Facebook

Ring opinii

Z:A 79

KATEGORIA: Ring opinii

Jaka jest skala odpowiedzialności architekta wobec społeczeństwa za zmiany w krajobrazie? Czy może on podejmować i realizować zlecenia godzące w dobro przestrzeni publicznej?

OPRACOWANIE: MACIEJ NITK A

Grzegorz Dżus


Odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista. Jeżeli chcemy być traktowani jako przedstawiciele zawodu zaufania publicznego, to w żadnym wypadku i bez względu na jakiekolwiek uwarunkowania nie wolno nam prowadzić działań godzących w dobro publiczne – w tym wypadku w wartości krajobrazowe. W teorii nikt tego nie zakwestionuje, gorzej z codzienną praktyką.

W pewnym sensie oswoiłem się z sytuacją, że krajobraz czy sylweta miasta nie są w hierarchii wartości przeciętnego inwestora priorytetem (choć mam wrażenie, że z roku na rok ta świadomość jest coraz większa). Często przegrywają one z ekonomią, kubaturą czy funkcją. Jednak dużo bardziej niepokojący jest fakt, że nierzadko musimy prowadzić w tym zakresie swoistą walkę, również z instytucjami teoretycznie odpowiedzialnymi za ład przestrzenny. Wbrew powszechnym opiniom problem dotyczy nie tylko zapisów warunków zabudowy, lecz także jakości planów miejscowych. Znam wiele przykładów, gdzie to właśnie na jego etapie zaczyna się degradacja przestrzeni i (kierując się etyką zawodową) niewiele jesteśmy w stanie zdziałać bez zmiany w nim konkretnych zapisów. To z kolei uruchamia niezwykle czasochłonne procedury i niejednokrotnie doświadczałem tego, że proces projektowy trwał znacznie dłużej niż sama realizacja.

Jako środowisko architektoniczne musimy się też niestety czasem uderzyć we własne piersi. Gdy zdarza nam się odmówić podjęcia zlecenia ze względu na uzasadnione obawy związane z ryzykiem degradacji przestrzeni przez daną inwestycję, możemy być niemal pewni, że zawsze znajdzie się projektant, który naszych rozterek nie podzieli.

Wiem z autopsji, jaki dyskomfort powoduje sytuacja, kiedy musimy odmówić inwestorowi, który nam zaufał, i z którym podjęliśmy współpracę, ponieważ trzeba przejść kosztochłonną procedurę odwoławczą w przypadku, kiedy nie akceptujemy stanowiska którejś z instytucji opiniujących. Jednocześnie wierzę, że właśnie to dobro wspólne wymaga od nas, abyśmy traktowali je jako czynnik nadrzędny. Świadomość tego, jak wiele z wprowadzanych przez nas zmian w krajobrazie jest w zasadzie nieodwracalnych i w jakim stopniu wpływają one na codzienne życie społeczeństwa, może sprawić, że akurat w tej kwestii nie powinniśmy mieć dylematów.

Anna Waligórska-Dzik

W pamięci mam opowieści mojego dziadka o winoroślach rosnących na poznańskich Winogradach i łanach zbóż z grasującymi lisami na Naramowicach. Dziś trwa tam gorączkowa budowa linii tramwaju. Tamte obrazy są dla mnie westchnieniem tęsknoty za harmonią dawnego krajobrazu.

Nostalgia ta nie jest bynajmniej oznaką kontestacji zmian, lecz pretekstem do chwilowego zatrzymania się i refleksji nad siłą sprawczą człowieka w krajobrazie. Zwłaszcza siłą tak wielką, jak nasza – architektów i urbanistów. Czy dotyka nas osobiście ułomny rozwój naszych miast i wylewająca się na przedmieścia deweloperska zabudowa? Czy dostrzegamy okaleczony krajobraz? Czy tęsknimy za jakością wypartą z naszej codzienności?

Zacytuję przewrotnie fragment wiersza Adama Zagajewskiego Równowaga: „Patrzyłem z góry na arktyczny krajobraz (…) myślałem (...) o tym, że pustka może tylko jedno obiecać: pełnię. (…) pośród obłoków ukazała się bezbronna ziemia, zapomniane przez właścicieli śmieszne ogrody, blada trawa udręczona przez zimę i wiatr (…) przez moment czułem doskonałą równowagę między jawą i marzeniem”.

Czy rzeczywiście tylko „pustka jest doskonałą „pełnią”? Czy to, co tworzymy, jest w ogóle fair wobec przyrody? Ulgę w tej niepewności przynoszą przykłady dzieł znakomitych, często powściągliwych i skromnych, odnoszących się z szacunkiem i wrażliwością do przyrody lub kontekstu miejskiego. Może to być zarówno ścieżka edukacyjna w ramionach Popradu i Dunajca, jak i hotel w centrum Poznania. Na drugim biegunie samopoczucie psują makabryły, które przecież też mają swoich autorów, a co gorsze – nawet miłośników. Oczywiście powiedzenie „kwestia gustu” rozsadza każde środowisko.

Poszanowanie krajobrazu jest jednak pojęciem głębszym, okazaniem pokoleniom, które po nas przyjdą, szacunku. Odpowiedzi na pytanie, czy powinniśmy podejmować i realizować tematy godzące w dobro publiczne, każdy musi poszukać sam. Potrzebna jest do tego chwila zatrzymania oraz autorefleksji. Czy jesteśmy wystarczająco niezależni, by oprzeć się naciskom, gdy czujemy, że w naszym zleceniu „coś” uwiera, gdy wytyczne inwestora są sprzeczne z naszymi ideami? Rozważmy, że konsekwencją projektów, które okaleczają bezpowrotnie krajobraz, może być środowiskowy ostracyzm.

Olaf Jasnorzewski

Zacznę nieco przewrotnie od fragmentu piosenki zespołu Lady Pank pt. Raport z miasta N.: Zerwałem się nad ranem w mieście dajmy na to N. Pośród tysiąca takich samych miast. Donośny łoskot na ulicy nagle obudził mnie, jakby ktoś z nieba strącił worek gwiazd. Za oknem w dole co minutę wielki przebiegał tłum, gonili jedni drugich z całych sił. Proporce lśniły, bębny biły, ludzie wzniecali szum, a każdy ile pary w płucach wył: Hip, hip i hura, hura! My tak, cała reszta zła! Hip, hip i hura, hura! Bóg wie, kto tu rację ma…”

Tak, zazwyczaj, wygląda w Polsce reakcja lokalnej społeczności na wiadomość o rozpoczęciu w okolicy nowej inwestycji, tudzież dyskusja publiczna dotycząca kolejnych zmian w otaczającej nas przestrzeni i krajobrazie. Oczywiście motywem przewodnim jest najczęściej zasadność powstania danego obiektu oraz odpowiedzialność architekta za jego projekt i końcowy wygląd. Jak zawsze w takich przypadkach bywa, pojawia się tłum ekspertów z Uniwersytetu im. „Google’a” oraz Instytutu „Pineterst’a”, perorujących na temat bezdyskusyjnego przekroczenia wszelkich przepisów i parametrów zabudowy, niewdrożenia jedynie słusznych rozwiązań dotyczących zieleni czy komunikacji oraz niezastosowania absolutnie i bezsprzecznie wymaganych odstępów od wszelkiego rodzaju budynków i dróg. Każdy hejt owego gremium zaczyna się od słów: „A jakiż to sprzedajny architekt zaprojektował takie dziadostwo?”, po którym pada sakramentalne stwierdzenie: „Powinni pociągnąć go do odpowiedzialności i zabrać mu uprawnienia!”.

Sam czasem łapię się na tym, że widząc zdjęcia kolejnych polskich makabrył, dołączam do tego tłumu, ale zaraz potem uświadamiam sobie, że przecież nierzadko… to nie architekt uchwalił fatalny plan miejscowy dla dzielnicy, to nie architekt nie oddał skrawka swojej działki pod drogę publiczną, przez co osiedlowy ruch ugrzęźnie w „wąskim gardle”, to nie architekt wyciął drzewa, korzystając z „Lex Szyszko”, żeby łatwo sprzedać ziemię deweloperowi, to nie architekt uparł się na budowę wielopiętrowego domu w granicy 12-metrowej działki, to nie architekt pomalował elewację na „jajeczny” kolor, to nie architekt jest zawsze odpowiedzialny za cały ten cyrk w otoczeniu… „No ale przecież przyjął zlecenie!” – zakrzyknie tłum… Tylko czy ktoś w tym mrowiu zadaje sobie pytanie, ile rzeczy wydarza się po drodze, nim dana inwestycja powstanie? I jak wielu głupich ludzi, ile przepisów i urzędów może zdewastować całkiem dobry projekt, nim w ogóle zacznie się budowa? Pewnie nie, ale wczoraj usłyszałem, że odpowiedź na te pytania ma się pojawić na Tik-toku – pomiędzy ostrym cieniem mgły a tańczącym pudlem w okularach słonecznych…

Wojciech Gwizdak

O ile ze szczytną ideą ochrony krajobrazu i poszanowania jego wartości zgodzi się każdy, o tyle jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Gdy zejdziemy do poziomu sposobów realizacji tegoż zadania, to szybko zanika jednorodność poglądów i pojawiają się daleko idące rozbieżności, by nie powiedzieć – konflikty. Cele podzielają wszyscy, środki do nich prowadzące już tylko niektórzy. Dlatego chciałbym przedstawić jeden z pomysłów na zmniejszenie jednego ze szkodliwych mechanizmów, który wywołuje negatywne zjawiska w szeroko rozumianym krajobrazie.

Chyba podstawowym problemem w przypadku zarządzania dobrem publicznym (nie tylko w architekturze i urbanistyce) jest pojawiająca się czasem sprzeczność interesu między jednostką a społeczeństwem. Owa rozbieżność uwidacznia się w decyzjach korzystnych dla jednostki, ale skutkujących negatywem dla ogółu. To dlatego nigdy nie udała się i nigdy się nie uda realizacja idei socjalistycznych oraz komunistycznych w gospodarce. To dlatego ludzie potrafią palić w piecu czym popadnie – mają w domu ciepło, ale dym wdychają sąsiedzi, nie wspominając już o negatywnym oddziaływaniu na cały ekosystem. Szereg obserwowanych negatywnych zjawisk w urbanistyce, np. urban sprawl, wynika właśnie w dużej mierze z tej sprzeczności. Jedną z głównych przyczyn jest możliwość przerzucania kosztów wygodnego życia na przedmieściach na resztę społeczeństwa, czyli: „Ja sobie wybuduję domek, w zieleni, za miastem w urokliwej okolicy, ale to gmina musi mi sfinansować budowę drogi, autobus, odbiór śmieci, wodę i kanalizację, a no i jeszcze blisko szkołę dla dziecka i koniecznie galerię handlową”.

Jednak ludzkość odkryła, że przynajmniej częściowo można walczyć z tym mechanizmem (warto zapoznać się ze zjawiskiem zwanym „syndromem wspólnego pastwiska”). Jest nim własność prywatna i wolny rynek. Miasta i urbanistykę w Polsce skonstruowano w ten sposób, że pozwala się prywatyzować zyski oraz nacjonalizować koszty. To powoduje rabunkową gospodarkę przestrzenną. Wystarczy jednak obciążyć rzeczywistymi kosztami funkcjonowania gminy jej obywateli, by zaczęli podejmować decyzje bardziej racjonalne. Korzystasz? Płacisz. Jest to i sprawiedliwe, i skuteczne. Nie obowiązuje więc schemat, w którym płaci się podatki na utrzymanie miasta, a ono z tych pieniędzy świadczy obywatelom usługi, tylko mieszkańcy płacą bezpośrednio za owe usługi. Szlachetne postulaty, edukacja społeczeństwa, srogie przepisy, plany miejscowe mające powstrzymać tereny przed rozlewającą się zabudową itp. nie są w stanie przeważyć szali ludzkiej chciwości.

Ludzie zawsze będą działać tylko i wyłącznie w swoim interesie, dlatego najszybciej zrozumieją język własnych korzyści. To jeden z ważniejszych problemów polskiej urbanistyki, niestety chyba nieuświadomiony. Gdy pytanie: „czy chciałbym to mieć?” zostanie uzupełnione przez „czy gotów jestem za to płacić?”, wtedy ureguluje się zachwiane od dekad proporcje.

 

Olaf Jasnorzewski
Olaf Jasnorzewski
Architekt IARP

członek Zespołu Warunków Wykonywania Zawodu oraz Zespołu ds. Legislacji przy MPOIA RP, a także Komisji Warunków Wykonywania Zawodu oraz Zespołu ds. Rynku Zamówień na Twórcze Prace Projektowe przy KRIA RP, laureat Honorowej Odznaki I Stopnia IARP, prowadzi własną pracownię projektową w Tarnowie

Wojciech Gwizdak
Wojciech Gwizdak
Architekt IARP

sekretarz Krajowej Rady Izby Architektów RP, przewodniczący Komisji ds. Mediów i Informacji IARP

Grzegorz Dżus
Grzegorz Dżus
Architekt IARP

przewodniczący OSA w WMOIA PR od III kadencji, w poprzednich dwóch jej wiceprzewodniczący; członek SARP od 1996 roku; współwłaściciel pracowni Dżus GK Architekci

Anna Waligórska-Dzik
Anna Waligórska-Dzik
Architekt IARP

w latach 2001–2015 współpracowała z ASW Architekci, obecnie prowadzi własną pracownię projektową w Poznaniu.

reklama

Warto przeczytać