Facebook

Po co zabytki politykom? Po co zabytkom politycy?

Z:A 73

KATEGORIA: Felieton

Fałszywa dobroczynność sprawia, że wiele zabytkowych kamienic dalej należy do zasobu gmin i znajdują się w nich zarówno mieszkania socjalne, jak i komunalne. Niestety lokatorzy zbyt często użytkują je w sposób, który z czasem doprowadza budynek do ruiny.

Nigdy nie lubiłem polityków i niestety z wiekiem nie lubię ich coraz bardziej. W tej grupie dużą nadreprezentację mają groźni mitomani, niebezpieczni egocentrycy czy zwyczajni socjopaci. Wydawać by się mogło, że wynalazek demokracji liberalnej zarówno najlepiej chroni państwo i społeczeństwo przed takimi osobnikami, jak i pozwala w miarę sensownie rządzić krajem. Niestety nie jest to chyba do końca prawda. Obalenie królów, powołanie parlamentów, uchwalenie konstytucji, przyznanie obywatelom praw były tylko wygraniem kolejnej bitwy, ale nie wojny. Ludzie władzy wyciągnęli wnioski z tych przegranych i dostosowali swoje metody do nowych warunków. Politycy nauczyli się łamać prawo w majestacie prawa, odnosić nienależne korzyści majątkowe zgodnie z przepisami czy osiągać pozycję dawnych królów w warunkach demokracji. Dlatego uważam ich za wrogów państwa, społeczeństwa oraz jednostki… i to wręcz śmiertelnych.

Obecna kadencyjność władzy powoduje konieczność poddawania się demokratycznej weryfikacji co określony czas. Politycy musieli się więc nauczyć oszukiwać wyborcę, by utrzymać lub zdobyć rządy i dalej zaspokajać swoje najniższe instynkty. Zakres tych oszustw jest dość znaczny i dość szeroko omawiany. Metody manipulacji mają swoje źródło w mechanizmach psychologicznych człowieka.

Genialny ekonomista Frédéric Bastiat w książce Co widać i czego nie widać opisał jeden z nich – ludzie pozytywnie reagują na działania, które widać, natomiast ich niewidoczne konsekwencje są dla nich trudne do zrozumienia. Niewidoczne umyka im z rachunku. Dlatego ludzie władzy wymyślili (i tak bardzo je lubią) różnego rodzaju dotacje, zapomogi, wsparcia finansowe, bo można zobaczyć jedną fabrykę, jaka powstała w ich wyniku, ale nie widać dwóch, które nie powstały z powodu podatków, jakie trzeba ściągnąć z gospodarki. Politycy nie stworzą dobrobytu, dzięki nim nie powstają miejsca pracy, domy, nowe technologie. Mogą je oni tylko „przesunąć” z jednego miejsca w inne – zabrać komuś, najlepiej po cichu, i dać innemu w blasku fleszy oraz glorii dobrego gospodarza. Skoro nie ponosi  się kosztów własnych działań, to nie ma się co dziwić, że przestają być one racjonalne. Kiedyś słyszałem takie powiedzenie, że gospodarka PRL-u jest „jak produkcja jednej zapałki z jednego drzewa”. Obecnie demokratyczni politycy nie zawahają się wyprodukować dla siebie jednej zapałki z cudzego drzewa. Wypracowali sobie wiele takich mechanizmów, w których pozornie poświęcają jedną z dziedzin życia dla innej, a tak naprawdę podnoszą sobie słupki poparcia i odnoszą inne korzyści.

Kolejny przykład takiego działania stanowi fałszywa dobroczynność. Politycy nie przeznaczają na pomoc dla potrzebujących swoich pieniędzy, tylko cudze, ale to im właśnie ma przypadać za to chwała. Tak jest w przypadku wszystkich programów pseudopomocowych państwa. Osobiście uważam, że pozostają one nie tylko sprzeczne z elementarną logiką ekonomiczną (przynoszą straty społeczeństwu), lecz także nie mają jakichkolwiek podstaw etyczno-moralnych. Są również antychrześcijańskie.

Polityk nigdy nie podejmie decyzji, która naraziłaby go na niepopularność, choćby była potrzebna z punktu widzenia państwa. Tak się dzieje np. w planowaniu przestrzennym. Samorządowcy pozwalają budować, gdzie popadnie i to oni są odpowiedzialni za to, że w planach miejscowych mamy przewidzianą zabudowę, według różnych źródeł, od kilkudziesięciu do 200 mln mieszkańców. Miło jest dać komuś do niej prawo, ale koszty niech już jednak poniesie ktoś inny, najlepiej w dalekiej przyszłości.

Jak to się ma do zabytków? Otóż moim zdaniem one również są ofiarami takich działań polityków. Fałszywa dobroczynność sprawia, że wiele zabytkowych kamienic dalej należy do zasobu gmin i znajdują się w nich zarówno mieszkania socjalne, jak i komunalne. Niestety lokatorzy zbyt często użytkują je w sposób, który z czasem doprowadza budynek do ruiny. Jako że są to mieszkania o niskich i często niepłaconych czynszach, gminy tylko sporadycznie dokonują remontów i pozwalają na śmierć techniczną tych obiektów. Jeśli któraś dysponuje wystarczającą liczbą budynków w jednym rejonie, często powstaje getto, martwy kawałek miasta. Dewastuje się w ten sposób niekiedy całe dzielnice śródmiejskie. Samorządowcy nie mają odwagi ani wyrzucać z tych mieszkań osób, które nie zasługują na pomoc, ani przeznaczać więcej pieniędzy na remonty budynków (wolą je wydawać na inne populistyczne cele), ani sprzedać lokali (ponieważ narażą się na zarzut, że są złymi ludźmi, niedbającymi o biednych – czyli takich, którzy podobno „znaleźli się w złej sytuacji życiowej bez swojej winy”).

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego nadzory budowlane nie „wlepiają” gminom mandatów za zły stan techniczny obiektów, do których utrzymania na odpowiednim poziomie te są zobligowane Prawem budowlanym? Bo urzędnik państwowy nie zrobi krzywdy innemu urzędnikowi lub politykowi. Kruk krukowi oka nie wykole.

Dlaczego nie mamy uregulowanego stanu prawnego wielu budynków od czasów II wojny światowej? Dlaczego, chyba jako jedyny kraj postkomunistyczny, nie przeprowadziliśmy reprywatyzacji? Dlaczego w wielu miastach niszczeją ciągle zabytkowe kamienice bez właściciela (pełno ich w Warszawie czy Łodzi)? Bo politykom zabrakło cywilnej odwagi, by „wziąć na klatę” odpowiednie i trudne decyzje.

Tylko co te problemy polityków i urzędników powinny obchodzić nas – osoby, którym zależy na zabytkach? Nic a nic. Mając do wyboru interes swój lub zabytku, zawsze wybiorą oni własną korzyść, dlatego powinniśmy przeciwstawiać się, gdzie tylko można, wszystkim tym mechanizmom, które służą nie zabytkom, lecz politykom. Powinniśmy domagać się reprywatyzacji zabytków, powinniśmy domagać się, by państwo i gminy miały ich jak najmniej (zwłaszcza kamienic). Powinniśmy domagać się wpisania do ustawy o ochronie zabytków zakazu lokalizowania mieszkań socjalnych oraz komunalnych w budynkach zabytkowych i na obszarach wpisanych do rejestru zabytków. Te już należące do gminy powinny być sprzedane na licytacjach, np. w ciągu 5–7 lat. Musimy przerwać nić, która pozwala ludziom polityki poświęcać zabytki na ołtarzu osobistych korzyści.

Wojciech Gwizdak
Wojciech Gwizdak
Architekt IARP

sekretarz Krajowej Rady Izby Architektów RP, przewodniczący Komisji ds. Mediów i Informacji IARP

TAGI

felieton

reklama

Warto przeczytać