Facebook

SPRZYJA NAM NIE TYLKO WIATR - rozmowa z Radosławem Popławskim

Z:A 69

KATEGORIA: Rozmowa

Pokonujemy kolejne fale, odwiedzamy fascynujące miejsca, obserwujemy różnorodną przestrzeń nieznanych wcześniej miast, dostrzegamy ciekawe detale architektoniczne czy unikatową urbanistykę. To wszystko rozwija naszą wrażliwość i świadomość projektową.

Jak zaczęła się Pana pasja?

Pasją do sportów wodnych, dokładnie nurkowania, zaraził mnie mój tata. Windsurfing był później. Podczas wyjazdów większą grupą płetwonurków zawsze było dużo sprzętu wodnego, m.in. motorówki, narty wodne. Znalazł się także zestaw windsurfingowy. To wtedy, jeszcze jako nastolatek, po raz pierwszy spróbowałem sił na desce. Jak się później okazało, pasja pozostała do dzisiaj. Przez kolejne lata, równolegle do nurkowania, fascynacja windsurfingiem rozwijała się, spychając nurkowanie na drugi plan. W pewnym momencie nurkowanie rekreacyjnie na głębokości 30–40 metrów dostarczało coraz mniej frajdy, a następny krok, jakim była propozycja nurkowania na głębokość ok. 100 metrów w jeziorze Czarna Hańcza, na specjalnej mieszance powietrznej, okazał się dla mnie zbyt ekstremalny. Pozostał windsurfing.

Czy to sama woda Pana przyciąga, czy adrenalina związana z uprawieniem ekstremalnych sportów wodnych?

Oba te elementy są równie istotne. Myślę, że ludzie uprawiający ekstremalne sporty poszukują wyjątkowych doznań, zastrzyku adrenaliny, błogości, endorfin, świadomości pokonywania kolejnych granic. Nie dotyczy to tylko sportów wodnych. Podczas surfowania umysł niesamowicie odcina się od codziennych spraw. Dosłownie resetujemy myśli, dajemy się ponieść żywiołom wody i wiatru, zapominamy o pracy, bieżących sprawach i nurtujących problemach. Ponadto, ten sport daje nieograniczone możliwości rozwoju, a przekraczanie kolejnych progów zaawansowania, każdorazowo nobilituje i motywuje do dalszego progresu. Możemy rozpocząć od freeride'owego pływania, spróbować freestyle'u czy zmierzyć się z ogromnymi falami oceanicznymi na zestawie windsurfingowym skonfigurowanym pod styl wave. Jakby tego było mało, do deski wind czy kite możemy zamontować statecznik foil i „lewitować” bezszelestnie nad wodą. Warto też dodać, że ludzie, których można spotkać na desce, zarówno windsurfingowej, jak i kitesurfingowej, mają według mnie większy dystans do życia, emanują pozytywną energią, uciekają od pędzącego świata.

Zastanawiam się, na ile ta nieograniczoność przestrzeni i wewnętrzny luz przekładają się na inne wymiary Pana życia, m.in. na pracę architekta. Czy to się w jakiś sposób łączy? Czy łatwo jest przeskoczyć z deski kreślarskiej na deskę windsurfingową?

Chętnie odwróciłbym kolejność desek (śmiech). Obie pasje, tj. architektura i windsurfing, wnoszą coś do życia. Satysfakcja z projektowania „duszona” jest ostatnimi latami przez agresywną postawę inwestorów, jednakże wspomniany wcześniej „surfurski luz” pozwala zdystansować się i ocenić na chłodno problematyczną sytuację. W kwestii dosłownego przeskoczenia z deski na deskę bywa, że codziennie sprawdzam prognozę na najbliższe dni. Gdy jest szansa na wiatr większy niż 14 węzłów, staram się przeorganizować harmonogram spotkań biznesowych w taki sposób, aby wyskoczyć na akwen chociaż na tzw. szybką rundę, czyli na 2–3 godziny, a następnie wrócić do swoich projektowych obowiązków. Kiedy pomyślne warunki wiatrowe utrzymują się dłużej, najlepiej gdy zahaczają o weekend, wtedy wraz kolegami – m.in. współorganizatorami ArchiSURFu – jedziemy na „prognozę” na Półwysep Helski. Mogę sobie na to pozwolić dzięki wsparciu i cierpliwości mojej żony, która ze stoickim spokojem przyjmuje newsa z ostatniej chwili o „weekendowym wypadzie na dechę z kumplami”.

Jak sport wpływa na Pana pracę? Oczywiście abstrahując od tego, że w jakimś stopniu pasja odciąga Pana od niej. Jak wrażenia doznane na wodzie przekładają się na wyczucie przestrzeni?

Jest kilka zależności, choć nie chciałbym wyolbrzymiać ich wpływu na mój zawód. Na pewno pozytywne zmęczenie, wysiłek na świeżym powietrzu separują od stresu i doładowują akumulatory. Wypoczęty mentalnie projektant jest bardziej twórczy, ale to chyba charakterystyczne dla wszystkich analitycznych i kreatywnych zawodów. Podróże związane z wyjazdami w różne miejsca na tzw. spoty pozwalają obcować z odmienną kulturą, poznać lokalną tradycję i architekturę. Pokonujemy kolejne fale, odwiedzamy fascynujące miejsca, obserwujemy różnorodną przestrzeń nieznanych wcześniej miast, dostrzegamy ciekawe detale architektoniczne czy unikatową urbanistykę. To wszystko rozwija naszą wrażliwość i świadomość projektową. Cieszymy się życiem. Ogromny wpływ na moją edukacje architektoniczną i windsurfingową miał okres, kiedy studiowałem urbanistykę w Holandii, przy okazji doszkalając się w windsurfingu pod okiem surferów z lokalnego klubu. Czas rezydowania w Holandii pozwolił mi poznawać nie tylko holenderskie akweny, lecz także architekturę. A ta, moim zdaniem, pod wieloma względami jest pionierska i wytycza kierunki designu.

Od tego czasu na pewno zwiedził Pan wiele miejsc i wiele akwenów. Czy ma Pan swoje ulubione?

Europa oferuje dużo świetnych miejsc. Wspaniałe spoty Morza Śródziemnego, Adriatyckiego czy Egejskiego – wprost niezwykłe, jeśli chodzi o warunki do ślizgania się na desce, spotkania ludzi z podobną pasją, wyjątkowy klimat czy pyszną kuchnię. Wiatr potrafi tam wiać praktycznie nieprzerwanie przez kilka miesięcy. Świetne na deskę jest też Morze Północne. Dalekie wojaże wymuszają jednak skomplikowaną organizację wyjazdu, dlatego lubię naszą Zatokę Pucką, a szczególnie Kuźnicę. To miejsce ma w sobie coś wyjątkowego. Jest leniwe i powściągliwe, a jednocześnie ściąga fanatyków wind- i kitesurfingu.

No właśnie… Ostatnio bywa Pan tam częściej z racji inicjatywy ArchiSURF – regat i szkoleń wind- i kitesurfingowych dla architektów? Jak to się stało, że powstała?

Jak to zwykle bywa – spontanicznie. Po całodziennym pływaniu, w klimatycznej knajpce, bez telefonicznego zasięgu, w gronie kilku zapaleńców windsurfingu podjęliśmy decyzję o organizacji regat. Pozytywnie wymęczeni po surfowaniu, wraz z Marcinem Saksonem, Adamem Jeske oraz Bartkiem Grześkiem, zaczęliśmy się zastanawiać, jak zebrać większą grupę, która dzieli pasję windsurfingu z architekturą. Bartek zaproponował możliwość zorganizowania regat przy jego bazie, mając już bagaż doświadczeń z organizowania ogólnopolskich regat. Ja, Adam i Marcin mieliśmy zająć się pozostałymi kwestiami, takimi jak rozpropagowanie eventu, znalezienie sponsorów, reklamy, umowy itd. Tego późnego popołudnia, wracając do Poznania, zaczęliśmy snuć plany. No i zaczęło się… Teraz, kiedy patrzę na imprezę z perspektywy czasu, myślę, że gdybym wiedział, jaki to będzie ogrom pracy, ile pochłonie czasu – mimo że dzielimy wysiłek między nas trzech – inicjatywa pewnie by nie powstała. W 2012 roku rozpoczęliśmy pierwsze regaty w kategorii windsurfing i do dziś impreza trwa oraz rozwija się coraz bardziej. W czerwcu tego roku organizowaliśmy już 8. edycję ArchiSURFu.

Organizatorzy ArchiSURFu podczas „pracy”, od lewej: Marcin Sakson, Adam Jeske, Radosław Popławski.

Jakie są doświadczenia z tej tegorocznej imprezy w Kuźnicy?

Wolałbym być uczestnikiem tych regat niż organizatorem (śmiech). Pomimo rozdzielenia obowiązków organizacyjnych pomiędzy mnie, Marcina i Adama, jest mnóstwo pracy. Przez cały czas musimy doglądać sytuacji na spocie, na bieżąco weryfikujemy harmonogram wyścigów w zależności od prognozy, dopinamy detale wieczornej imprezy, konsultujemy ze sponsorami panel prezentacyjny, dzielimy dodatkowo czas z uczestnikami. Zależy nam na profesjonalnej organizacji. Myślę, że w tym roku, łącznie z osobami towarzyszącymi i sponsorami, odwiedziło nas ok. 200 osób. Stwierdziliśmy, że w przyszłym musimy pomyśleć o większym zapleczu, chociażby cateringowym. Podczas tegorocznego wieczornego spotkania integracyjnego, ok. godziny 21:00, niespodziankę sprawiła nam nagła burza. Dzięki pomocy wszystkich uczestników w przeniesieniu imprezy z plaży do „surfhouse'u” możemy dzisiaj wspominać na wesoło przygodę tej edycji.

Kończycie jedną edycję i już wchodzicie w kolejną?

Nie do końca, gdyż teraz jest już łatwiej. Po ośmiu edycjach mamy przetarte szlaki. Przede wszystkim profesjonalną obsługę organizacyjną w bazie Macieja Szulikowskiego, opracowane schematy i umowy, szablony graficzne, sprawdzone firmy produkujące koszulki, plastrony, medale, stworzoną przez firmę mojego brata platformę internetową obsługującą eventy sportowe. Mamy też fantastycznych sponsorów, nie dlatego, że partycypują w kosztach organizacji Archisurfu, ale dlatego, że są to ludzie czujący szeroko pojęty surferski klimat. Organizowanie ArchiSURFu rozpoczynamy w lutym, dopinając umowy sponsorskie, kontraktujemy bazę, instruktorów oraz obsługę kulinarną. Natężone prace rozpoczynają się ok. 1,5 miesiąca przed imprezą.

Od lewej: Radosław Popławski, Marcin Sakson.

Jak zmieniła się w czasie tych 8 lat grupa uczestników, ich świadomość sportu?

Od początku formuła konkursu otwarta jest dla studentów architektury i architektów. W przypadku 1. edycji mieliśmy 17 uczestników i to były kameralne regaty. Teraz impreza rozgrywa się dwutorowo – są regaty oraz szkolenie wind- i kitesurfingu. W tym roku impreza przerosła nasze oczekiwania, jeśli chodzi o liczbę uczestników – zarejestrowało się blisko 100 osób, z czego na samą naukę wind & kite ponad 60. Dodatkowo z atrakcji i szkoleń korzystają także dzieci uczestników (już w wieku od 6 lat), mają do dyspozycji windsurfingowe zestawy szkoleniowe oraz instruktorów. ArchiSURF stał się imprezą rodzinną, wpisaną na stałe w kalendarze naszych uczestników.

Co Pana zdaniem jest największą wartością tej imprezy? Co do niej przyciąga uczestników?

Myślę, że chodzi głównie o chęć przebywania z ludźmi z tą samą pasją, o podobnych oczekiwaniach, charakterach, podejściu do życia. Coroczne spotkania na ArchiSURFie są swoistą odskocznią od zapracowanych dni w biurze, sprzyjają spotkaniom po latach znajomych ze studiów.

Jakie rady dałby Pan osobom, które chcą zacząć swoją przygodę z windsurfingiem? Czy są cechy, które szczególnie się przydają?

Po pierwsze, każdy wie, co lubi: chodzić po górach, jeździć na rowerze czy pływać. Jeśli ktoś kocha wodę, jak najbardziej powinien spróbować windsurfingu czy kitesurfingu. Aby się nie zrazić na samym początku, należy bezwzględnie rozpocząć od lekcji z instruktorem. Wystarczy profesjonalna pomoc, odpowiednio dobrany sprzęt, aby po kilku godzinach osoba poczuła, czy złapała „bakcyla”. Zapewne, jak w każdym sporcie, trzeba mieć w sobie mieszankę uporu, pasji, samozaparcia, no i wolnego czasu.

Polski klimat nie wydaje się chyba zbyt sprzyjający uprawianiu tego sportu?

To prawda, nie mamy tylu dni wietrznych, jak np. na spotach Morza Śródziemnego. Mamy  za to jedne z lepszych miejsc w Europie do uprawiania wind- i kitesurfingu – to Zatoka Pucka i Półwysep Helski. Odpowiednia głębokość, odcięcie od fal Bałtyku bardzo sprzyjają nauce i pływaniu na desce z żaglem czy latawcem.

Gdzie ostatnio był Pan na desce?

To był szybki wypad na jezioro koło Poznania. W planie wyjazd na prognozę na Półwysep Helski.

To co jest teraz u Pana „na fali”? Projekt wyjazdu czy projekt budynku?

Cały czas mam mnóstwo pracy projektowej, ale pomimo tego codziennie spoglądam, czy prognoza pogody będzie wietrzna i czy została oznaczona tzw. gwiazdką. Jestem w stanie dużo zrobić, aby „urwać” trochę zawodowego czasu i wskoczyć na deskę. Oczywiście, to nie takie proste, bo zawsze jest „coś za coś”. Jeśli rezygnuję z pewnego wycinka pracy, to muszę nadrobić zaległości później.

Organizujecie Panowie społecznie ArchiSURF od tylu lat. Wspólnie pływacie od tylu lat. Czy nie nudzi się Wam spędzanie tyle czasu razem?

Oczywiście zdarzają nam się wyprawy we trzech, jednak jest to tylko kilka razy w roku. Nie zawsze możemy zgrać nasze obowiązki zawodowe, plany rodzinne z terminem wyjazdu „na dechę”. Zarażonych pasją pływania jest wielu kolegów architektów, więc często udaje się zorganizować ekipę. Jeśli prognoza zwiastuje dobry wiatr, w ruch idą telefony, SMS-y i szybko ustalamy detale wyjazdu. Deska nam się nigdy nie nudzi, podobnie jak ArchiSURF. Podczas oficjalnego zakończenia tej dwudniowej imprezy Marcin zawsze bierze mikrofon i pyta: „Czy chcecie się spotkać z nami w przyszłym roku?” – pełna pozytywnych emocji odpowiedź całego grona uczestników jest tak motywująca i daje tak duży zastrzyk energii, że nie możemy odpuścić organizacji kolejnej edycji, pomimo zdarzających się czasami problemów i komplikacji. Do tej pory pomyślne wiatry nam sprzyjają.

Magdalena Mojduszka
Magdalena Mojduszka

sekretarz redakcji Z:A, współpracuje z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w obszarze dialogu społecznego

reklama

Warto przeczytać

Brak powiązanych artykułów.