Facebook

Od skali człowieka do skali metropolii

Z:A 68

KATEGORIA: Temat wydania

Od detalu do małej architektury, od małej architektury do przestrzeni publicznej, od przestrzeni publicznej do... doskonałości [...] Jaka jest skala naszych możliwości? Opowiadają urbaniści, architekci oraz socjolog.

Od detalu do małej architektury, od małej architektury do przestrzeni publicznej, od przestrzeni publicznej do... doskonałości – czy architekt może i powinien projektować w każdej skali? Na ile w tym procesie powinni mu towarzyszyć przedstawiciele innych zawodów? Jaka jest skala naszych możliwości? Opowiadają urbaniści, architekci i socjolog.

Czy planistami powinni być wyłącznie architekci, czy mogą to być także geografowie, prawnicy, ekonomiści i socjolodzy?

GRZEGORZ CHOJNACKI: Dawno minęły już czasy, w których urbanistą mógł być wyłącznie architekt. Stało się tak nie tylko w Polsce, lecz także w wielu innych krajach z naszego kręgu kulturowego. Oczywiście, widzę problemy wynikające z braku umiejętności projektowania wśród absolwentów innych wydziałów niż architektoniczne. Dzisiejsza urbanistyka ma jednak coraz mniej wspólnego z czystym projektowaniem. Znacznie więcej czasu poświęca się takim aspektom, jak procedury formalne, partycypacja społeczna, ochrona środowiska, gospodarka czy systemy informacji przestrzennej. Samo projektowanie, myślenie o kompozycji lub zasadach kształtowania zabudowy staje siętylko elementem tej układanki. Efekty uboczne można zaobserwować w naszym otoczeniu – nie jest to jedyny powód, ale jeden z wielu, coraz gorszej jakości przestrzeni, w której żyjemy. Aby poprawić ten stan rzeczy, nie należy zastanawiać się, czy urbanistami, zwanymi też planistami, powinni być architekci, czy może mogą nimi być geografowie, prawnicy, ekonomiści i socjolodzy. Należy pytać o to, jak spowodować, by ludzie zajmujący się urbanistyką mieli odpowiednie kompetencje również do projektowania. W programach uczelni kształcących planistów powinno być zdecydowanie więcej zajęć z tego zakresu. Nie ma sensu walczyć ze zjawiskiem, które już zaistniało. Potrzeby społeczne, ekonomiczne, środowiskowe itd. doprowadziły do tego, że urbanistami stają się przedstawiciele różnych zawodów. Rozdzielenie tych dwóch: urbanisty i architekta, jest faktem i nie ma od tego odwrotu. Moim zdaniem kolejnym wyzwaniem stojącym przed środowiskiem architektów jest doprowadzenie do tego, aby wśród urbanistów wyraźnie dało się wyróżnić tych, którzy specjalizują się w projektowaniu. Inni zaś mogą skupiać się na ochronie środowiska, ekonomii, społecznych aspektach planowania, ruralistyce czy projektowaniu krajobrazu. Do tej pory wśród architektów byli tacy, którzy parali się urbanistyką, a dziś powinniśmy dążyć do tego, aby wśród urbanistów byli architekci, specjaliści od projektowania układów przestrzennych. Będą oni odpowiedzialni za kompozycję, skalę czy wytyczne do projektowania budynków. Wydaje się więc, że przyszłość jest jednoznaczna. Już niedługo nie będziemy mówili architekt-urbanista,urbanista-architekt, tak jak już pojawiają się urbanista-socjolog czy urbanista-prawnik...

Jak zmieniał się dostęp do zawodu urbanisty?

GRZEGORZ CHOJNACKI: Gdy zaczyna łem swoją praktykę, jeszcze w czasie studiów, by móc wykonywać ten zawód, należało zdobyć uprawnie nia do projektowania w planowaniu przestrzennym na podstawie ustawy z dnia 12 lipca 1984 r. o planowaniu przestrzennym. Oprócz 3-letniej praktyki i egzaminu, do ich uzyskania było wymagane ukończenie studiów wyższych oraz podyplomowego studium planowania przestrzennego. Wymóg ten nie dotyczył osób posiadających wykształcenie wyższe architektoniczne, jeżeli studia zostały zakończone pracą dyplomową z zakresu planowania przestrzennego, oraz osób, które ukończyły studia wyższe z zakresu gospodarki przestrzennej. Od wejścia w życie ustawy z dnia 7 lipca 1994 r. o zagospodarowaniu przestrzennym do praktykowania zawodu urbanisty wymagane były uprawnie nia urbanistyczne. Aby je zdobyć, po okresie odpowiedniej praktyki należało zdać egzamin. Mogły to zrobić osoby, które miały ukończone studia na kierunku architektura i urbanistyka o specjalności urbanistycznej lub architektonicznej uzupełnione studiami podyplomowymi z planowania przestrzennego, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej, których program obejmował nie mniej niż 200 godzin nauczania. Do egzaminu mogły podejść także osoby z ukończonymi innymi studiami zawierającymi zagadnienia związane z planowaniem przestrzennym, urbanistyką lub gospodarką przestrzenną w wymiarze co najmniej 45 godzin w programie nauczania, jeśli uzupełniły je studiami podyplomowymi z planowania przestrzennego, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej, w których programie przewidziano nie mniej niż 400 godzin nauczania. W roku 2002 weszła w życie ustawa z dnia 15 grudnia 2000 r. o samorządach zawodowych architektów, inżynierów budownictwa oraz urbanistów. Od tego czasu, aby zajmować się planowaniem przestrzennym, należało być członkiem Izby Urbanistów. Mogli nimi zostać dysponujący już uprawnieniami oraz osoby posiadające: dyplom ukończenia studiów wyższych na kierunku architektura, urbanistyka lub gospodarka przestrzenna i 2-letnią praktykę; dyplom ukończenia innych studiów wyższych, które w obowiązującym programie nauczania realizowały zagadnienia związane z architekturą i urbanistyką lub gospodarką przestrzenną w wymiarze co najmniej 90 godzin, uzupełniony studiami podyplomowymi w zakresie planowania przestrzennego, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej i 3-letnią praktykę; dyplom ukończenia studiów wyższych innych niż wyżej wymienione, uzupełnionych studiami podyplomowymi w zakresie planowania przestrzennego, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej oraz odbyły trzyletnią praktykę i zdały egzamin. Dwanaście lat później weszła w życie ustawa z dnia 9 maja 2014 r. o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych. Do zawodu urbanisty zostało dopuszczone znacznie szersze grono specjalistów. Obecnie, oprócz osób, które mogły go wykonywać w oparciu o wcześniejsze przepisy, mogą praktykować również: posiadający dyplom ukończenia studiów wyższych w zakresie architektury, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej, a także dyplom ukończenia innych studiów wyższych niż określony wyżej pod warunkiem odbycia studiów podyplomowych z zakresu planowania przestrzennego, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej. Przepisy uwzględniają też osoby, które zdobyły kwalifikacje w innych krajach Unii Europejskiej.

Fot. Piotr Żabicki, Różne skale architektury: od małej architektury do urbanistyki campusu WU w Wiedniu (masterplan: BUSarchitektur).

Kto jest urbanistą?

GRZEGORZ CHOJNACKI: W latach 80. i 90. osoby o innym wykształceniu niż architektoniczne były wśród urbanistów rzadkością. Również na uczelniach działało bardzo mało wydziałów innych niż architektoniczne, które przygotowywałyby do tego zawodu. Na początku XXI wieku, wraz z pojawianiem się na wielu uczelniach wyższych wydziałów gospodarki przestrzennej, do zawodu zaczęło napływać wielu absolwentów tego kierunku. Obecnie urbanistyką interesują się głównie osoby o innym wykształceniu niż architektoniczne. Jeszcze kilkanaście lat temu na ogłoszenia o naborze do mojej pracowni odpowiadali zarówno architekci, jak i absolwenci innych kierunków związanych z planowaniem. Od wielu już lat obserwuję całkowity brak zainteresowania wśród młodych kolegów architektów pracą w planowaniu przestrzennym. Nie pamiętam już nawet, kiedy ostatnio widziałem cv architekta starającego się zdobyć doświadczenie w tej dziedzinie. Wpływa na to m.in. system kształcenia. Mam wrażenie, że metody przygotowywania architektów do planowania stanęły w miejscu, podczas gdy absolwenci innych uczelni są w tym coraz bardziej wyspecjalizowani. Wydaje mi się, że wydziały architektury zbyt małą wagę przykładają do zmian w tej dziedzinie. Nadal uczą projektowania, ale nie przygotowują do prowadzenia żmudnych procedur, pracy z zaawansowanymi systemami informacji przestrzennej czy z całymi grupami interesariuszy. Natomiast inne uczelnie zabiegają o to, aby planowanie przestrzenne było postrzegane jako ich specyfika.

Fot. Piotr Żabicki, Planowanie w skali metropolii – makieta Szanghaju w Shanghai Urban Planning Exhibition Hall.

Gdzie kończy się architektura, a zaczyna urbanistyka? A może pomiędzy nimi jest coś jeszcze?

KRZYSZTOF KAFKA: Architektura jest interdyscyplinarna. Jak rzadko który zawód integruje wiele różnych dyscyplin, zarówno z zakresu nauk technicznych, jak i humanistycznych. Łączy umiejętność projektowania inżynierskiego oraz wrażliwość na piękno. Mój znajomy na pytanie, dlaczego został architektem, miał zawsze jedną odpowiedź: „Bo mnie za dużo interesowało”. Założeniom interdyscyplinarności podporządkowane były programy nauczania przyszłych architektów. W tym roku obchodzimy stulecie Bauhausu – szkoły, która na wiele lat nadała ton i stworzyła paradygmat edukacji interdyscyplinarnej architektów. Żyjemy jednak w dobie postępującej specjalizacji. Czasy, w których jedna osoba mogła zaprojektować świetny budynek i stworzyć plan miejscowy, już się skończyły. Musimy na nowo określić zakresy naszych aktywności. Tego wymaga od nas praktyka, a także pewne regulacje prawne. Nowe kryteria formalne narzuciła reforma szkolnictwa wyższego, która wymusiła przyporządkowanie naukowców do określonych dyscyplin. Zgodnie z obowiązującymi przepisami architektura i urbanistyka zostały wspólnie wcielone do nauk technicznych, chociaż z nazwy kierunku studiów I i II stopnia już kilka lat temu wykreślono urbanistykę. Została architektura. Gospodarkę przestrzenną jako samodzielną dyscyplinę włączono do nauk społecznych. Na pewno mamy poważny problem z terminologią. Pojęcia „architektura” i „urbanistyka” określają pewne zbiory aktywności o granicach nieostrych i rozmytych. Samo znaczenie słowa „architektura” jest dość jasne: obejmuje projektowanie wszelkich obiektów budowlanych. Pojęcie „urbanistyka” natomiast już nie do końca. Na pewno uwzględnia ono kształtowanie przestrzeni w skalach ponadarchitektonicznych. Mieści się w nim zarówno zagospodarowanie terenu inwestycji, jaki i kształtowanie większych założeń obejmujących całe zespoły obiektów budowlanych. Do urbanistyki – nieprzypadkowo – zalicza się także tradycyjnie całe planowanie przestrzenne. Kiedyś uprawnienia urbanistyczne oznaczały bowiem prawo do wykonywania zawodu planisty, a samorządy zawodowe planistów przestrzennych nazwano izbami urbanistów. Jeśli zawód architekta jest z grubsza zdefiniowany, to zawód urbanisty wymaga doprecyzowania. W zasadzie mamy do czynienia z dwoma profesjami: urbanisty i planisty. Ta pierwsza jest silnie związana z projektową działalnością architekta. W zasadzie można stwierdzić, że urbanistyka rozumiana jako kształtowanie przestrzeni w skalach architektonicznych stanowi de facto element projektowania architektonicznego. Przedmiotem planowania przestrzennego jest także pewna przestrzeń fizyczna. Należy jednak pamiętać, że planowanie zajmuje się także kształtowaniem przestrzeni gospodarczej, społecznej czy przyrodniczej. Dotyczy formowania polityk przestrzennych, w tym tych strategicznych. Ewolucja systemów planistycznych, nie tylko w Polsce, zmierza ostatnio w kierunku planowania zintegrowanego. Nic dziwnego, planowanie przestrzenne to przecież nie tylko tworzenie planów miejscowych, lecz także – dokumentów w skalach metropolitalnych, miejskich obszarów funkcjonalnych, regionalnych, krajowych czy nawet europejskich. Są to zagadnienia dość odległe od tradycyjnie rozumianej architektury. Myślę, że mogą być one domeną aktywności nie tylko architektów, lecz także, a nawet w większym stopniu, geografów społecznych czy ekonomistów. Podział tradycyjnie rozumianego zawodu architekta na kilka różnych domen jest więc nieuchronny. Czy to właściwy kierunek jego ewolucji? Czy to nie jakieś szaleństwo katalogowania? Nie wiem. Wiem natomiast, że nie unikniemy dalszej specjalizacji. Trzeba mieć jednak świadomość tego, co tracimy, czyli interdyscyplinarności naszego zawodu. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba odpowiedzialna za plan miejscowy, szczegółowy czy ogólny, nie była zainteresowana przestrzenią dobrze zaprojektowaną inżyniersko, architektonicznie i estetycznie. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba „projektująca architekturę” nie była świadoma kontekstów planistycznych, potrzeb kształtowania przestrzeni, które wynikają ze skal większych niż obszar jednej działki. Jako planista-naukowiec nie wyobrażam sobie również, żebym nie brał udziału w konferencjach organizowanych przez koleżanki z Akademii Sztuk Pięknych, kolegów z Uniwersytetu Ekonomicznego czy przyjaciół geografów. Myślę, że powinniśmy naszą interdyscyplinarność pielęgnować. Zarówno dla dobra nas samych, jak i zawodu oraz przestrzeni, którą wszyscy wspólnie kształtujemy.

Fot. Piotr Żabicki, Szanghaj, widok z Jin Jiang Tower.

Czy w planowaniu przestrzennym należy uwzględnić perspektywę socjologiczną?

MARTA SMAGACZ-POZIEMSKA: Nie mam wątpliwości, że przedstawiciele i przedstawicielki wymienionych dziedzin nie tylko mogą, ale wręcz powinni brać udział w procesach planistycznych, bo – najogólniej rzecz ujmując – każda interwencja przestrzenna ma poważne konsekwencje społeczne i środowiskowe. O ile jednak udział niektórych z tych branż i dyscyplin, np. ekonomistów czy prawników, jest praktykowany i uznawany za oczywistą konieczność, to nie ma powszechnego przekonania co do niezbędności osób reprezentujących nauki społeczne. Dlaczego w planowaniu należy uwzględnić perspektywę socjologiczną? Po pierwsze, socjolodzy mają narzędzia i umiejętności badawcze do diagnozowania potrzeb społecznych, odkrywania praktyk życia codziennego grup i kategorii zróżnicowanych m.in. pod względem płci, wieku, statusu ekonomicznego czy przekonań religijnych. Chodzi tu nie tyle o badania ilościowe, sondażowe, z którymi socjolodzy są najczęściej kojarzeni, ale również o te pogłębione, jakościowe, pozwalające dotrzeć do ukrytych, często nieuświadamianych mechanizmów regulujących to, co, jak i dlaczego robimy w codziennym życiu. Modele teoretyczne pozwalają przewidywać możliwe społeczne konsekwencje określonych rozwiązań przestrzennych. Oczywiście mówimy o prawdopodobieństwie, a nie o pewności co do następstw – np. tego, że projekt może zadziałać wykluczająco wobec pewnych grup,że społeczność lokalna może się z zaplanowanym miejscem nie utożsamiać, że ludzie mogą nie czuć się bezpiecznie w przestrzeni, która choć jest „ładna”, to nie sprzyja interakcjom. Po drugie, choć architekci i planiści starają się, by projekt był spójny z otoczeniem i korespondował np. z przeszłością, to w projektowaniu rzadko wykorzystują świadectwa niematerialne, obecne w pamięci i społecznym dyskursie o miejscu. W dotarciu do tych społecznych pokładów (czy wręcz „podkładów”) miejsca mogą również pomóc socjolodzy i antropolodzy. Po trzecie, dużo się dziś mówi o planowaniu partycypacyjnym, ale mało o tym, że jest ono specyficznym i złożonym rodzajem działania społecznego, które wymaga wiedzy o dynamice procesów społecznych oraz umiejętności ich planowania i realizacji. I to jest obszar do działania dla socjologów. Zdarza się, że jesteśmy zapraszani do współpracy bardzo późno: kiedy prace projektowe są zaawansowane i ujawniają się konflikty interesów różnych stron, a napięcia eskalują. Straty mogą być wtedy bardzo duże – nie tylko i nie przede wszystkim finansowe. To także spadek wzajemnego zaufania mieszkańców, projektantów, instytucji publicznych oraz nawarstwiające się pretensje i podejrzenia, utrudniające osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia. W ostatnich latach widać sygnały powolnej zmiany. Coraz częściej pojawiają się konkursy architektoniczne, w których warunkiem jest włączenie do prac nad projektem przedstawicieli innych branż, w tym socjologów. Taką zmianę – w kierunku współpracy międzydyscyplinarnej i międzybranżowej – wymusza też ustawa rewitalizacyjna. Sądzę jednak, na podstawie moich doświadczeń z pracy w takich zespołach, że zmiany nie da się zadekretować, przy oczekiwaniu szybkich efektów. Potrzeba więcej okazji do współpracy międzydyscyplinarnej już na etapie studiów – bo komunikowanie się w takich zespołach jest z wielu względów trudne, a także autentycznej otwartości specjalistów. To zaś wymaga wzajemnego uznania kompetencji przedstawicieli różnych dyscyplin oraz dostrzeżenia interesów społecznych, ponadbranżowych, niepartykularnych.

Czy architekt może i potrafi projektować w każdej skali?

KARINA KLIŃSKA: Życie w źle zaplanowanym mieście może być równie dokuczliwe jak próba skonsumowania zupy przy pomocy zbyt płaskiej łyżki. Dlatego myślenie różnymi skalami jest tak ważne. Wygodny dom to zarówno odpowiednie usytuowanie na działce, funkcjonalny rozkład pomieszczeń, jak i dobór klamek o odpowiednim kształcie oraz ich montaż na właściwej wysokości. Skale rezonują, wpływają na siebie, błąd w jednej burzy harmonię pozostałych. Nie zawsze to rozumiano. Przykładem tego, co w rozmiarze projektu wyglądało dobrze, a po zrealizowaniu już nie, jest Brasilia – stolica Brazylii. Miasto zbudowane od podstaw. Modernistyczna utopia o rzucie przypominającym ptaka. Duński urbanista, prof. Jan Gehl, lecąc nad nim helikopterem, stwierdził, że o ile z góry wygląda wspaniale, to z perspektywy mieszkańca: „Brasilia is shit”. 5 lipca 1972 roku zburzono osiedle mieszkaniowe Pruitt-Igoe w  St. Louis, zaprojektowane przez Minoru Yamasakiego zgodnie z założeniami kongresu ciam. Charles Jencks ogłosił ten dzień symboliczną datą końca modernizmu, którego wadliwie zrealizowane wizje, rozwijające społeczne patologie, skupiły się tu jak w soczewce. Z własnego podwórka znamy na wylot przeskalowane osiedla budowane w okresie Polski Ludowej – ich długie, ciemne, wąskie korytarze wciąż sprawiają, że jak najszybciej chcemy zniknąć za drzwiami mieszkania, a nawiązywanie bliższych relacji sąsiedzkich wydaje się tam ekstrawagancją. Architekt powinien potrafić projektować w każdej skali. Powinien być urbanistą, socjologiem i wrażliwym społecznie reportażystą w jednym. Jane Jacobs, słynna aktywistka walcząca o projektowanie urbanistyczne w ludzkiej skali, krytykowała modernistyczne przebudowy Nowego Jorku już w latach 50. ubiegłego wieku (niestety polskim czytelnikom jest szerzej znana dopiero od kilku lat). Według niej miarą projektowania powinien być człowiek (nie samochód, nie matematyczny corbusierowski modulor), architektura powinna rozwiązywać istniejące problemy społeczne (zamiast tworzyć nowe), a miasta – rozrastać się harmonijnie (a nie bez kontroli i ograniczeń). Istotnym zagadnieniem dotyczącym skali jest detal architektoniczny. Niestety najczęściej z braku czasu, funduszy bądź po prostu woli klienta, biura projektowe nie zawsze kładą na niego nacisk. Kopiowanie, powtarzalność, najtańsze rozwiązania, brak indywidualnego rysu, projektowanie po linii najmniejszego oporu (pod minimalne przepisowe wymiary), a równocześnie maksymalizacja zysków i przestrzeni, którą można sprzedać (kosztem zmniejszania przestrzeni wspólnych) – oto bolączki pędzącego donikąd, nastawionego na profity dla inwestora, współczesnego budownictwa. Obecne odległości pomiędzy sąsiadującymi blokami to coraz częściej minimalna wartość wyznaczana przez współczynnik przesłaniania (12 m, którymi chwali się deweloper w filmie Bloki Konrada Królikowskiego). Kiedyś te wartości były kilka razy większe, nie wspominając o miejscu na rozległe, zielone skwery i przestrzenie do zabawy. Dziś smętny widok pojedynczej huśtawki, betonowego „placu zabaw”, wciśniętego pomiędzy geokratę, chodnik i drogę przeciwpożarową tylko dlatego, że przepisy nakazują, by był, staje się regułą. Kolejnym zagrożeniem dla detalu i ludzkiej skali są „wielkie gesty” gwiazd architektury – w tych swoistych, dominujących nad miastem pomnikach stawianych własnemu geniuszowi, formę estetyzuje się nadmiernie, a socjologiczny aspekt – pomija. Na szczęście do mainstreamu przebija się architektura społecznie wrażliwa (nagroda Pritzkera 2016, nagroda Miesa van der Rohe 2018 i 2019), a i koncentracja na detalu wraca do łask. Wciąż istnieją biura, które projektują indywidualnie i skupiają się nie tylko na tym, co będzie widać z daleka, lecz także na tym, co jest na wyciągnięcie ręki. Wiele czasu poświęcają materiałom, fakturom i kolorom oraz ich wzajemnej grze i oddziaływaniu na użytkownika. Trzeba trzymać kciuki, aby jak najwięcej młodych architektów trafiało właśnie do takich miejsc. A przynajmniej ci z nich, dla których „klamka [wciąż] jest uściskiem dłoni budynku”, jak pisał swego czasu Juhani Pallasmaa.

Grzegorz Chojnacki
Grzegorz Chojnacki
Architekt IARP

Architekt, urbanista, w 2000 roku założył pracownię urbanistyki KANON

Krzysztof Kafka
Dr hab. Krzysztof Kafka

urbanista, architekt, adiunkt na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej

Karina Klińska
Karina Klińska

architektka, współzałożycielka polskiej sekcji Architecture Sans Frontières (Architektura bez granic), prowadzi pracownię Kompozycja

Marta Smagacz-Poziemska
Dr hab. Marta Smagacz-Poziemska

socjolog zajmująca się tematyką miejską, profesor w Instytucie Socjologii UJ

TAGI

reklama

Warto przeczytać