Facebook

Szczyt wszystkiego - rozmowa z Janem Karpielem-Bułecką

Z:A 72

KATEGORIA: Po godzinach

Bardzo mało osób przyjeżdża w nasze góry po to, aby szukać duszy tego miejsca. A przecież trzeba zajrzeć tam, gdzie się ona jeszcze pałęta.

Co Panu w duszy gra, Panie Janie?

To wszystko, co mnie otacza: architektura, przyroda i muzyka, która to dopełnia, czy wiersz, który się gdzieś zapisuje. Czasem chwycę za smyczek, pędzel, pióro. Myślę, że to wszystko wynika ze stosunku do formy, który jest bliski każdemu architektowi.

Muzyka gra Panu nie tylko w duszy. Słyszałam ją nawet w Pana telefonie komórkowym, kiedy czekałam na połączenie.

Tak, to nagranie moich dud, a dzwonkiem jest z kolei dźwięk piszczałki podwójnej. Dzięki temu łatwo mnie znaleźć, wiadomo, dokąd polazłem (śmiech).

W 2014 roku architekt został laureatem Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w kategorii „Twórczość ludowa”, fot.dzięki uprzejmości Macieja Gąsienicy.

Myślę sobie, że z Panem jest trochę jak z grą na piszczałce: co by na niej nie zagrać i tak po góralsku wychodzi…

Dźwięki, które wydobywają się z piszczałki, bardzo kojarzą się z górskim krajobrazem, słychać go w tym instrumencie, tak samo jak słychać w nim echo. Zamiłowanie do góralskiego folkloru wyssało się z mlekiem matki, a potem to odcisnęło piętno na całym życiu. To jest jakaś forma przedłużenia swojego bytowania. Po prostu mam taką potrzebę, żeby grać.

Mówi Pan o genach, Pana ród sięga korzeniami XVII wieku. Ale nie trzeba patrzeć aż tak daleko: chociażby Pana ojciec Bolesław – słynny skrzypek prymista, zbieracz nut podhalańskich, snycerz i budowniczy, matka Zofia – członek zespołu Klimka Bachledy czy przyrodni brat Sebastian – lider grupy Zakopower. Rodzina jest muzyką silna?

Muzyka karmi dusze rodu Karpielów, ale wiele rodzin na Podhalu ma podobnie. Tu sztuka jest niemal w każdej zagrodzie. Jak ktoś nie gra, to albo śpiewa, albo tańczy, albo haftuje, albo rzeźbi… To jest „odruch” wyrażenia siebie, cecha charakterystyczna górali, która wyróżnia nas spośród innych społeczności.

Ale górale to też ludzie twardzi i zadziorni… Tacy, co to w Pana Boga wierzą, ale Panu Bogu już nie wierzą. Chodzą słuchy, że nie lubicie ceprów…

Nie jest tak źle, nie wszyscy górale są ksenofobami. Jednak dbają o dobra materialne, czasem są w stanie wydrapać oko za kawałek pola.

Dudy, piszczałki pojedyncze i podwójne, trombity, gęśle, złóbcoki – czy jest jakiś instrument góralski, na którym Pan nie umie grać?

Nie, bo zawsze miałem do tego smykałkę. Jak się człowiek rwał od małego do gry, to tak mu zostało. Miałem siedem lat, kiedy zacząłem grać na skrzypcach, a już chyba w drugiej klasie technikum z moją kapelą graliśmy po weselach. No, od małego ciągło mnie do innych, zapomnianych instrumentów. Przed wojną było dosłownie dwóch dudziarzy i dwóch grających na piszczałkach, reszta przygrywała do tańca na instrumentach uniwersalnych. Pierwszy flet – taki zwykły, kupny – nie podobał mi się, bo nie był góralski, to był substytut piszczałki. W Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem napatrzyłem się na ich całe mnóstwo i jako 17-letni chłopak zamarzyłem, żeby sobie taką samemu zrobić i na niej zagrać. Były jakieś na Żywiecczyźnie, w Beskidzie Śląskim i na Słowacji, ale u nas to zanikło, bo nikomu nie było potrzebne, a poza tym na początku XX wieku pojawiły się inne instrumenty, takie jak harmonia guzikowa, która wyparła dudy. Na szczęście, znalazłem mnóstwo naśladowców i teraz czasami patrzę na to z satysfakcją, bo gdybym nie pokazał, jakie to jest fajne, to prawdopodobnie dziś nikt by tego nie robił.

Artysta zaczął grać na skrzypcach w wieku 7 lat i... od tego czasu nie przestaje, fot., dzięki uprzejmości Jerzego Kosiuczenki.

To wszystko znalazło wyraz np. we wspaniałym albumie Ród Karpieli, kolędowaniu z zespołem Zbigniewa Preisnera, a wcześniej – we współpracy ze Zbigniewem Namysłowskim. Okazuje się, że muzykę góralską można znaleźć w różnych gatunkach.

Dość wcześnie podjęliśmy próby łączenia gatunków muzycznych, bo to czasami samo się narzuca. Było jeszcze coś takiego jak góralski pop i zespół Krywań z piosenką, która zrobiła na polskim rynku zawrotną „karierę” w latach 90. – Szalała, szalała. Ale tę melodię opracowaliśmy dużo wcześniej na festiwal piosenki w 1975 roku i „odkurzyliśmy” ją po dwudziestu kilku latach, co okazało się sporym hitem. Franek Seman, jeden z członków zespołu Krywań, zrobił z tego reggae, do którego podrygiwała cała Polska. To jednak było gdzieś na marginesie, natomiast zawsze na pierwszym miejscu była tradycyjna muzyka góralska: granie na skrzypcach, instrumentach pasterskich.

Ze Zbigniewem Preisnerem oraz wokalistami Piwnicy pod Baranami, dzięki uprzejmości Jerzego Kosiuczenki.

A co to jest góralski jazz? Ponoć przyczynił się Pan do rozwoju takiego gatunku muzycznego.
Zaczęło się od pomysłu Zbyszka Namysłowskiego, który postanowił połączyć jazz z muzyką etniczną. I tak w projekcie Namysłowski i górale – oprócz nas – znaleźli się m.in. Władek Trebunia-Tutka, Tomasz Krzyżanowski, Andrzej Brandstatter, a potem jeszcze Staszek Michałczak i Wojtek Topa. Najwspanialszą sprawą był festiwal Jazz Jamboree w 1994 roku. To był mój pierwszy koncert na takim forum i coś zupełnie innego, świeżego i ciekawego. Po nim w pierońskim tempie posypały się zaproszenia od najlepszych klubów jazzowych w Polsce, a potem w Europie. A wszystko to trzeba było jeszcze jakoś połączyć z pracą zawodową – bo zawsze byłem praktykującym architektem. Najczęściej grało się więc w weekendy, a w tygodniu pracowało do 15.00, potem wsiadało w auto i jechało do Wrocławia, Warszawy albo gdzie tam się trafiło lub po prostu brało się urlop. Graliśmy wtedy w najlepszych klubach jazzowych w Europie: w Monachium, Paryżu, Ratyzbonie, Kolonii, Lipsku, a nawet podczas wspaniałego Festivalu International Cervantino w Meksyku.

Wygląda na to, że poprzez te podróże muzyczne w czasie i przestrzeni ocalił Pan od zapomnienia nie tylko folklor góralski, lecz także muzykę innych grup etnicznych: słowacką, węgierską, łemkowską czy rumuńską.

Ościenne regiony i kultury muzyczne bardzo mnie fascynują. Lubię sięgać do źródeł. Można powiedzieć, że jestem dzieckiem Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem, który odbywa się tu od ponad pół wieku. Uczestniczyłem w nim najpierw jako widz, potem członek zespołów Klimka Bachledy i Skalni, na studiach spróbowałem tam konferansjerki, a po kilkunastu latach zaproponowano mi miejsce w jury. Lubimy sobie czasem pograć z moimi współmuzykami po słowacku, węgiersku czy rumuńsku. Nie powiem, że robię to tak jak rodowici przedstawiciele tych grup etnicznych, ale to coś dla urozmaicenia, rozrywki, a czasami celów edukacyjnych.

A jaka płyta gra u Pana ostatnio w samochodzie i w domu? Czego Pan słucha?

Głównie starych nagrań góralskiej muzyki. Kiedyś dorwałem fantastyczną płytę z festiwalu Szalom na Szerokiej z historyczną muzyką żydowską. Udało się wyłowić zaskakujące rzeczy, np. przedwojenne nagrania rumuńskich klezmerów, którzy muzyce żydowskiej nadali własną barwę, tak jak to kiedyś robili Cyganie. Ostatnio często również u mnie słychać przedwojenną kompozycję Jerzego Petersburskiego Ta ostatnia niedziela. Rozbrzmiewają też piosenki Kabaretu Starszych Panów – to muzyka na najwyższym poziomie. Dorwałem gdzieś nagranie z muzycznym spektaklem Zimy żal z interpretacjami współczesnych artystów, m.in. pani Marii Pakulnis, który prowadziła Magda Umer. Mam zresztą w pamięci obraz Jeremiego Przybory, który w latach 60. był częstym gościem u nas w domu, przyjeżdżał na urlop. Prawda jest taka, że to co dobre, po prostu samo wchodzi. Lubię muzykę prawdziwą, łatwo odróżniam ją od dziadostwa, nienawidzę chłamu. To tak jak w architekturze. Jak kiedyś powiedział jeden mądry człowiek: nie ma architektury wielkiej czy małej, jest tylko dobra albo zła.

Wydaje się, że ta bezkompromisowość jest tym, co Pana mocno wyróżnia. Czy to ma coś wspólnego z wrażliwością artysty?

Czasem jestem członkiem jury podczas konkursów muzycznych, głównie tam, gdzie chodzi o muzykę tradycyjną. Zawsze staram się wybierać to, co jest właściwe, wartościowe. Bywa, że narażam się tym na niechęć, że nie jestem kochany. Tak samo, jeśli chodzi o architekturę. Kiedy byłem radnym Zakopanego, działałem tak, żeby nasza spuścizna w stylu zakopiańskim nie została spaprana.

Jeśli już przy tym jesteśmy, to posmęćmy trochę… Karpielówka w Kościelisku już nie jest tym samym miejscem, co za Pana młodości. Wjechały buldożery, pojawili się dziwni inwestorzy. Trochę żal, że Podhale się tak zmienia, robi się kiczem…

No tak się jakoś porobiło, że Tatry stały się weekendowym miejscem dla turystów, gdzie łazi się po Krupówkach, pije grzane wino i próbuje oscypka z grilla. Bardzo mało osób przyjeżdża w nasze góry po to, aby szukać duszy tego miejsca. A przecież trzeba zajrzeć tam, gdzie się ona jeszcze pałęta. Pójść do jednego, drugiego, trzeciego muzeum, trzeba wyjść w góry. I wtedy się je odnajdzie takimi, jakimi by się chciało. Nie wjechać kolejką na Kasprowy i Gubałówkę, a potem zjechać na dół, tylko pójść w doliny i usłyszeć jak szumi potok. Wszyscy się pchają w łatwo dostępne miejsca.

Jan Karpiel-Bułecka jest znanym gawędziarzem i popularyzatorem folkloru góralskiego, orędownikiem zachowania regionalnego stylu podhalańskiego, fot. PAP.

Jak często się teraz Panu zdarza wychodzić w góry?

Wie pani, górale to bardzo rzadko po górach chodzą (śmiech). Ale czasami, jak człowieka coś dopadnie, to wchodzi wysoko, żeby się schować. Teraz jest bardzo mało takich miejsc, no bo jak się wybrać gdzieś – nawet w Dolinę Kościeliska – to pcha się przed tobą 40 osób, mijasz wycieczki – jedną, drugą, piątą. Na Giewont jest kolejka, na Czerwone Wierchy – rozdeptany szlak, aż czasami bierze obrzydzenie. Ja lubię sobie wyjść na zbocza, gdzie pasą się owce, pogadać z bacą albo juhasem, posłuchać dzwonków, powąchać tego swojskiego klimatu. Czasem wlezę w las tatrzański poza szlakiem i słucham, jak te jego resztki dogorywają, ale śpiewają swoją melodię.

Lubi Pan improwizować i w muzyce, i w gawędzie. A jak to jest w zawodzie architekta?

Jeśli chodzi o pracę architektoniczną, to głównie walczy się w niej z biurokracją, urzędniczą bezdusznością, z treścią przepisów.  Co roku pojawia się ich więcej i w zasadzie jest gorzej niż lepiej. Teraz w architekturze mało jest projektowania, natomiast dużo łażenia i załatwiania. No ale robię to, bo lubię rysować, przenosić to, co mi w duszy gra, na papier. Nie tylko architekturę, ale też górali, konie. Zawsze mnie dziwiło to, że traktują nas – architektów – jako twardo stąpających po ziemi, a przecież wielu z nas to artyści. Wydział Architektury skończył m.in. Marek Grechuta czy Jan Kanty Pawluśkiewicz. Także nasz były prezes sądecko-podhalańskiego SARP-u Zenon Remi świetnie zna się na muzyce – jak mi kiedyś zagrał melodię z Kabaretu Starszych Panów, to mnie zatkało.

Nie wszyscy wiedzą, że świetnie Pan rysuje. Co Pan zmalował ostatnio?

Teraz to cały czas mam zamówienia na rysunki okolicznościowe, okraszone krótkimi utworami wierszowanymi. A to ktoś ma urodziny, a to ktoś znowu obchodzi koniec pracy twórczej. No i tak się człowiek kreatywnie wyżywa i kleci parę słów naszą gwarą lub po literacku. Już się kupa tego uzbierała. Są to zamówienia na zaproszenia weselne, ale też mniej wesołe – na ogłoszenia ostateczne, klepsydry, kiedy umrze ktoś niekoniecznie zasłużony, ale dobry.

Przykład kartki okolicznościowej autorstwa Jana Karpiela-Bułecki.

Panie Janie, ale po co to Panu? Ma Pan tyle pracy w swojej pracowni, po co jeszcze te wyjazdy z Preisnerem, muzykowanie, wykłady, rysowanie, pisanie wierszy…

Kocham to. Wypowiadam się w ten sposób. Poza tym lubię być z ludźmi, często jestem zapraszany na prelekcje. A jeszcze jak się uda wzbudzić jakieś zainteresowanie innych, to i ja mam z tego przyjemność. Uwielbiam koncertować z Preisnerem, ale to już chyba ostatnie wyjazdy, bo mistrz doszedł do wniosku, że nie chce przegrzać struny. Co za dużo lekarstwa dla duszy, to niezdrowo. Jego muzyka jest pełna wzruszeń, teksty są niełatwe, czasem nawet wstrząsające. Przygoda z kolędowaniem z nim zaczęła się w 1999 roku, kiedy skomponował i kazał zagrać na góralską nutę kolędę Wandy Chotomskiej To już pora na Wigilię. Po kilkunastu latach doszedł też m.in. tekst pani Ewy Lipskiej: „Przybieżeli pastuszkowie na grób / Zrób coś Panie z tą śmiercią zrób / Gwiazda wschodzi na niebie / Może oni w potrzebie / Mgła cmentarna plącze się u stóp...”. To wstrząsające, ale prawdziwe. Może dlatego najbardziej lubię grać na pogrzebach.

Ale muzyka to chyba bardziej życie?

Bez muzyki nie dałoby się żyć, służy oderwaniu się od codzienności. Dobrze, jak leci się do roboty z przyjemnością, ale potem trzeba  ją zostawić i zająć się innymi uciechami.

Magdalena Mojduszka
Magdalena Mojduszka

sekretarz redakcji Z:A, współpracuje z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w obszarze dialogu społecznego

TAGI

pasje

reklama

Warto przeczytać