Facebook

Pszczoły, batmany i inne rzeźnie - rozmowa z Mają Chodorowską

Z:A 77

KATEGORIA: Po godzinach

"Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak dużą mamy w sobie siłę. [...] Tak naprawdę możemy wszystko. Trzeba próbować swoich sił, doświadczać nowych rzeczy, być otwartym na zmiany. To przydaje się zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym".

Gdy przeczytałam, że uprawia Pani krav magę, pomyślałam, że musi być Pani silną kobietą, a potem zobaczyłam na zdjęciu roześmianą filigranową dziewczynę. Dlaczego zajęła się Pani tak brutalnym sportem walki?

Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, gdy brat mojej przyjaciółki opowiedział mi o swojej nowej pasji – stosowanym w Siłach Obronnych Izraela systemie walki, który jest mieszanką m.in. judo, jiu jitsu, muay thai, boksu i zapasów. Jego opowieści o nocnych treningach, symulacjach porwań, technikach pozwalających jednym ruchem obezwładnić agresora zrobiły na mnie wrażenie. Trenowałam wtedy kick boxing i pomyślałam, że warto spróbować czegoś, co może przydać się w życiu codziennym. Bo krav maga to nie tylko system walki wykorzystywany przez wojsko i policję, ale przede wszystkim sztuka samoobrony. Wtedy jeszcze nie zaczęłam trenować, ale myśl o tym kiełkowała we mnie przez lata. Kiedy w 2016 roku odkryłam, że tuż pod moim domem na warszawskim Powiślu jest centrum sztuk walki, w którym można ćwiczyć krav magę, uznałam, że to znak, i zapisałam się na zajęcia. Tak zaczęła się moja przygoda.

Na czym polegają zajęcia krav magi?

Treningi są wymagające, ale to coś naprawdę dla każdego, niezależnie od wzrostu, wagi czy wieku. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaką dużą mamy w sobie siłę. Kiedyś podczas rozgrzewki zrobiłam 130 pompek. Było ciężko, ale dałam radę. W trakcie zajęć ćwiczymy różne techniki walki, używamy treningowych pałek, sznurów, noży, maczet, pistoletów, uczymy się bronić. Potem są sparingi, na których wykorzystujemy zdobyte podczas treningów umiejętności. Walczymy z różnymi partnerami. Nie jest to komfortowe, bo wiadomo, że łatwiej zmierzyć się z kobietą o podobnych gabarytach niż z mężczyzną, który waży o 30 kg więcej, ale dzięki temu można poczuć czyjąś siłę i zobaczyć, co wydarzy się w sytuacji realnego zagrożenia. Nieraz chwyty, które bez problemu stosowałam na koleżankach, nie udawały mi się tak łatwo na dużo silniejszych kolegach.

Używane w walce techniki: uderzenia, dźwignie, kopnięcia, na pewno są bolesne. Jak Pani sobie z tym radzi?

Rzeczywiście, przy dźwigniach bolą stawy, po uderzeniach w tarczę pęka skóra na dłoniach, kopnięcia często dosłownie zwalają z nóg. Wyrwane włosy, siniaki, otarcia to standard. Emocje i adrenalina działają trochę znieczulająco, ale ból jest. Mnie on jednak hartuje. Czuję, że moje ciało staje się bardziej wytrzymałe, a uderzenia nie wydają się tak bolesne. Potrafię coraz więcej znieść. W tygodniu, po pracy, dwugodzinne treningi bywają wyzwaniem. Czasami są tak dynamiczne, że trudno po nich zasnąć. Każde zajęcia to dla mnie sprawdzian. Czy pokonam ból? Czy zrozumiem wskazówki trenera? Czy uda mi się wykorzystać je w walce? Bo przecież jeśli nie, to na sparingu dostanę „bęcki” (śmiech).

Czasem potrzeba świeżości, „przewiania głowy”, na zdjęciu Maroko; fot. Magdalena Kulma.

Obóz treningowy krav magi, 2018 rok; fot. Tactical Krav Maga.

Co to wszystko daje? Kondycję, sprawność, siłę?

Oczywiście, ale nie tylko. Krav maga to tak naprawdę ćwiczenie pewności siebie. Treningi zmieniły moje myślenie o tym, ile mogę wytrzymać, czy poradzę sobie, gdy ktoś mnie zaatakuje, co zrobię w chwili zagrożenia. Nie będę przecież wdawała się w walkę wręcz z umięśnionym, dwumetrowym agresorem. Jednak dzięki technikom poznanym na zajęciach mogę go odepchnąć i uciec, bo krav maga uczy instynktownych odruchów – jak się bronić i atakować z maksymalnymi szybkością i siłą.

Na treningach mamy symulacje niebezpiecznych sytuacji. Kiedyś całe zajęcia jeździliśmy  po Warszawie wynajętym autobusem ZTM i w takich niekomfortowych warunkach ćwiczyliśmy reakcje na ataki. Innym razem uczyłyśmy się obrony przed gwałtem. Koledzy wcielili się w role napastników. Bardzo ich wtedy nie lubiłam. To był trudny psychicznie trening, ale okazuje się, że są sposoby, aby uwolnić się z uścisku napastnika, a nawet go obezwładnić. W krav madze nie obowiązuje taryfa ulgowa dla kobiet. Uważam, że to dobrze, bo lęki i zahamowania mamy w głowie. Tak naprawdę możemy wszystko. Trzeba próbować swoich sił, doświadczać nowych rzeczy, być otwartym na zmiany. To przydaje się zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

Czy w realnym życiu kiedykolwiek przydały się Pani umiejętności nabyte w trakcie ćwiczeń na sali?

Na szczęście nie. Ostatnie wydarzenia w naszym kraju utwierdzają mnie jednak w przekonaniu, że warto znać kilka zasad samoobrony. Wiedzieć, jak w razie potrzeby odepchnąć napastnika, wyrwać mu z ręki pałkę czy nóż, poderwać się z pozycji leżącej i uciec, a co najważniejsze – jak obserwować otoczenie, by uniknąć zagrożenia. Uważam, że po treningach krav magi jestem bardziej czujna, lepiej analizuję otoczenie, trudniej mnie zaskoczyć. Wiem też, że aby odeprzeć atak, nie trzeba być uzbrojonym w gaz czy inną broń, ale można wykorzystać przedmioty, które są pod ręką: torebkę, parasolkę, a nawet telefon. Krav maga uczy myśleć i podejmować decyzje we właściwym czasie, reagować natychmiast i bez zbędnych ruchów, ale z maksymalną siłą.

Krav maga jest imponująca, ale to nic w porównaniu z Pani drugą sportową pasją – ultramaratonami górskimi. Jak w ogóle można przebiec 50 czy 100 km w górach?

Jak się chce, to można (śmiech). Ograniczenia mamy przede wszystkim w głowie. Przygoda z bieganiem zaczęła się dziewięć lat temu, kiedy dałam się namówić mojej przyjaciółce Magdzie na truchcik po Milanówku. Ona na swoim koncie miała już wtedy ponad 30 maratonów, ja byłam nowicjuszką. Po tych pierwszych 3 km biegania przez tydzień nie mogłam się ruszać, czułam mięśnie, o których wcześniej nawet nie wiedziałam, że je mam. Ale ze mną jest tak, że zawsze chcę więcej, lubię się sprawdzać. Dlatego wkrótce wzięłam udział w zorganizowanych biegach na 5, a następnie 10 km, zaś po niespełna pół roku przebiegłam pierwszy półmaraton. Gdy mi się to udało, stwierdziłam: dlaczego by nie spróbować sił w maratonie, a później w biegu ultra? Więc to zrobiłam.

Fot. Jan Haręza.

Maraton w Moskwie; fot. Marathon-photo.ru

W jakich ultramaratonach brała Pani udział do tej pory? Które z nich najbardziej zapadły Pani w pamięć?

Moim najdłuższym biegiem był Ultramaraton na Roztoczu. Pokonałam wtedy 66 km. Oficjalnie trasa miała mieć ich 60, ale miły organizator w bonusie dla uczestników wydłużył ją o kolejne sześć (śmiech). Proszę mi wierzyć, to było najdłuższe 6 km w moim życiu…

Dobrze pamiętam też Maraton Gór Stołowych. „Tylko” 50 km, ale z metą na Szczelińcu. Aby tam wbiec, trzeba było pokonać schody do nieba – 665 stopni. Gdy następnego dnia pojechałyśmy z koleżankami ultramaratonkami zwiedzić Skalne Miasto w Czechach, śmiałyśmy się, że chodzimy jak cyrkle, bo nie mogłyśmy zginać nóg.

Często wspominam również „Ultra Janosika” w Pieninach. Zdecydowałam się wziąć w nim udział, bo słyszałam, że z jednego punktu tej 50-kilometrowej trasy widać piękną panoramę Tatr. Tylko dlatego pobiegłam. Niestety była mgła i nic nie zobaczyłam. Za to mam z tego maratonu wyjątkowo spektakularne zdjęcie, jak w niekontrolowany sposób zsuwam się ze zbocza góry Żar. Fotoreporterzy, siedzący przez cały dzień w krzakach wyczekiwali zawodnika, który wreszcie zsunie sie ze stoku tej stromej góry. No i doczekali się mnie. Niestety, mimo to trzeba było pokonać tę górę jeszcze raz, aby wejść na jej szczyt i kontynuować bieg.

Co jest dla Pani sukcesem w ultramaratonie? Dobry czas, wysokie miejsce na mecie, ukończenie biegu, pokonanie własnej słabości?

Dla mnie ultramaratony to przede wszystkim sprawdzenie siebie. Oczywiście za każdym razem próbuję poprawić swój czas, ale nie to jest najważniejsze. Dużo pracuję i nie zawsze mogę w pełni realizować planów treningowych, więc wychodzę z założenia, że bieg ma być dla mnie przyjemnością, a nie stresem. Biegam na luzie, a przy okazji zwiedzam nowe miejsca i poznaję ciekawych ludzi. Te mikrowyprawy dają mi zastrzyk dobrej energii, która ułatwia pokonywanie problemów zawodowych i prywatnych. I tak np. część Maratonu Pustyni w Ejlacie, który zaczynał się o 4:00 rano, przebiegłam tyłem, bo nie mogłam się nasycić pięknym wschodem słońca nad górami Jordanii. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariatkę (śmiech). Później nie mogłam się oderwać od obłędnej chałwy oraz pysznych daktyli, jakie serwowano w punktach odżywczych. No i jak w takich okolicznościach stresować się czasem?

Stale w nowych miejscach, na zdjęciu Petra w Jordanii, 2019 rok; fot. Magdalena Kulma.

Sukcesem zawsze jest dla mnie ukończenie biegu, bo bywa ciężko, np. na trasie Maratonu Transylwanii w Rumunii musiałam sobie poradzić z kilkoma porami roku w przeciągu kilku godzin. Najpierw był upał, potem ulewa i bieg po strasznym błocie, wreszcie wysokie góry (ponad 2000 m n.p.m.), a tam śnieg, wiatr, mróz. Do tego wszystkiego krążące gdzieś niedźwiedzie, które mieliśmy odstraszać gwizdkami (były obowiązkowym elementem wyposażenia naszych plecaków i przed startem sprawdzano, czy je mamy). W związku z tym, biegnąc, przez całą trasę rozglądałam się, czy przypadkiem gdzieś na horyzoncie nie ma misia.

Dużo Pani trenuje przed biegiem?

Nie bardzo. Oczywiście, trzeba trochę pobiegać, żeby przygotować organizm do większego wysiłku, ale nie oszukujmy się – i tak nie będę śmigać po górach jak kozica. Pod górę staram się jak najszybciej podejść, a później nadrabiam czas, maksymalnie prędko zbiegając w dół.

Pamiętam swoje przygotowania do „Rzeźniczka ”w Bieszczadach. To był mój pierwszy bieg górski. W ramach przygotowań do tego biegu trenowałam w okolicach Łazienek Królewskich w Warszawie, bo lubię światło gazowych latarni na ulicy Agrykola, i biegałam pod górkę przy Parku Fontann pod Starym Miastem, ponieważ jest tam ładnie. Przy tym wszystkim najważniejsze było jednak dla mnie znalezienie rzeki na tradycyjny spływ kajakowy, na który co roku wybieramy się ze znajomymi w długi weekend „bożociałowy”, czyli w terminie, w którym organizowany jest Festiwal Biegu Rzeźnika. Ostatecznie wybraliśmy rzekę San. Stan wody był tak niski, że przez większą część spływu ciągnęliśmy kajaki po kamienistym dnie. Mogę więc powiedzieć, że przed „Rzeźniczkiem” trenowałam w rzece.

W czasie długiego i wyczerpującego biegu wcześniej czy później pojawia się kryzys, gdy człowiek po prostu ma dość. Co Pani robi, by przetrwać te trudne chwile?

Tak jak mówiłam, podchodzę do biegów na luzie. Przed pierwszym półmaratonem w Warszawie wymyśliłam moją dewizę biegową i do dzisiaj się jej trzymam – jeśli nie dobiegnę, to „dowyglądam”. Namówiłam Magdę, żebyśmy przebrały się na ten bieg za Batmana i Supermana. Od tej pory często bierzemy udział w biegach w zabawnych, zwykle własnoręcznie wykonanych strojach.

Debiut podczas Półmaratonu Warszawskiego w 2013 roku; fot. FotoMaraton.pl.

Na Nocny Półmaraton Świętojański we Wrocławiu przebrałyśmy się za Świtezianki. Godzinę przed startem z powodów uchybień organizatora wydarzenie oficjalnie odwołano, ale i tak wszyscy pobiegli. Na trasie nie było jednak punktów odżywczych, więc gdy mijałyśmy – w tych strojach Świtezianek – m.in. bary, mieszkańcy częstowali nas piwem i robili sobie z nami zdjęcia. Z kolei na maraton w Atenach przebrałyśmy się za pszczółki, co również wprawiło w zachwyt rozbawionych Greków, dzięki czemu mogłyśmy liczyć na dodatkowy, gorący doping.

Maraton w Atenach, 2014 rok; fot. archiwum prywatne.

Jest Pani nie tylko zapaloną sportsmenką, lecz także podróżniczką. Jak udaje się Pani łączyć te dwie pasje?

Gdy postanowiłam spróbować sił w maratonie, żeby nie było nudno i monotonnie, wymyśliłam połączenie przyjemnego z pożytecznym, czyli zwiedzanie stolic światowych biegiem. Zawsze interesowała mnie architektura, więc tak naprawdę miałam wszystko, co lubię, tylko w przyspieszonym tempie (śmiech).

Jako pierwszy cel obrałam Rzym. To miasto tak mnie zachwyciło, że nawet nie zauważyłam, kiedy przebiegłam siedem wzgórz, na których zostało zbudowane. Prawdziwa dwója z historii architektury. Ja zapomniałam o wzgórzach, ale moje nogi długo je pamiętały. To był ciężki bieg, bo tuż przed nim Magda postraszyła mnie, że na końcu stawki będzie jechał specjalny autobus, zabierający z trasy tzw. maruderów, uniemożliwiając im dobiegnięcie do mety. W związku z tym co jakiś czas odwracałam się, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nic mnie nie goni. Taki był mój debiut maratoński.

Zapadł mi w pamięć także maraton w Moskwie i siedmiopasmowa ulica Twierskaja, prowadząca na Plac Czerwony – tego dnia cała dla biegaczy. To było niesamowite przeżycie, zwłaszcza, że nikt nie krzyczał: „Biegacze do lasu!”, jak to dzieje się w Polsce. Dużym przeżyciem był maraton w Atenach. Ten historyczny bieg z miejscowości Maraton do Aten to dla Greków tak naprawdę wielkie święto. Na całej 42-kilometrowej trasie mieszkańcy wychodzą z rodzinami przed domy, machają gałązkami oliwnymi i wznoszą toasty. Cały czas biegłam wzruszona.

Śmieję się, że moje przygotowania do maratonów to cały proces twórczych działań. Najpierw decyzja, w jaki zakątek świata jadę i co chcę zobaczyć, potem dokładne planowanie zwiedzania – tak, żeby jak najlepiej wykorzystać czas na wyjeździe, a na koniec wymyślanie oraz szycie strojów.

W czasie podróży największe wrażenie zrobiło na Pani...

Pamiętam przejście kanionu rzeki Wadi Mujib w Jordanii. Zaczęło się od spacerku w cudownie ciepłej, krystalicznie czystej, płytkiej wodzie, a skończyło na walce z żywiołem. Nurt rzeki zrobił się bowiem bardzo silny, a jedyną asekuracją był kawałek liny zwisający ze skał. Bardzo przydało mi się wtedy doświadczenie wspinaczkowe. Niezapomniana była jazda na snowboardzie po czerwonych piaskach wydm na pustyni Wadi Rum, także w Jordanii. Miło wspominam również pływanie z żółwiami morskimi w Morzu Karaibskim. Ostatnio w Słowenii pierwszy raz widziałam rzekę Soca, na której uprawia się rafting i spływa kajakami górskimi. Woda ma tam obłędnie turkusowy kolor, a jesienią wyglądała, jakby była pokolorowana.

Przeżywam też nowe smaki, których mogę skosztować. Do dzisiaj pamiętam kurczaka w pikantnym sosie czekoladowym, jakiego jadłam w Meridzie w Meksyku. Czasami zdarzają się pomyłki (śmiech), ale cóż, jak nie spróbuję, to nie będę wiedziała, czy mi coś smakuje, czy nie.

Na pustyni Negew w Ejlacie; fot. Magdalena Kulma.

Czy wyjazdy jakoś Panią inspirują zawodowo?

Z każdego wyjazdu przywożę mnóstwo zdjęć budynków, detali architektonicznych, materiałów, przestrzeni publicznych, które mnie urzekły. Potem, jeśli tylko mam okazję, dzielę się tymi inspiracjami z klientami. Ale zachwyca mnie też sztuka użytkowa, często nie mogę się powstrzymać przed kupieniem biżuterii czy czegoś do domu, np. w Maroku zakochałam się w małych tajine – pojemniczkach na przekąski, sprzedawanych w drodze na Dżabal Tubkal, szczyt, który był pierwszym 4-tysięcznikiem, jaki zdobyłam.

Tak, te wszystkie wyjazdy są inspirujące zawodowo. Ale oprócz architektury bardzo ważny jest dla mnie kontakt z przyrodą. Może dlatego, że dużo pracuję i mnóstwo czasu spędzam przy komputerze, potrzebuję tej świeżości, „przewiania” głowy, przestrzeni. Dzięki krav madze i maratonom, które pomagają mi utrzymać kondycję oraz hartują, mam siłę na realizację życiowych wyzwań.

Gdy nie uda mi się wyjechać na dłużej, staram się organizować sobie miniwyprawy. Kilkudniowe ferraty w Dolomitach, weekendowe „kajakowanie” na Adriatyku czy krótki wypad na półwysep Prasonisi na windsurfing zapewniają duży ładunek endorfin. Mam nadzieję, że wkrótce znów gdzieś się wybiorę, najlepiej gdzieś daleko. Muszę tylko poczekać, aż sytuacja wywołana pandemią wróci do normalności.

reklama

Warto przeczytać