie wszystko pędzi i ciągle się zmienia.

A pozostałe miasta Polski, które zaczęły gościć w Pańskich pracach – które z nich szczególnie Pana zafascynowały, i dlaczego?

Uwielbiam wszystkie polskie miasta. Naprawdę trudno byłoby mi wybrać jedno szczególnie pasjonujące. Malując Łódź, chciałem przedstawić ducha miasta zrealizowanego dzięki marzeniu, stąd w Ziemi Obiecanej oprócz fabryk pojawiają się latające kamienice – tam wszystko było możliwe. W królewskim Krakowie ponad iglicami gotyckich wież leci smok Wawelski zainspirowany rycinami z pierwszej polskiej encyklopedii, w Szczecinie ponad słynną filharmonią znajdziemy charakterystyczne dźwigi portowe – „dźwigozaury”. Wydaje mi się, że trafnie udało mi się przedstawić Katowice z ich współczesnymi zielonymi aspiracjami. Ponad dawnym XIX-wiecznym miastem pojawia się strefa kultury ze znanymi w całej Polsce współczesnymi budynkami, takimi jak NOSPR projektu Tomasza Koniora, JEMS-owy MCK czy wieżowce autorstwa studia Medusa Group. Zielona łąka, na której usytuowałem budynki, oparta jest na słynnych kielichach zaczerpniętych z brutalistycznego dworca kolejowego.

Akwarela przedstawiająca Szczecin, wykonana dla Polskiej Organizacji Turystycznej.

Prócz kompozycji akwarelowych murali i plakatów jest Pan autorem m.in. książki pt. Miastonauci, krajobrazów do filmu Po apokalipsie, ale też wdzięcznych projektów pudełek dla bardzo warszawskiej cukierni Lukullus. A nad czym pracuje Pan obecnie?

Szykuję się do serii podróży i wystaw związanych ze wspomnianymi obrazami dla Instytutu Polonika. Przygotowuję kolejne projekty murali. Bardzo chciałbym znaleźć wreszcie czas na wydanie albumu z moimi obrazami, marzy mi się też zrealizowanie murali za granicą.

Tego więc Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.

Akwarela przedstawiająca Petersburg.
Paweł Kaliński
Paweł Kaliński

Redaktor prowadzący serwisu wnętrzarskiego Urzadzamy.pl oraz stały współpracownik miesięczników „M jak Mieszkanie” i „Dobre Wnętrze”. Ceni design rozumiany jako praktyczna funkcja w pięknej formie. Lubi stare meble i nowe dodatki, malarstwo dawne i modne kolory, tradycyjne rzemiosło, szlachetne materiały, ceramikę z różnych epok oraz tkaniny o wyrazistych splotach.

reklama

Warto przeczytać