Facebook

Przestrzenie pozornie bez znaczenia

Z:A 81

KATEGORIA: Temat wydania

Zwyczajne przestrzenie nie muszą być biernym tłem żyjących w nich ludzi, odgrywających niczym aktorzy swoje role w kiepskiej scenografii. Niestety nawet najlepsza sztuka pokazywana w marnym teatrze traci na wartości i przekazie. Właśnie dlatego, że te przestrzenie „bez znaczenia” są tak wszechogarniające, warto o nich pisać.

Epidemia koronawirusa i związane z tym ograniczenia „niechcący” pozwoliły nam bliżej spojrzeć na otaczające nas rzeczy i zjawiska, kadrując sfragmentyzowaną pandemią przestrzeń, i skupiły naszą uwagę na niedostrzeganych uprzednio detalach. Ich monotonna zwyczajność wpisywała je dotąd w codzienny rytm życia w taki sposób, że przestaliśmy je dostrzegać, stały się one dla nas banalne. Od 40 lat mieszkamy z żoną w północnej dzielnicy Bytomia, Miechowicach i ani nie lubimy tego miejsca, ani też specjalnie je kochamy. Chyba większość mieszkańców tej dzielnicy posiada podobne odczucia. W zasadzie nie na sensu zajmować się takimi banalnie smutnie przeciętnymi przestrzeniami, jednak w podobnym otoczeniu żyje i funkcjonuje bardzo duża część naszego społeczeństwa, a ten jednostkowy przypadek jest charakterystyczny dla szerszego zjawiska.

Israels Plads w centrum Kopenhagi, proj. Cobe, Sweco Architects; przestrzeń o dużym znaczeniu dla mieszkańców. fot. Rasmus Hjortshøj / COAST

Śląska rzeczywistość

Nazwa dzielnicy nie jest do końca jasna. Może pochodzić od kowalskich miechów albo została wyprowadzana od zakonu Miechowitów, polskiego określenia Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie. Wieś, a potem dzielnicę nazywano Miechowice, Miechowitz, od 1936 roku Mechtal, zaś po wojnie z powrotem Miechowice. Do pierwszej połowy XIX wieku była to niewielka wieś, w której wydobywano galenę. Szybki rozwój Miechowic rozpoczął się na początku XIX wieku wraz z uruchomieniem największej na Śląsku kopalni galmanu o nazwie Maria. Dalszy rozwój związany jest z rodziną Wincklerów, którzy wznieśli pałac w stylu neogotyku Tudorów. W 1902 roku otwarto kopalnię węgla Preussengrube (KWK Miechowice), zlikwidowaną w roku 1999, a w czasie wojny uruchomiono wciąż czynną i rozbudowaną elektrownię Miechowice. Po wkroczeniu wojsk sowieckich w styczniu 1945 roku wymordowano około 380 mieszkańców i spalono pałac Wincklerów. W latach 70. XX wieku na pobliskich polach uprawnych zrealizowano bardzo duże wielkopłytowe osiedle, które stało się sypialnią dla robotników zatrudnionych w przemyśle ciężkim.

Obecnie Miechowice liczą ok. 30 tys. mieszkańców. Ta relatywnie krótka, mało frapująca historia jest charakterystyczna dla większości śląskich miast i dzielnic, szybko rozwijających się od początków XIX wieku i przeżywających gwałtowny rozrost w latach 60. i 70. XX wieku (bo trudno to co działo się wtedy nazwać rozwojem). Nałożenie na wiejską tkankę w okresie industrializacji zespołów familoków, a po wojnie quasimodernistycznego układu nowego osiedla stworzyło amorficzną, nieczytelną przestrzennie strukturę dzielnicy z nieopanowanymi stykami zabudowy z różnych okresów. Brakuje tu miejsc atrakcyjnych i krystalizujących układ urbanistyczny, pozostały jednak nieliczne wartościowe ślady historii. Należą do nich resztki niedawno odnowionego pałacu Wincklerów, neobarokowy kościół Bożego Ciała ze snycerką bogato pokrytą pozłotą, czy neogotycki kościół św. Krzyża z jedynym rzeczywiście wartościowym, acz mało znanym dziełem sztuki, jakim jest wykuta w białym carraryjskim marmurze rzeźba Madonny, dłuta śląskiego rzeźbiarza Theodora Erdmanna Kalidego Te nieliczne budowle nie organizują jednak przestrzeni dzielnicy, mają tylko wyspowy charakter. O powojennej całkowicie nijakiej wielkopłytowej zabudowie osiedlowej można pisać wyłącznie negatywnie. Zrealizowane po 1989 roku pawilony i pawiloniki handlowe, plomby dogęszczające zabudowę, standardowe docieplenia, rzędy garaży, anemiczne nasadzenia szybko usychających drzewek tylko pogłębiają bezład i przeciętność zabudowy. Pomimo przemieszania starych i nowych obiektów nie ma tutaj jakiegokolwiek continuum kulturowego czy społecznego. Wszystko jest przeciętne oraz balansujące na pograniczu kiepskiej architektury i prostego budownictwa.Wprowadzone w czasie epidemii ograniczenia w poruszaniu się i nakaz pozostania w domach uświadomiły nam, że te restrykcje nie są dla nas zbyt dotkliwe. Brak możliwości przejścia się po naszej dzielnicy nie okazał się czymś bardzo przykrym. Nie ma tutaj bowiem miejsc, które zachęcałyby do ich odwiedzenia i nie oznaczały ograniczenia w kontakcie z jakąś atrakcyjną przestrzenią. Jedyną uciążliwością był chwilowy zakaz wstępu do lasu, chociaż sąsiadujący z dzielnicą kompleks leśny to młode dąbrowy i sośniny, bez przyrodniczych rewelacji. Te czasowe ograniczenia skłoniły mnie do szerszej refleksji na temat stanu i jakości przestrzeni, w której żyjemy i funkcjonujemy, oraz jej wpływu na nasz stan świadomości.

Umierające śląskie familoki w starych Miechowicach, fot. Piotr Średniawa

(Nie)pozorna codzienność

Reiner de Graaf, holenderski architekt stojący na czele prac prowadzonych w ramach AMO (studia badawczego i projektowego założonego w 1998 roku jako uzupełnienie działalności Office for Metropolitan Architecture (OMA) zainicjowanego przez Rema Koolhaasa) generalnie określa takie przestrzenie jako śmieciowe. Może jest to kwestia tłumaczenia, określenie to nie definiuje ich jednak w sposób adekwatny do ich użytkowania. Pod pojęciem śmieci rozumiemy odpady i odrzuty naszej cywilizacji, które po spełnieniu swojego zadania czy wyczerpaniu swojej funkcji lub zepsuciu stały się przedmiotami zbytecznymi dla „cywilizacji”. W takim rozumieniu, w kategoriach architektury i urbanistyki, byłaby to zdekapitalizowana tkanka architektoniczna, trudna lub niemożliwa do sanacji, jak zamknięte lub skażone zakłady i tereny poprzemysłowe oraz magazynowe, zbyteczne bocznice i zabudowania kolejowe czy bezużyteczna już infrastruktura.

Opisywana przestrzeń dalej jednak funkcjonuje i nic nie zapowiada porzucenia jej przez mieszkańców. Żyje tutaj jakieś 30 tys. ludzi ze swoimi marzeniami i aspiracjami zawodowymi, którzy kochają się, zawierają małżeństwa, rodzą się kolejne dzieci, emeryci spędzają wolny czas w ogródkach działkowych, a koło południa prawie codziennie z parafialnego kościoła wyrusza na lokalny cmentarz kondukt pogrzebowy. Dlatego wydaje się, że lepszym określeniem, chociaż nie tak dobitnym i spektakularnym, byłaby „przestrzeń bez znaczenia”. Tutaj ani to co istnieje, ani znikające stopniowo familoki w starszej części dzielnicy, ani też powstające czy termomodernizowane budynki, remontowane ulice i chodniki nie mają znaczenia dla jakości miejsca. To typowa przestrzeń zarówno dla śląskiego, jak i ogólnopolskiego standardu XXI wieku. Pozornie nie ma sensu o niej ani pisać, ani czytać, ponieważ nie dzieło się tutaj, nie dzieje i w negatywnym scenariuszu nie będzie się działo nic takiego, co warte byłoby szczególnej uwagi czy dogłębnej analizy. I dlatego właśnie warto się jej przyjrzeć, a nie incydentalnym jeszcze przejawom wartościowej współczesnej architektury w naszym kraju. Myśląc o mieście i jego funkcjonowaniu, koncentrujemy zazwyczaj naszą zawodową uwagę na jego obszarze centralnym. Tymczasem w przypadku Bytomia i większości śląskich miast, tereny te zamieszkuje od 15 do 25% ich ludności t. To nie w centrach tych miejscowości „toczy się codzienność”, gdyż przygniatająca większość zamieszkuje i użytkuje te pozostałe przestrzenie „bez znaczenia”.

Parkingowe łąki osiedla Miechowice w Bytomiu, fot. Piotr Średniawa

Paradoks znaczeń

Przez dziesięciolecia następowała i następuje sekularyzacja nijakości i łagodnej brzydoty tych miejsc. Nie jest to bynajmniej syndrom tylko Miechowic i Górnego Śląska, a ogromnej większości zurbanizowanej przestrzeni naszego kraju. Z ogromnym trudem jestem w stanie wskazać przestrzenie mające znaczenie, zapadające w pamięć, a tym samym zapraszające do ponownego odwiedzenia. Są to w większości zabytkowe zespoły miejskie, takie jak pobliskie starówki Krakowa czy Opola, fragmenty międzywojennych dzielnic. Nie potrafię wskazać takiej przestrzeni o jakimś znaczeniu w powojennej polskiej architekturze. Chociaż jest to niepoprawne politycznie i passé , to jakieś znaczenie można odnaleźć w założeniach warszawskiego MDM i krakowskiej Nowej Huty, chociaż czy są to przestrzenie przyjazne, to już odrębne pytanie. Można postawić łatwą i prostą tezę, że ten stan jest w jakimś stopniu wynikiem niedoborów finansowych relatywnie ubogiego kraju. Temu zaprzecza jednak zrealizowana w ostatnich 30 latach obudowa Alei Jerozolimskich czy symboliczny Mordor na Mokotowie. Zaangażowanie idących w miliardy środków finansowych wykreowało hektary i kilometry przestrzeni „bez znaczenia”, pozornie tylko o wyższym standardzie niż pokomunistyczne dziedzictwo. Stan ten, będący wynikiem wielokrotnie opisywanych przyczyn, również w ostatnim trzydziestoleciu nie uległ zasadniczej zmianie. Lepki brud i przygnębiająca szarość komunizmu udrapowane zostały tandetną pstrokatą sukienką wolnego rynku i festiwalem nowych materiałów budowlanych.

Problemem nie jest przestrzeń sama w sobie, a jej relacje z zamieszkującą ją oraz użytkującą społecznością i vice versa. W przypadku części osiedlowej już trzecie pokolenie powoli pozbawiane jest kontaktu z dobrą architekturą i przyzwoitą przestrzenią, która jest najpowszechniejszą dziedziną kultury. Wykształca to w sposób oczywisty analfabetyzm architektoniczny i sprowadza kontakt z kulturą do anteny satelitarnej i internetu. Zobojętnienie społeczne generuje brak presji na poprawę jakości przestrzeni i uznanie otaczającej brzydoty i bylejakości za jedyny z możliwych światów. Jedyną alternatywę wzbogacona część mieszkańców widzi w ucieczce do rozlewającej się zabudowy jednorodzinnej na obrzeżu osiedla i w sąsiednich dzielnicach. Nikt już nie dostrzega problemu tej codziennej przestrzeni – ani mieszkańcy, ani władze samorządowe, dla których poprawa jakości miast oznacza budowę „białych słoni”, stadionów, hal sportowych, filharmonii czy brukowanie we wzorki rynków i pasaży pieszych, ani też my – architekci, traktujący te tak naprawdę podstawowe i główne quasimiejskie przestrzenie po macoszemu. Znajduje to odzwierciedlenie w niskiej jakości wykonywanych dla tych przestrzeni MPZP, mających zazwyczaj charakter obowiązkowej pańszczyzny, niewnoszących jakiejkolwiek dodanej wartości urbanistycznej, a tym samym nie wiadomo, po co sporządzanych, projektowanych „lewą ręką” nowych obiektach, naiwnych pastelowych wzorkach na ocieplanych budynkach czy klientystycznym znajdowaniu lokalizacji dla kolejnego pawilonu Lidla lub Biedronki. Jeżeli poważnie mówimy o zrównoważonym rozwoju, a nie o werbalnych deklaracjach, to zrównoważony rozwój powinien być realizowany właśnie w tych przestrzeniach. Ich jakość, a nie tylko estetyka, jest niezbywalnym elementem jakości życia.

Klaustroficznie antyspołeczne podwórza osiedla Miechowice w Bytomiu, fot. Piotr Średniawa.

Pozorny Europejski Bauhaus?

Tendencje zajmowania się przestrzeniami „bez znaczenia” widoczne są w zachodniej Europie. Ostatnie nagrody Miesa van der Rohe zostały przyznane nie za kolejne odchodzące do lamusa ikoniczne obiekty mające „zbawić” miasta, a za działania w obszarach codziennej przestrzeni. W 2017 roku laureatem tej nagrody została pracownia NL architects i XVW architectuur za projekt rewaloryzacji modernistycznej zabudowy mieszkaniowej w Amsterdamie, zaś w 2019 roku dostrzeżono przebudowę bloków z lat 60. w Bordeaux, autorstwa trzech pracowni: Lacaton & Vassal architectes (również laureatów nagrody Pritzkera w 2021 roku), Frédéric Druot Architecture oraz Christophe Hutin Architecture. Natomiast w 2016 roku zwycięzcą najbardziej prestiżowej nagrody Pritzkera został chilijski architekt Alejandro Aravena (rocznik 1967), który również poświęcił swoją działalność zaniedbanym dzielnicom. Ich realizacje pokazują, jakie znaczenie mają działania w przestrzeniach pozornie „bez znaczenia”. Podnoszą one w jakimś stopniu estetykę tych miejsc i funkcjonalność budynków, jednak najważniejsze jest przekształcanie ich w inkluzywne i przyjazne społecznie.

Brak tej inkluzywności jest największą wadą mojej śląskiej dzielnicy, jak i ogromnych rodzimych zurbanizowanych przestrzeni. Te wszechstronne harmonizujące przestrzeń działania są zasadniczym przesłaniem Nowego Europejskiego Bauhausu. Przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, stwierdziła: „Nowy Europejski Bauhaus to projekt nadziei na znalezienie sposobu, jak lepiej żyć razem po pandemii. Chodzi w nim o to, by zrównoważony rozwój połączyć ze stylem, tak aby Europejski Zielony Ład dotarł do umysłów i domów obywateli. Aby Nowy Europejski Bauhaus odniósł sukces, potrzebujemy wszystkich kreatywnych umysłów – projektantów, artystów, naukowców, architektów i obywateli”. To przesłanie obliguje nie do spektakularnych działań, lecz do mniej efektownego skupienia uwagi naszego środowiska architektów i urbanistów, przy udziale aktywistów i ruchów miejskich zwykłych obywateli, na tej codziennej, smutnej i „bez znaczenia”, a jednak powszechnie ogarniającej nas przestrzeni, w której żyjemy. Jeżeli dalej nie poświęcimy jej należytej uwagi, przekażemy ją wraz z jej smuteczkiem, dalekim od nostalgii, naszym dzieciom i wnukom.

Przypadkowe styki starej i nowej zabudowy Miechowic, fot. Piotr Średniawa.
 
 
Piotr Średniawa
Piotr Średniawa
Architekt IARP

przewodniczący Rady Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP, członek Miejskiej Komisji Architektoniczno-Urbanistycznej w Katowicach, wraz z Barbarą Średniawą prowadzi Biuro Studiów i Projektów Architekt

TAGI

reklama

Warto przeczytać