Facebook

Tak brzmi architektura - rozmowa z Marcinem Giedrowiczem

Z:A 74

KATEGORIA: Po godzinach

„Czasem uroi mi się, że jeszcze zostanę gwiazdą rocka, ale szybko schodzę na ziemię. Muzyka to dla mnie tylko rozrywka. Pozycja architektury wydaje się niezachwiana”.

Jest Pan nie tylko realizującym ciekawe projekty architektem, lecz także niezłym gitarzystą. Wraz z zespołem Hedorah nagrał Pan nawet płytę. Skąd się w Pana życiu wzięła muzyka? Ukończył Pan szkołę muzyczną?

Nie mam za sobą żadnej edukacji muzycznej, co chyba pozwala skategoryzować mnie jako samouka. Zacząłem grać dzięki ojcu. To on pokazał mi pierwsze akordy i proste kawałki „na pudle”, czyli gitarze klasycznej. Gitarę elektryczną zdobyłem dopiero w liceum – pieniądze na nią dała mi babcia, bo rodzice uważali, że mam za słabe oceny i powinienem skoncentrować się na nauce, a nie na muzyce. Kolejny instrument kupiłem za pieniądze, które dostałem na osiemnastkę – mieliśmy już wówczas z kumplami z ogólniaka zespół. W tamtych czasach co drugi chłopak na czymś grał – najczęściej na gitarze.

W mojej pierwszej kapeli perkusistą był Grześ Bałdych (dziś już świętej pamięci). Jego brat Adam, skrzypek jazzowy, często wpadał na próby. Poprawiał nasze kawałki, uczył nas aranżacji, kompozycji i operowania melodią. To były pomocne lekcje. Później, w czasie studiów, a także po nich uczyłem się już sam. Miałem doświadczenie i wiedziałem, co muszę jeszcze poćwiczyć, podpatrywałem też innych gitarzystów. Angażowałem się w bardzo różne projekty muzyczne. Udział w każdym z nich coś wniósł – czasem dowiadywałem się jak grać, a czasem jak tego nie robić. Dziś dużo daje mi internet. Najbardziej jednak pomaga mi w rozwoju studio nagraniowe (Torzewski Studio), w którym jestem notorycznie karcony i zmuszany do cięższej pracy nad instrumentem.

Kilka lat po studiach założył Pan zespół Hedorah. To miał być jeden z projektów koła naukowego Urbanation, działającego przy Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. Na czym polegała wówczas Wasza działalność? Co i gdzie graliście?

Do wspólnego grania zaangażowałem studentów architektury. Początkowo to, co graliśmy, kręciło się wokół klasyka kina niemego – filmu Metropolis Fritza Langa z 1927 roku. Napisaliśmy muzykę do tego dwugodzinnego obrazu. Przed wojną podczas projekcji w kinie za aranżację i klimat odpowiadał pianista zwany taperem. Mój pomysł polegał na tym, żeby zagrać do Metropolis muzykę współczesną, w dużej mierze rockową czy wręcz metalową. Dwa razy udało nam się zaprezentować film z naszym akompaniamentem w murach Politechniki Poznańskiej. Koło naukowe Urbanation pomogło w realizacji tego wydarzenia.

Początki były zatem instrumentalne. Jak to się stało, że Hedorah ostatecznie stał się zespołem metalowym z wokalem?

Uznaliśmy, że muzykę, którą napisaliśmy, po nieznacznych modyfikacjach można też śpiewać. Długo nie udawało się nam jednak znaleźć odpowiedniego wokalisty. Ten impas przełamał dopiero Filip Czosnowski. Mocny, ochrypły głos, świetne teksty, chwytliwe melodie i zamiłowanie do rapu. To był pierwszy wokalista, z którym naprawdę chciałem pracować. Nie zastanawiając się długo, zaciągnąłem zespół do studia nagraniowego. Tak powstał pierwszy i niestety, jak się okazało, ostatni album Hedorah. Bo wkrótce po nagraniu płyty Filip zupełnie odszedł od muzyki – nigdy nie poznałem powodów jego decyzji.

Ale Panu w duszy wciąż gra. Niedawno założył Pan nową kapelę...

Tak, właśnie nagrywam płytę z nowym zespołem o roboczej nazwie Signal Lost. Tym razem będzie to muzyka z gatunku post-rock, bardzo przestrzenna, o mniejszym ciężarze gatunkowym niż metalowe uderzenie Hedorah. Do współpracy zaprosiłem drugiego gitarzystę Pawła Janeckiego. Jego percepcja muzyczna i styl gry są zupełnie inne niż moje. Połączenie naszych pomysłów zaowocowało ciekawymi kompozycjami. Często eksperymentujemy z brzmieniem – stosujemy dużo efektów typu delay, reverb, tremolo i wspomagamy je elektroniką. W jednym z utworów gram solówkę na sitarze, tradycyjnym instrumencie indyjskim, do którego mam dużą słabość. To dojrzały projekt muzyczny, który ma szansę wydostać się poza metalową niszę. Do tej pory jeszcze nie koncertowaliśmy – uznaliśmy, że najpierw stworzymy płytę, a potem poszukamy okazji do grania na żywo.

fot. Kajetan Frąckowiak

W muzyce, którą Pan tworzy, jest spora dawka energii i mocne brzmienie. Pozwala to dać upust emocjom?

Oj tak (śmiech). Uwielbiam szybką, ciężką, agresywną muzykę. Ale pod warunkiem, że została stworzona z pomysłem i ma w sobie dużo melodii. Nie lubię podniosłych, pompatycznych sformułowa na temat transferu emocji w muzykę – ale faktycznie coś w tym jest. Większość moich utworów, które uważam zawartościowe, napisałem pod wpływem silnych doznań. Ale nie jest to stres, złość czy frustracja, tylko bardziej szlachetne uczucia.

Gra Pan nie tylko dla siebie, ale także występuje przed publicznością. Co Pan czuje, widząc, że ludzie na koncercie dobrze się bawią? Radość, adrenalinę, satysfakcję?

Tak, bardzo to lubię. Zagraliśmy z Hedorah trzy fajne koncerty w ramach Przystanku Muzyka – dwa w Łodzi i jeden w Warszawie. Wydarzenie to od kilku lat organizuje architekt Konrad Karmański. Idea Przystanku polega na wspólnym koncertowaniu zespołów złożonych z architektów. To było świetne przeżycie. Jednak to, co gram, to nie jest muzyka łatwo przystępna dla mas. Dyrektor jednej z rozgłośni (a prywatnie ojciec mojej żony Magdy) powiedział mi kiedyś, że gdyby wyemitował na antenie utwory Hedorah, miałby kłopoty. Niestety taka muzyka w większości stacji radiowych nie jest akceptowana. Jak do tej pory Hedorah udało się zagrać tylko w poznańskim Radiu Afera.

Ma Pan własną pracownię architektoniczną, realizuje autorskie projekty, pracuje na uczelni, prowadzi badania naukowe, publikuje. Jak Pan znajduje czas jeszcze na próby i koncerty zespołu?

Nie jest to takie trudne. Praca na uczelni na ogół zabiera mi najwyżej 20–30 godzin tygodniowo. Działalność zawodowa jest na drugim planie – projektuję nie więcej niż 1–2 obiekty rocznie. Resztę czasu poświęcam na  przyjemności – muzykę, podróże, rodzinę i przyjaciół.

Dwa lata temu razem z Hedorah wydał Pan płytę. Wasze utwory można znaleźć na serwisach YouTube i Spotify. Czy zatem muzyka to tylko hobby, czy jednak coś więcej? Myślał Pan kiedyś, żeby zająć się tym bardziej serio?

Czasem uroi mi się w głowie, że jeszcze zostanę gwiazdą rocka, ale szybko schodzę na ziemię. Nie sądzę, żeby muzyka kiedykolwiek stała się dla mnie czymś więcej niż rozrywką i formą ucieczki od codzienności. Pozycja architektury wydaje się niezachwiana (śmiech).

W swojej pracy zawodowej zajmuje się Pan się m.in. architekturą parametryczną. Jest Pan współautorem książki Współczesne projektowanie parametryczne w architekturze. Skąd to zainteresowanie?

Architektura parametryczna po raz pierwszy w pełni wykorzystuje potęgę komputerów. Mimo że te urządzenia znajdują się w każdym polskim biurze projektowym, architekci dopiero odkrywają ich prawdziwy potencjał. Dziedzina, którą się zajmuję w tym pomaga. Projektowanie parametryczne daje wyjątkowe możliwości. Uwalnia myślenie na temat tworzonych brył – wystarczy spojrzeć na realizacje takich biur jak ZHA, MAD, BIG czy UNSTUDIO, które w swojej pracy świadomie stosują algorytmy i programowanie. Efekty są imponujące.

Architektura wciąż ewoluuje. Budynki i przestrzeń wokół nas zmieniają się. Nie zawsze jednak tak jakbyśmy chcieli. Jak Pan, jako architekt, ocenia polskie miasta? Czego im najbardziej brakuje? Co zrobić, by były bardziej przyjazne dla mieszkańców?

To złożony problem. Jako naukowiec nie chciałbym jednym zdaniem odpowiadać na te pytania. Myśląc o polskich miastach, zawsze porównuję je do tych w krajach skandynawskich czy Beneluksu. Wspólnym mianownikiem Kopenhagi, Sztokholmu, Amsterdamu, Brukseli jest znaczna redukcja ruchu samochodowego oraz preferencje dla pieszych, rowerzystów i pasażerów komunikacji publicznej. W Polsce wygląda to inaczej... W naszych miastach wyraźnie brakuje też optymizmu – mam tu na myśli odważne realizacje, dotyczy to zarówno budowli, jak i planowania przestrzennego. Polska architektura jest wciąż zbyt posępna, betonowa oraz bardziej zależna od woli deweloperów, bankierów i urzędników niż artystów, jakimi są architekci.

Z jakich swoich projektów oraz realizacji jest Pan najbardziej dumny?

Z tych, które dopiero powstaną – aktualnie pracuję nad dwoma ciekawymi obiektami. Niespecjalnie mogę jeszcze o nich mówić, ale ich realizacja planowana jest na rok 2022. Może wówczas wrócimy do tej rozmowy (śmiech).

fot. Kajetan Frąckowiak

 

 

 

reklama

Warto przeczytać