Facebook

Syndrom czerwonej królowej

Z:A 82

KATEGORIA: Temat wydania

Odpowiedzialność za jakość przestrzeni stoi w opozycji i konflikcie z tendencjami pościgu za zmieniającą się rzeczywistością, doraźnym sukcesem oraz podporządkowaniem się bieżącym modom. Wypracowany kiedyś tradycyjny wzorzec wykonywania zawodu wymaga zmiany.

Bardzo, ale to bardzo rzadko rozmyślamy, a jeszcze rzadziej rozmawiamy o przyszłości polskiej architektury, jako że prorokowanie o przyszłości światowej architektury z polskiej perspektywy jest bardzo wątpliwe. Niewykluczone, że wynika to z konieczności spojrzenia w przeszłość, a to nie przynosi specjalnej satysfakcji. Każde rozważanie o przyszłości powinno być ekstrapolacją opartą na rozpoznaniu i zdiagnozowaniu zjawisk z przeszłości. Robert Konieczny określił kiedyś polską architekturę jako naśladowczą i trudno się z tym nie zgodzić. Ja, śledząc ją od ponad 40 lat, preferuję określenie „architektura pościgowa” .

Modernizm i postmodernizm po polsku

Patrząc wstecz na rodzimą powojenną architekturę, nasuwa się refleksja, że jako środowisko zaczęliśmy się spieszyć wraz z końcem socrealizmu. Nie był to do końca nasz dobrowolny wybór, a wynik narzuconego komunistycznego systemu oddalającego nas od ówczesnych nurtów estetycznych, funkcjonujących w rozwiniętych krajach zachodnich. Po 1956 roku i odcięciu się od konserwatywnego nurtu, jakim był socrealizm, nastąpiła pogoń za umykającym modernizmem, siłą rzeczy w siermiężnym komunistycznym wydaniu. Zakończył się on w latach 70. opresyjnymi wielkopłytowymi blokowiskami, a na prowincji sprymitywizowaną wersją – tysiącami jednorodzinnych domów, kostkami polskimi, szpecącymi do dzisiaj rodzimy pejzaż.

     Wstydliwie przemilczany okres postmodernizmu z dekady lat 80., z miałkimi manifestami rodzimych architektów, był z dzisiejszej perspektywy tylko strojem, którym okrywano projektowane budynki. Nie towarzyszyła tym zabiegom żadna refleksja nad jego istotą, którą stanowiła reakcja na późny, jałowy już modernizm. Wątpliwe, czy któryś polski architekt sięgnął w latach 80. do rozważań Roberta Venturiego i Denise Scott Brown oraz ich Learning from Las Vegas .

     Ten wyszydzany dzisiaj pseudodworkowy styl podmiejskiej zabudowy to przecież nic innego, jak odbita naiwna fala gloryfikowanego niegdyś postmodernizmu i jego powierzchownego odwoływania się do rodzimej tradycji, bez zrozumienia i bez sięgnięcia do intelektualnych korzeni tego nurtu.

Wieczna zadyszka

Po 1989 roku uporczywy pościg nadal trwał. Najpierw miały miejsce balansujące na granicy farsy wysiłki dogonienia dekonstruktywizmu, bez najmniejszej choćby próby sięgnięcia do rozważań Jacques’a Derridy. Obecnie trwa pościg za minimalizmem i późnym modernizmem. Powszechnie widoczne są przy tym marzenia części środowiska o szwajcarskiej czy norweskiej architekturze, bez zrozumienia jej kulturowego i krajobrazowego kontekstu, a co gorsza, można zaobserwować próby jej implementowania w obce środowisko. Przypomina to wątpliwe etycznie sprowadzanie egzotycznych zwierząt do naszych ogrodów zoologicznych.

     Dzisiaj, aby znaleźć się na progresywnej fali, powinniśmy z żoną porzucić nasze mieszkanie, umożliwiając przekształcenie go w skłot, zamieszkać w cohousingu i z współlokatorami uprawiać na balkonie sałatę. Po zamknięciu naszego biura i zezłomowaniu samochodów należałoby, dojeżdżając rowerami do wynajętej powierzchni w coworkingu, otworzyć agencję pośrednictwa kupna i sprzedaży używanych materiałów budowlanych, armatury i wyposażenia mieszkań. Kolejnym krokiem byłoby opisanie wszystkiego na portalach internetowych i włączenie się tym samym w kolejny pościg za ekologią i zielonym ładem.

     Ten powodujący zadyszkę pośpiech, uniemożliwiający nawet rzetelne wewnątrzśrodowiskowe dyskusje, likwidujący funkcjonowanie profesjonalnej krytyki, utrudnił wypracowanie właściwych podstaw teoretycznych naszej działalności, tym bardziej że nie biegliśmy wszyscy w tym samym tempie i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie jest i jak wygląda meta. W efekcie rodzima architektura w znacznej mierze funkcjonuje w intelektualnej próżni, połyskując odbitym światłem, a jej wartościowanie, co było i jest widoczne w rozstrzygnięciach konkursów projektowych raz realizacyjnych, sprowadza się do oceny dystansu od estetycznych wzorców, które staramy się z wysiłkiem dogonić.     

     Na czym polega więc wspomniany paradoks? Im szybciej próbujemy osiągnąć nasz wymarzony cel, tym bardziej się od niego oddalamy. Z tej przygniatającej nas lawiny konwencji czy nurtów estetycznych nie pozostało praktycznie nic, poza incydentalnymi, wybitnymi obiektami, które oparły się próbie czasu. Ten pościg prawdopodobnie w jakimś stopniu tłumaczy upadek urbanistyki w Polsce. Znacznie łatwiej jest gonić za wzorcami w kategoriach budynków niż długotrwałych działań w obszarze urbanistyki.

il. Marta Róża Żak

Hipoteza Czerwonej Królowej

Porządkując ostatnio regały książkowe w poszukiwaniu książek dla mojej wnuczki, natknąłem się na dawno już nieczytaną przeze mnie książkę Lewisa Carrolla Po drugiej stronie lustra. Z przyjemnością przeczytałem ją po latach i natknąłem się na „syndrom czerwonej królowej szachów”, który wydaje się być swobodną paralelą naszej estetycznej sytuacji.

     „Alicja nie mogła pojąć ani wtedy, ani później, gdy się nad tym zastanawiała, jak to się właściwie zaczęło: tylko tyle pamięta, że biegły, trzymając się za ręce, i Królowa pędziła tak szybko, że ledwie mogła za nią nadążyć: a Królowa i tak ciągle wołała: „Prędzej! Prędzej!” Alicja zaś czuła, że już prędzej nie może, chociaż brakowało jej tchu, żeby o tym powiedzieć.

     A co najdziwniejsze, drzewa ani też inne otaczające je przedmioty nie ruszały się z miejsca: choćby najszybciej biegły, nie mijały niczego. „Czyżby wszystko się poruszało razem z nami?” – dziwiła się w myśli biedna Alicja. Królowa zaś jakby odgadła jej myśli, bo zawołała: „Prędzej! Nie gadaj!”(...).

     Wydawało jej się, że już nigdy nie zdoła z  siebie wydobyć głosu, taka była zdyszana! A  Królowa ciągle krzyczała: „Prędzej! Prędzej!” i wlokła ją za sobą. „Czy to daleko jeszcze?” wydyszała wreszcie Alicja. „Czy daleko? – powtórzyła Królowa i przez jakiś czas biegły nie odzywając się, a wiatr gwizdał Alicji w uszach i zdawało się, że omal jej włosów nie zerwie z głowy. „No! No! – krzyczała Królowa. – Prędzej! Prędzej!” I pędziły z taką szybkością, że zdawało się, jakby pomykały w powietrzu, stopami prawie nie dotykając ziemi, aż nagle, gdy Alicja traciła już resztkę sił, zatrzymały się i stwierdziła, że siedzi na ziemi, bez tchu i w głowie jej się kręci. Królowa ją oparła o drzewo i łagodnie odezwała się: „Teraz możesz chwilę odpocząć.” Alicja rozejrzała się zdumiona. „Jak to, przecież my chyba cały czas byłyśmy pod tym drzewem! Wszystko jest tak samo, jak było!” „Oczywiście! – powiedziała Królowa. – „Bo widzisz, u nas trzeba biec z całą szybkością, na jaką ty w ogóle możesz się zdobyć, ażeby pozostać w tym samym miejscu”1.  

     Ten właśnie fragment powieści z 1871 roku, będącej kontynuacją Alicji w krainie czarów stał się inspiracją dla sformułowania w 1973 roku hipotezy Czerwonej Królowej. Jej autorem jest Leigh Van Valen – ewolucjonista, profesor Uniwersytetu w Chicago. Jego teoria (odnosząca się do królowej szachów (nie należy mylić jej z czerwoną Królową Kier z Alicji w krainie czarów) zakłada, że silna konkurencja wymusza stałe zmiany ewolucyjne. Koncepcja Czerwonej Królowej zakłada względność wszelkiego postępu, w której nigdy nie jest możliwe osiągnięcie celu czy status quo.

Dwie drogi

Odnosząc tę hipotezę do naszego środowiska zawodowego, nasuwają się różne pytania. Czy ten wyścig, w którym próbuje się dogonić i przegonić własny cień, jest rzeczywiście konieczny, czy są to tylko pozory? A jeżeli bieg jest konieczny, to w jakim tempie mamy go uprawiać? Praca w ciągłym pościgu skutkuje pobieżnością działań, niemożnością ich analizy i ewentualnej korekty. Trudno w biegu, przy stałym niedotlenieniu, wymyślać nowe kreatywne idee, stąd też nasze działania mają charakter prawie wyłącznie reaktywny i naśladowczy. Podobnie jak Czerwona Królowa z Alicją pędzimy wprawdzie bardzo szybko, lecz nie do końca wiadomo, w jakim kierunku i czy ten bieg ma jakiś cel, czy też jest to tylko przypadkowe miotanie się. Takie dyskomfortowe sytuacje budzą poważne podejrzenia o działania pozbawione sensu i często prowadzące do nikąd. Próbując wyciągnąć jakąś naukę z fragmentu powieści Lewisa Carrolla, możemy dojść do dwóch całkowicie przeciwstawnych wniosków. Pierwszy można sformułować następująco: aby nie stać w miejscu, musimy biec coraz szybciej, nie oglądając się na mijaną rzeczywistość i nie do końca widząc cel biegu. Chyba właśnie w ten sposób postępowaliśmy przez ostatnie 60 lat i po przebiegnięciu z zadyszką ogromnego dystansu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, lub, co gorzej, w miejscu zupełnie przypadkowym.     

     Drugi wniosek jest całkowicie odmienny i chyba wart zastanowienia. Może lepiej zamiast szaleńczo biec, przystanąć choć na chwilę, spokojnie rozejrzeć się wokół. Może warto odetchnąć miejskim smogiem i ponownie uważnie przyjrzeć się naszym miastom i zawartemu w nich dziedzictwu, jakie pozostawiły poprzednie pokolenia, i negatywnym klientystycznym zmianom, jakich dokonaliśmy my – obecni kreatorzy. Wyjechać za miasto i ponownie odkryć urodę pejzażu i zastanowić się, jak permanentnie go dewastujemy. Nie byłoby może źle dokonać autorefleksji, poszukać gdzieś utraconej tożsamości, a następnie, po nawet bardzo ogólnym wyznaczeniu kierunku marszu, iść w równym, acz trudnym, konsekwentnym rytmie długodystansowców, a nie uprawiać przebiegających przy wzajemnej adoracji, pozornie przyjemnych i komfortowych, quasi-estetycznych sprintów. •

 

 

Piotr Średniawa
Piotr Średniawa
Architekt IARP

przewodniczący Rady Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP, członek Miejskiej Komisji Architektoniczno-Urbanistycznej w Katowicach, wraz z Barbarą Średniawą prowadzi Biuro Studiów i Projektów Architekt

reklama

Warto przeczytać