Facebook

Nowy model nauki

Z:A 77

KATEGORIA: Temat wydania

W epoce postCOVID-19 stanęliśmy przed wyzwaniem, na które nikt nie był gotowy – ani system, ani my sami. Nowa rzeczywistość przewróciła do góry nogami życie nasze i naszych dzieci. Do dziś w popłochu szukamy rozwiązań, które umożliwią nam organizację nauki w nowej normalności.

W erze postcovidowej liczą się przede wszystkim rozwiązania multimedialne, umożliwiające kontakt zdalny. Z badań Centrum Cyfrowego (dotyczących zdalnej edukacji w czasie pandemii) wynika, że 85% nauczycieli nie miało doświadczeń z pracą online. Z uczniami i ich rodzicami było podobnie. Wszyscy musieliśmy wykonać milowy krok w tej dziedzinie.

Jak już to pokonaliśmy, wyzwaniem stała się otaczająca nas przestrzeń, zarówno w domach, jak i miejscach pracy. Nagle mieszkanie, pozostające zwykle strefą kameralną, zostało upublicznione. Coś, co było zarezerwowane tylko dla nas, chroniło naszą prywatność i pokazywało, jacy jesteśmy, stało się w pewnym sensie ogólnodostępne. Pierwsza fala pandemii nosiła nazwę „remont”. Cała Polska ruszyła wtedy tłumnie do marketów budowlanych. Odświeżaliśmy mieszkania, szykowaliśmy kąciki do nauki, porządkowaliśmy książki na regałach, aby stworzyć tło do telekonferencji. Minął pierwszy szok, powoli zaczynaliśmy wracać do normalności i zastanawiać się, co dalej… Co w tym czasie działo się w przestrzeni edukacji?

Przemeblowanie potrzeb

W obszarze nauki szukaliśmy rozwiązań, chaotycznie i po omacku, do momentu zamknięcia placówek oświatowych. Szukał sanepid, szukali kierownicy obiektów, szukali rodzice i architekci. Karmieni kolejnymi niejasnymi rozporządzeniami kombinowaliśmy, improwizowaliśmy, ryzykowaliśmy…

Na samym początku wprowadzono limit dzieci w przedszkolach i żłobkach. Pierwszą reakcją środowiska na to było dzielenie sal na mniejsze – za pomocą szafek czy mobilnych ścianek, tworzono nawet przegrody z folii. Nie było wytycznych, jak należy to zrobić, niemożliwe było podzielenie wentylacji, ale to nie miało znaczenia. W tym okresie dziecko stało się metrem kwadratowym.

Po tych ogólnopolskich przemeblowaniach nadrzędnym tematem forów nauczycieli i dyrektorów stała się dezynfekcja. Tu też pomysłów było mnóstwo – dzieciakom zabrano misie oraz inne pluszowe zabawki i ukryto w szafach, dywany zwinięto w rulony, zaś dekoracje usunięto. Najtrudniej miały placówki z wykładzinami dywanowymi. W niektórych województwach sanepid  żądał ich codziennej dezynfekcji, czym zajmują się wyspecjalizowane firmy sprzątające. Innym sposobem było ozonowanie – najmniej inwazyjnym, ale jednocześnie najdroższym, który okazał się kłopotliwy ze względu na konieczność długiego wietrzenia sal po „zabiegu”. Najbardziej kuriozalnym rozwiązaniem było zakrywanie dywanów folią, po to, aby cała posadzka była zmywalna. W trudnej sytuacji znalazły się placówki z lakierowanymi parkietami. Białe plamy po użyciu nieprofesjonalnych środków sprawiły, że podłogi nadają się dziś już tylko do cyklinowania.

Kto zainwestował w lepszej jakości materiały, stracił mniej, kto kupował produkty do użytku domowego – znacznie więcej. Mebli pozbawionych błysku, a nawet lakieru, nie da się tanio naprawić. Wiele placówek nieodwracalnie zniszczyło wyposażenie, bo dezynfekowano je nieodpowiednimi specyfikami w okresie braku dostępności odpowiednich środków.

W szczytowym momencie wpływ produktów chemicznych na materiały nie miał już żadnego znaczenia. W pewnym sensie zaczęliśmy niszczyć posadzki, ściany, meble. Mam wrażenie, że po pandemii placówki dla dzieci będą się nadawać do generalnego remontu. To jednak pokazało, że warto inwestować w środki wysokiej jakości i czytać instrukcje czyszczenia od producenta. Nagle okazało się, że atesty higieniczno-sanitarne mają sens.

Nowa postcovidowa przestrzeń, jaką zaproponowaliśmy dzieciakom, wygląda często jak laboratorium z pozaklejanymi folią tablicami filcowymi i dywanami, bez zabawek, których nie da się zdezynfekować. Co ciekawe, niewielu rodziców widziało, co się dzieje w tych placówkach, ponieważ mieli do nich zakaz wstępu.

Szkoły bez podziałów

Tu największym i podstawowym problemem stała się liczba odrębnych wejść. To od nich zależał podział uczniów na mniejsze grupy. Kolejnym kłopotem były ciasne szatnie zlokalizowane w piwnicy oraz układy korytarzowe uniemożliwiające wydzielenie mniejszych, niezależnych przestrzeni. W szkołach zmagających się z tymi problemami dzieci przychodziły w podziale na tury, np. co 15 minut. Skutkowało to wydłużeniem czasu pracy i rozpoczęciem zajęć znacznie wcześniej. W niektórych placówkach lekcje odbywały się już od 7:00 rano, a uczniów wpuszczano do budynku w grupach od godziny 6:15.

II. Otwarte szatnie sprzyjają reorganizacji przestrzeni na czas epidemii. Przedszkole w Lądku-Zdroju, proj. Dominik Górecki i Szczepan Dejnek, fot. Krzysztof Smyk.

W szkołach, które miały więcej wejść, dzieci dzielono na grupy wiekowe i każda wchodziła innym. Szatnia w piwnicy przegrała z otwartą szatnią w holu głównym. W sytuacji, gdy szafki stały na większej otwartej przestrzeni, można było wydzielić mniejsze zespoły, co umożliwiało zachowanie dystansu.

Kolejnym problemem okazały się małe sale językowe. W publicznych placówkach zwykle jest więcej klas, niż przewidziano w projekcie. Pomieszczenia do pracy w mniejszych grupach większość szkół wlicza do bilansu, nie pozostawiając rezerwy przestrzennej. Przy założeniu, że każda z klas odbywa lekcje w jednej sali, w większości szkół zabrakło pomieszczeń. Te małe, przeznaczone na 15 dzieci, nie nadawały się na lekcję dla całej klasy. W placówkach, w których pełnowymiarowe sale podzielono na pół ścianami mobilnymi, z rozlokowaniem uczniów nie było już problemu.

Przeszkodą w grupowaniu dzieci stały się też duże węzły sanitarne, tu znów więcej małych sanitariatów równomiernie rozmieszczonych ułatwiało podziały. Okazało się, że do utrzymania porządku właściwe byłoby stosowanie bezdotykowych spłuczek do WC i baterii.

Brak dodatkowych pomieszczeń, wynikający z przepełnienia szkół po reformie, spowodował tworzenie izolatek w pomieszczeniach gospodarczych, często bez okna. Okazało się to bardzo powszechnym rozwiązaniem. Wielokrotnie spotkałam się z opinią, że dzieci boją się chodzić do szkoły, bo trafią do takiego miejsca. Zyskało ona niechlubne miano „pokoju Harry'ego Pottera pod schodami”. I znów w szkołach, w których przewidziano pomieszczenia z oknem, przeznaczone np. dla samorządu szkolnego czy jako pokój do relaksu, w łatwy sposób można było zorganizować humanitarną, niebudzącą lęku izolatkę. Projektując szkoły, warto, jak widać, uwzględnić takie wnętrza – trzeba tylko pamiętać, żeby były na tyle małe, aby nie dało się ich zaadaptować na klasę i jak pokazuje obecna sytuacja, koniecznie zaprojektować w nich umywalki.

Szkolna stołówka zwykle była jedna, wielka, zawsze przepełniona. Tu akurat szkoły dobrze sobie poradziły – wprowadziły więcej przerw obiadowych i rozstawiły stoliki w takiej odległości, aby zachować odpowiedni dystans. Na pewno jeszcze lepiej byłoby w przyszłości projektować odrębne stołówki dla klas I–III oraz IV–VIII i to na różnych kondygnacjach. To rozwiązanie pociąga jednak za sobą konieczność zwiększenia liczby pracowników.

W ten sposób płynnie przeszliśmy do najważniejszego strażnika porządku. Jak trzy panie z personelu sprzątającego mają zdezynfekować klasy przed każdą lekcją w szkole, w której uczy się 500 dzieci? To nie jest możliwe. Modna stała się więc „dezynfekcja samoobsługowa”. W każdej klasie jest płyn i szmatka, kto chce, ten myje.

Wentylacja to pięta achillesowa szkolnego budownictwa. W starych obiektach popularna wentylacja grawitacyjna nie spełnia obecnie żadnych wymogów sanitarnych, a w nowych szkołach mechaniczna nie zawsze jest dobrej jakości. Pozostaje więc wietrzenie sal na każdej przerwie. Tylko co zrobić, jak okna nie są otwieralne? Wniosek nasuwa się sam: w obecnej sytuacji musimy projektować przynajmniej jedno okno do przewietrzania, nawet gdy mamy hiperinstalację wentylacyjną.

Teren wokół szkoły od września do października pełnił funkcję szkolnego korytarza. Wszystkie dzieci wychodziły podczas przerwy na zewnątrz. Im więcej było wyjść, tym bezpieczniej. Dla dobra użytkowników teren wokół placówki powinien więc być podzielony na mniejsze sekcje, i to nie tylko w epoce covidu.

Reasumując, w czasie pandemii mniejsze szkoły poradziły sobie lepiej. Może zatem warto w przyszłości pomyśleć o tworzeniu większej liczby kameralnych placówek z obustronną korzyścią dla wszystkich użytkowników: pracowników i uczniów?

il. Schemat funkcjonalny placówki pozwalający na łatwą adaptację do warunków pandemicznych, Szkoła Podstawowa nr 174 w Warszawie-Wesołej, proj. XYstudio, dzięki uprzejmości XYstudio.

Przedszkola i żłobki

Tym placówkom było znacznie łatwiej, najprawdopodobniej z powodu ich wielkości. Mniej dzieci, a łazienki i wyjścia na teren są dostępne bezpośrednio z sal.

il. Żłobek na os. Zielona w dzielnicy Wesoła w Warszawie, proj. XYstudio, fot. XYstudio.

Problemem numer jeden stał się jednak ich metraż, na podstawie którego wyliczana jest liczba pociech. Dotychczasowy przelicznik był prosty: 16 m2 na pierwsze pięcioro dzieci, następnie po 2,5 m2 na każde kolejne. Sala 66 m2  przeznaczona jest na 25 dzieci. Pierwsze obostrzenia sanepidu wyznaczały do 4 m2 na dziecko. Kto sobie poradził, a kto nie? Walkę przegrały małe przedszkola prywatne z salami po 25–30 m2 na 8–10 dzieci. Zwykle kończyło się na tym, że dla połowy nie było miejsc. W większych placówkach z salami po 66 m2 już było prościej, ponieważ z 25 dzieci około 25% zostało w domu. Kontynuując wyliczenia i zakładając, że 18 dzieci zadeklarowało uczestnictwo w zajęciach, z matematyki wynika jasno, że miejsc jest 16 i tu zaczynał się dramat: którą dwójkę należy wyeliminować. „Batalię” wygrały placówki z większymi salami, np. po 70–75 m2, niby kilka metrów więcej, ale w takiej sytuacji ww. dwójka nie musiała być eliminowana. Inne rozwiązanie to dodatkowa sala rekreacyjna lub sensoryczna. Ich powierzchnia pozwoliła na rozlokowanie wszystkich dzieci. Warto pamiętać, że zaprojektowane sale dodatkowe z łazienką, nawet z jednym oczkiem, w pandemii zwrócą się z nawiązką, a w normalnych warunkach będą wygodnym rozwiązaniem dla opiekunów.

W czasie COVID-19 nie sprawdziły się również pomieszczenia przechodnie. Sanepid nie dopuszczał ich zwykle do użytku, głównie z powodu braku bezpośredniego dostępu do łazienki. Prywatny inwestor, który usiłował pozyskać jak największą liczbę wychowanków, często przez odłożenie komfortu maluchów na drugi plan, tym razem przegrał. Mam nadzieję, że doświadczenia z pandemii dostarczą nam wszystkim wielu argumentów do negocjacji z tego typu klientami. Z czego ja zrezygnuję przy projektowaniu w przyszłości żłobków i przedszkoli? Na pewno z łazienek łączonych dla dwóch grup, chyba że możliwy będzie ich późniejszy, prosty podział. Dylemat mam również w kwestii wykładzin dywanowych, w tym przypadku jestem jednak czujnym obserwatorem. W pewnej placówce w sali była wykładzina PVC, a na niej okrągły dywan, opiekunki zwinęły go w rolkę, zaniosły do piwnicy i po sprawie. W innym przedszkolu część sali wyłożono wykładziną dywanową – na pytanie, co należy z nią zrobić (mam na myśli codzienną dezynfekcję przez firmę sprzątającą, ozonowanie, zasłanianie pvc), odpowiedź jest chyba oczywista.

Rozwiązania wejść do budynku i przewietrzania sal w placówkach dla maluchów są analogicznie do tych w szkole. Pojawia się tu jednak inny temat – plac zabaw. W przypadku pewnego dużego tego typu obiektu teren został podzielony na „strefy” w zależności od liczby grup, a te wychodzą w jednym czasie lub na raty. Jeśli na raty, to po opuszczeniu placu przez jedną grupę należy zdezynfekować zabawki i wtedy dopiero może wejść kolejna. Przedszkola i żłobki z większymi placami oddzielają zabawki np. za pomocą biało-czerwonej taśmy, tworzącej istny labirynt dostępności. Jedna grupa ma piaskownicę, druga zjeżdżalnie.

I znów pada pytanie: kto sobie poradził podczas pandemii? Wszyscy ci, którzy zaprojektowali place podzielone na strefy i dodatkowo dysponują dwoma niezależnymi trawnikami. Tak naprawdę to mają oni po prostu plac zabaw zaprojektowany zgodnie ze sztuką, czyli z uwzględnieniem grup wiekowych. W jednej części są zabawki dla młodszych dzieci, a w drugiej dla starszych (chodzi tu przede wszystkim o wysokość upadku) i do tego np. ogródek warzywny. Każda grupa ma wtedy swoją odrębną strefę. Im więcej tych obszarów zaprojektujemy, tym łatwiej nasze placówki poradzą sobie w przyszłości.

Droga do szkoły

Dużo się teraz mówi i pisze o przeprojektowaniu naszych miast i zmianie charakteru środowiska, które nas otacza. Pandemia wybitnie pokazała, że potrzebujemy centrów lokalnych blisko domu, bez konieczności korzystania z komunikacji miejskiej. Warto tu przytoczyć przykład „pływających szkół” z Bangladeszu, które w 2002 roku zrealizowało stowarzyszenie Shidhulai Swanirvar Sangstha. Pomysł na ten niezwykły projekt był bardzo prosty i odpowiadał lokalnym warunkom klimatycznym, czyli powodziom, które uniemożliwiały dzieciom naukę. Zorganizowano więc 100 szkół na łodziach, zasilanych energią słoneczną, wyposażonych w komputer, internet, a nawet małą bibliotekę. Te pływające placówki stały się swoistym azylem edukacyjnym, najpierw pełniły rolę „szkolnego autobusu”, a następnie przekształciły się w sale lekcyjne.

Takie banalnie proste rozwiązania wydają się idealne na nasze czasy. Wyobrażam sobie taką symboliczną łódź, a na niej 20 dzieci w jednym wieku. Co rano na pokład wchodzi nauczyciel odgrywający rolę kapitana, każdego dnia inny. Uczniowie realizują podstawę programową w formie bloków tematycznych. Jednego dnia zagadnieniem jest rzeka – mamy więc całodzienną geografię i dzięki oglądaniu mapy poznajemy dopływy Wisły, innym razem – chemia i  podczas lekcji o H2O analizujemy próbki wody. Języków obcych uczymy się przez poznawanie słów związanych z tematem tygodnia – jemy wspólny posiłek z kapitanem – nawiązujemy relacje, wspólnie spędzamy czas. Jeden dzień, jedna grupa, jeden nauczyciel.

Wydaje się, że zmiana programowa, polegająca na prowadzeniu zajęć w ten sposób, w systemie blokowym, bardzo ułatwiłaby pracę w pandemii. Jednocześnie dałaby dzieciom szansę dogłębniej poznać dane zagadnienie. Wiem, że taka nauka jest znacznie łatwiej przyswajalna.

Oczywiście, ta forma edukacji z autorskim programem stosowana jest w szkołach prywatnych i społecznych, bardzo brakuje jej elementów w placówkach publicznych, które nadal działają według zasady 3 Z (zakuć, zdać, zapomnieć).

Jaka będzie edukacja postcovidova?

Żłobki i przedszkola stosujące się do ww. zasad będą działać podobnie, w ich przypadku nie musi się dużo zmienić. Pewnie znikną wykładziny dywanowe, łazienki będą dostępne z sal, a place zabaw zostaną podzielone na strefy.

Zmiana dotyczyć będzie w szczególności szkół podstawowych i ponadpodstawowych, ponieważ są to największe placówki. Nowo powstałe projektowane są często dla ośmiuset, a nawet tysiąca młodych użytkowników. Ten rozmach trzeba poważnie przemyśleć. Mam wrażenie, że na zmianach świetnie wyszliby i uczniowie, i nauczyciele. Powinniśmy zwrócić się w stronę bardziej kameralnych placówek, podzielić przestrzeń pod względem wieku użytkownika. O tym się mówi, ale tego się nie robi. Mniejsze grupy i klasy są kluczowe dla komfortu, rozwoju oraz bezpieczeństwa dzieci.

Myślę, że COVID-19 zrobi lepszą i szybszą reformę w szkolnictwie niż Ministerstwo Edukacji Narodowej. Promowane przez naszą pracownię rozwiązania, polegające na oddzielnych wejściach dla klas I–III, IV–VI, VII–VIII, nabierają w nowej sytuacji głębszego sensu, a my mamy teraz mocne argumenty dla inwestorów.

Przed nami długa droga, ale pandemia mam pomoże. Jak w szkle powiększającym pokazała ona, co jest dobre, a co złe. Nie mogę się już doczekać architektury postcovidowej. Mam wrażenie, że wprowadziła nas ona do nowej epoki – z pruskiego układu ławek płynnym krokiem przechodzimy w nowoczesność.

 

Zdjęcie otwierające: Szkoła Podstawowa nr 174 w Warszawie-Wesołej, proj. XYstudio, fot. XYstudio.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dorota Sibińska
Dorota Sibińska
Architekt IARP

współzałożycielka pracowni XYstudio, specjalizującej się w projektowaniu przestrzeni dla dzieci

reklama

Warto przeczytać