Facebook

Sami sobie winni

Z:A 67

KATEGORIA: Prawo

Wielu z nas w swoim życiu zawodowym spotkało się z patologicznym zjawiskiem tzw. klepania, które zdecydowanie ma charakter wielobranżowy. Co to w praktyce oznacza i czy naprawdę zdajemy sobie sprawę ze skutków takiego procederu? Przeprowadziłam miniankietę w małomiasteczkowym środowisku projektowym, która doprowadziła mnie do poniższej refleksji.

Zjawisko „klepania” polega na podpisywaniu dokumentacji projektowej kolegów, którzy nie mają uprawnień i o nie nie występują, jako projektant główny lub sprawdzający kolegom. Proceder ten odbywa się „tylko” wśród znajomych – na jednego „podpisującego” przypada ok. 2–4 „klonów”. Są nimi: inżynierowie i technicy z ograniczonymi uprawnieniami do projektowania – do tzw. 1000 m³, inżynierowie i technicy bez ograniczonych architektonicznych uprawnień projektowych, posiadający uprawnienia konstrukcyjne lub wykonawcze, inżynierowie/technicy – kierownicy budów nieposiadający w ogóle żadnych uprawnień, architekci bez uprawnień. Wszyscy oni najczęściej oferują kompleksowe „usługi projektowe”, nie informując przy tym inwestorów o swoim wykształceniu, a zleceniodawcy przez cały okres inwestycji są przekonani, że pracę powierzyli osobie dysponującej odpowiednimi uprawnieniami. Podpisywanie odbywa się na zasadzie współpracy: raz na jakiś czas konstruktor prosi osobę z pełnymi uprawnieniami projektowymi (w tym wypadku w branży architektonicznej) o drobną przysługę – zautoryzowanie projektu. Architekt wyraża zgodę, tłumacząc ją „współpracą autorską” czy konsultacją. Często towarzyszy jej obawa, że brak podpisu może zepsuć dobre relacje z branżystą, a w konsekwencji skutkować np. odmową wykonania dokumentacji branży konstrukcyjnej oraz – w dalszej kolejności – utratą zleceń.

Mimo świadomości potwierdzania nieprawdy podpis jest postrzegany w kategoriach wyświadczanej przysługi lub co najwyżej „małego zła”. Autoryzacja dotyczy w zasadzie wszelkiego rodzaju opracowań projektowych, począwszy od adaptacji projektów typowych, indywidualnych projektów domów jednorodzinnych czy budynków usługowych. W odniesieniu do branżystów często chodzi o projekty, których nie mogą podpisać, gdyż nie mają wymaganych uprawnień lub z powodu pełnionych funkcji w urzędach czy instytucjach branżowych nie mogą oficjalnie takich usług świadczyć. Liczba podpisywanych projektów jest różna. Średnio, w przypadku jednego architekta, możemy mówić o 10–15 rocznie, co, jak potwierdzili ankietowani, w rozliczeniu finansowym stanowi dochód bez znaczenia dla ogólnego budżetu prowadzonej przez nich działalności. W przypadku osób młodych, tuż po uzyskaniu uprawnień, autoryzowanie nie swojej dokumentacji stanowi stałe, dodatkowe źródło dochodu.

POLECAM DOBREGO PROJEKTANTA

W mniejszych ośrodkach sposoby pozyskiwania zleceń w pewien sposób wiążą się ze zjawiskiem „klepania”. Oprócz standardowych metod przekonania do siebie klienta, dużą rolę odgrywają tu tzw. dobre relacje z pracownikami urzędów gmin, miast i starostw. Niewielka liczba architektów zatrudnionych w ww. placówkach oraz piastowanie stanowisk przez tzw. osoby okołobudowlane (inspektorzy w działach planowania przestrzennego, pracownicy wydziałów architektury i budownictwa starostw powiatowych oraz UM) tworzy atmosferę zrozumienia dla potrzeb „inżynierów” i postrzegania ich jako „swoich”. Potencjalny klient, wypytujący w urzędzie o sprawę inwestycji, często bywa kierowany do „dobrego” projektanta, który w opinii urzędnika szybko i bezproblemowo załatwi sprawę. Nikt nie sprawdza uprawnień, a tym bardziej wykształcenia poleconej osoby. Sami oferujący usługi projektowe nie są zainteresowani wyprowadzeniem inwestora z błędu. Zdziwienie następuje najczęściej po fakcie, gdy trafiają oni z poprawkami do architektów. Zjawisko to dość powszechne, przez lata praktykowane w obszarze zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej, którą – jak wiadomo – inwestorzy realizują najczęściej raz w życiu, rozszerza się na obszary zabudowy usługowej. Powierzenie pracy osobie niebędącej profesjonalistą oraz brak wcześniejszego kontaktu z architektem pozbawia zleceniodawców szansy na prawidłową ocenę i dokonanie właściwego wyboru biura projektowego. Co więcej, taka nieuczciwość projektantów oferujących wykonanie dokumentacji projektowych, do których nie posiadają uprawnień, a więc świadomych konieczności zdobycia pieczątki uprawnionej osoby, tworzy swoistą „szarą strefę”, która powinna podlegać regulacjom praw konsumenta chociażby w zakresie celowego wprowadzenia klienta w błąd czy oferowania nieprawdziwych i niemożliwych do zrealizowania usług.

MAŁE OBIEKTY I ADAPTACJE

„Klepanie” i prawne dopuszczenie możliwości wyeliminowania architekta z prac nad małymi obiektami powoduje, że projektant skupia się tylko na przygotowaniu dokumentacji technicznej (budowlanej) z pominięciem architektury, co niestety jest dość mocno widoczne w polskim krajobrazie. Projekt domu jednorodzinnego u inżyniera (niearchitekta) kosztuje ok. 6–6,5 tys. zł. Ceny na rynku zleceń dyktowane są więc przez osoby bez uprawnień, dla których wartość architektury to tak naprawdę cena pieczątki (od 200–500 zł). W przypadku małego miasta na każdego podpisującego architekta przypadają 2–4 „klony”, co przy 50% „użyczających pieczątki” daje ok. 60 nieprofesjonalnych osób, świadczących usługi projektowe. Dodając tych, którzy mają ograniczone uprawnienia, można przyjąć, że architekci stanowią co najwyżej 25% liczby osób oferujących usługi projektowe w małej miejscowości i jej najbliższych okolicach. Legislacyjne przyzwolenie dla adaptacji projektów gotowych przez inżynierów utwierdza ich w przekonaniu, że projektowanie domków jest łatwe. Co więcej, daje szansę na szybkie pieniądze, nieobciążone dużą odpowiedzialnością (projekt jest już wykonany prawidłowo przez zespół specjalistów, począwszy od architekta, konstruktora, na branżystach sanitarnych i elektrycznych kończąc, a więc wystarczy wykonać PZT i „klepnąć” pieczątkę). Przystosowywanie projektów gotowych, kuszące łatwym zarobkiem, powoduje, że mało kto wykonuje indywidualne projekty konstrukcyjne niewielkich obiektów. Na rynku zaczyna zatem brakować konstruktorów chętnych do współpracy przy tego typu przedsięwzięciach.

ANTYETYKA KLEPACZA

Podpisywanie projektów przez architektów jest łamaniem zasad KEZA. Stanowi potwierdzanie nieprawdy – na podstawie fałszywej autoryzacji zostają wydane decyzje administracyjne (pojawia się pytanie, na ile w takim wypadku można stwierdzić nieważność takiej decyzji?), co wiąże się z odpowiedzialnością prawną za potwierdzanie nieprawdy czy zawodową za inwestycje, których się nie projektowało. Tworzy to jednocześnie szansę dla nieuczciwych na wykorzystywanie będących w ich posiadaniu zaświadczeń o uprawnieniach i przynależności do OIA (sytuacje fałszerstwa podpisów), a ponadto jest przyzwoleniem na powstawanie nieprofesjonalnego rynku konkurencyjnych biur projektowych oraz wpływa na zaniżanie ceny za dokumentację projektową. Ogólne przyzwolenie dla ww. zachowań nie skłania do refleksji na ten temat i zaszczepia poczucie ich niewielkiej szkodliwości społecznej. W świadomości pojedynczego architekta funkcjonuje przekonanie o znikomej skali, problemu. Nastąpiła pełna akceptacja tego procederu, lecz warto zadać pytanie, czy faktycznie możemy nazywać koleżanką/kolegą osobę działającą na naszą niekorzyść? Krótkowzroczność, bagatelizowanie wagi zjawiska oraz postrzeganie go w obrębie interesu własnego sprawia, że szukamy usprawiedliwienia w padających pytaniach, typu: „Co Izba z tym robi?”. Własny samorząd zawodowy jawi się jako policjant, który powinien chronić od zamiaru popełnienia przestępstwa poprzez podanie narzędzi umożliwiających przyjęcie asertywnej postawy, ułatwiającej odmowę wykonania „przysługi”. Nawet świadomość szkodliwości procederu nie jest wystarczającym argumentem i stanowi nie lada wyzwanie – potrzeba specjalnych zakazów, nakazów, środków dyscyplinujących, które okiełznają „szalejącą pieczątkę”, bezwolnie wyskakującą z szuflady i klepiącą co popadnie. Czy wykonując zawód zaufania publicznego, zasługuje się na społeczne zaufanie, gdy autoryzuje się nieprawdę? Jeżeli sami nie będziemy się szanować, nie możemy oczekiwać i wymagać szacunku od innych.

TRZYMAJMY NASZĄ PIECZĄTKĘ W RYZACH

Sygnowanie projektów, które sami tworzymy, to jedyna szansa na właściwy podział kompetencji w procesie inwestycji budowlanych. Wiele z prostych zagadnień trafi do młodszych kolegów skarżących się na brak zleceń (obecnie większość tematów inwestycyjnych realizowanych na terenie prowincjonalnego miasta stanowi zabudowa mieszkaniowa jednorodzinna oraz niewielka usługowa, przejmowana przez osoby bez uprawnień). Rozpoczynający pracę architekci będą zdobywać swoje doświadczenie zawodowe od mniejszych projektów, bez ryzyka zaniżania ceny w bardziej skomplikowanych realizacjach. Gdy cena „branży architektonicznej” przestanie stanowić koszt pieczątki, wycena opracowań zostanie zweryfikowana do jej realnej wartości. Solidarna postawa, brak przyzwolenia na autoryzowanie nie swoich projektów oraz zdecydowane STOP „KLEPANIU” skutecznie zamknie możliwość dalszego szerzenia się opisanej w powyższym artykule patologii. •

Renata Święcińska
Renata Święcińska
Architekt IARP

Przewodnicząca Podkarpackiej Okręgowej Izby Architektów

TAGI

reklama

Warto przeczytać