Facebook

Nieuchwytna ale ważna - mała architektura w krajobrazie miasta

Z:A 68

KATEGORIA: Praktyka

„Tradycja myślenia o małej architekturze jako formie sztuki w przestrzeni publicznej jest w Polsce długa – sięga jeszcze lat powojennych. Niestety pozostaje dość niszowa i obejmuje w zasadzie tylko wąskie kręgi eksperckie”

Dyskusja wokół estetyki przestrzeni publicznej w polskich miastach skupiała się dotychczas na kilku głównych zagadnieniach – obecności reklamy zewnętrznej, przypadkowych kiosków oraz ogólnie pojętej tymczasowości. Wokół nich krążyło podstawowe pytanie: dlaczego w Polsce musi być brzydko? W tej debacie stosunkowo mało uwagi poświęcono jednak małej architekturze – a ta przecież zawsze wpisywała się w ogólny krajobraz, niezależnie od tego, czy był on piękny czy szpetny.
 

Gdy w 2007 roku spędzałem wakacje w Genewie, doznałem swoistego wstrząsu w związku z ładem przestrzennym panującym na ulicach tego miasta. Któregoś dnia patrząc na doskonale czysty chodnik, błyszczące kosze na śmieci i doskonale proste latarnie, pomyślałem: „za czysto i za ładnie tutaj jest dla mnie, wolę nasz warszawski brud”. Był to czas, kiedy debata o tym, że w Polsce jest po prostu brzydko, miała się dopiero zacząć – nie wyszły jeszcze ważne książki, takie jak Wrzask w przestrzeni Piotra Sarzyńskiego czy album Polski outdoor stowarzyszenia Miasto Moje a w Nim, który dokumentował zaśmiecenie polskich miast przez reklamy. Jeszcze zanim Filip Springer napisał swoją słynną Wannę z kolumnadą, a na Facebooku zaczęły viralować się zdjęcia udostępniane przez takie strony jak „Wszystko źle” albo „Sto lat planowania”, brzydota przestrzeni publicznej wydawała się być czymś oczywistym. Była wręcz niezauważalna, jak zanieczyszczenie powietrza. Tak się do niej przyzwyczailiśmy, że nie wyobrażaliśmy sobie, że może być ładniej. W Warszawie istotną zmianę przyniosło wyremontowanie i zwężenie jezdni Krakowskiego Przedmieścia – inwestycja ta pokazała rzeszom mieszkańców, że przestrzeń miejska nie musi być brzydka i chaotyczna, że może dla odmiany oddawać miejsce pieszym, mieć dobrze dobraną posadzkę, ujednolicone ławki, kosze na śmieci, kioski, latarnie, słupki wygradzające itp. Można by powiedzieć, że od modernizacji tej ulicy zaczęła się w Warszawie przemiana przestrzeni publicznych, której dojrzały etap obserwujemy obecnie. Dziś, gdy patrzymy na zdjęcia sprzed kilkunastu lat, nie dowierzamy, że Krakowskie Przedmieście mogło tak wtedy wyglądać.

 

CZEMU W MIASTACH JEST BRZYDKO


Do tych zmian nigdy by nie doszło, gdyby nie larum miejskich aktywistów, zaangażowanych mieszkańców, organizacji pozarządowych oraz lokalnych dziennikarzy, którzy nieustannie zwracali uwagę na fakt, że w polskich miastach jest brzydko. Działo się to też – pamiętajmy – w czasach przed mediami społecznościowymi, kiedy małym, lokalnym sprawom znacznie trudniej było trafć do gazet lub telewizji. Zaniedbania z poprzednich dekad pozostawiły nam wiele do wykonania. Również we własnych głowach. W zasadzie każda epoka powojennego rozwoju odcisnęła w przestrzeni publicznej swoje ślady, które doprowadziły do jej późniejszej degradacji. Socrealizm ukształtował zdehumanizowane przestrzenie, które zniechęcają do przebywania w nich, a co więcej, do troski o nie (przynajmniej większość społeczeństwa, choć tutaj zaczyna się już co nieco zmieniać). Lata 60. i 70. wprowadziły modę na parterowe pawilony, które masowo „ubogaciły” krajobraz naszych osiedli mieszkaniowych w różnego rodzaju budki. Okres stanu wojennego z kolei podobno doprowadził do upowszechnienia parkowania samochodów na chodnikach, dzięki czemu ulice mogły być przejezdne dla wojska. W końcu, lata 90. przyniosły egzotykę i tymczasowość, z której próbujemy oczyścić przestrzeń polskich miast do dziś. W tych przemianach mała architektura odegrała rolę waż- ną, ponieważ z każdą kolejną dekadą „dokładała” od siebie coś nowego. Weźmy np. słupki blokujące parkowanie samochodów. Ich kształt zmieniał się przez lata i w zasadzie każda dekada zostawiła nam inny model – najczęściej w kolorze biało-czerwonym (tzw. patriotki). Obecnie miasta często wypracowują swój własny wzór, który przynajmniej w pewnym stopniu unifkuje wizualnie przestrzeń miejską. W Amsterdamie jest np. słupek, na którym widnieją charakterystyczne trzy iksy (symbol miasta wpisany w jego herb). Jeśli spojrzymy na zdjęcie zrobione w tym mieście, bez problemów odgadniemy, że to stolica Holandii – utrwalony na obrazku wszędobylski wzór od razu nas o tym powiadomi.

Ul. Krakowskie Przedmieście po modernizacji, Warszawa, proj. Dawos.

DEFINIOWANIE MAŁEJ ARCHITEKTURY


Dyskusja nad małą architekturą w przestrzeni publicznej miast jest bardzo trudna. Bo w zasadzie, co określamy tym mianem? Prawo budowlane (art. 3 pkt 4) defniuje ją przez wyliczenie przykładów, jako „niewielkie obiekty budowlane, a w szczególności:
a) obiekty kultu religijnego: kapliczki, krzyże przydrożne, figury;
b) posągi, wodotryski i inne obiekty architektury ogrodowej;
c) obiekty użytkowe służące rekreacji codziennej i utrzymywaniu porządku, takie jak piaskownice, huśtawki, drabinki czy śmietniki”.

Tyle ustawa, a jak się ona ma do rzeczywistości? Nie znajdziemy w tym zestawieniu miejskich latarni (a przecież też istotnie wpływają na wygląd przestrzeni). Nie wymieniono w ustawie również donicy, która bardzo często funkcjonuje w powszechnym rozumieniu pod pojęciem „mała architektura”. Warto nadmienić przy okazji, że w jego zakresie znaczeniowym nie występują też takie elementy jak drzewa czy krzewy – które przecież stanowią jedne z najistotniejszych elementów konstytuowania krajobrazu przestrzeni miejskiej. Nie wspominając już o takich obiektach na każdej ulicy i placu, jak znaki drogowe.

Dlaczego aspekt prawny ma znaczenie? Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, fakt, że różne elementy konstytuujące wygląd przestrzeni publicznej są regulowane przez różne dokumenty prawne, powoduje chaos w zarządzaniu nimi. Dobrze to widać na przykładzie znaków drogowych, których natężenie w miastach doczekało się nawet zgrabnego terminu „znakoza” (określa się nim zaśmiecenie przestrzeni znakami: informującymi, zakazującymi lub zezwalającymi). W książce 21 polskich grzechów głównych Piotr Stankiewicz doszukiwał się źródła tego typu zjawisk w tzw. polskiej kulturze dezinformacji (w skrócie: lubimy wypuszczać komunikaty, które wprowadzają zamęt). Wynika ona wprost z przeregulowania przepisami, które wymagają takiej liczby znaków. Po drugie, problemem jest zarządzanie przestrzenią publiczną przez różne podmioty. Być może nie dotyka to tak bardzo mniejszych miast, jak każdego większego ośrodka. W skrócie: różne jednostki zarządzają różnymi terenami należącymi do miasta i zagospodarowują je wedle swojego uznania. Często powodują tym stylistyczny bałagan, np. kiedy na jednej drodze – powiedzmy powiatowej – mamy kosze na śmieci o określonym kształcie, a na ulicy obok – tym razem gminnej, zarządzanej przez inną jednostkę – o zupełnie innym.

Fakt, że różne elementy konstytuujące wygląd przestrzeni publicznej są regulowane przez różne dokumenty prawne, powoduje chaos w zarządzaniu nimi.

Fragment przestrzeni publicznej w Genewie.

USTAWA KRAJOBRAZOWA


W związku z powyższym duże nadzieje wiązano z uchwaloną przez Sejm w 2015 roku ustawą krajobrazową, która swoimi zapisami „obiecywała” wpłynąć na wygląd polskich miast. Nie „wyczyściła” ich ona sama z siebie, lecz dała samorządom możliwość uchwalania lokalnych kodeksów krajobrazowych, które będą mogły regulować kwestie takie jak umieszczanie reklam, szyldów, ogrodzeń oraz – no właśnie – obiektów małej architektury. Być może – z uwagi na to, co napisałem wcześniej – taki zestaw elementów defniujących krajobraz miejski wydaje się dość przypadkowy, musimy jednak zdawać sobie sprawę z pewnych uwarunkowań, które umożliwiły ustawie krajobrazowej w ogóle przejść przez machinę legislacyjną. Przede wszystkim, głównymi bohaterami tej opowieści były reklamy i konieczność uporządkowania ich obecności w miastach, natomiast trochę przy okazji dopisano do uchwał konieczność zwrócenia uwagi na znienawidzone ogrodzenia na osiedlach grodzonych oraz przypadkowość mebli miejskich. Upchnięcie tak wielu grzybków w jednym barszczu poskutkowało wydłużeniem prac nad kodeksami, ponieważ gminy musiały osobno opracowywać zasady dla każdego z tych obszernych tematów. Sprawa małej architektury została przy tym niestety zepchnięta na drugi plan – w wielu projektach uchwał ograniczono się tylko do ustaleń materiałowych, ewentualnie określono poszczególne strefy dla miasta, które bardziej restrykcyjnie ograniczają wykorzystanie konkretnych surowców.
Możemy sobie zadać pytanie, czy to porażka regulacji, które wprowadziła ustawa krajobrazowa? Niekoniecznie, jednak myślenie o takim detalu miejskim, jak np. ławka, w perspektywie sporządzania prawa lokalnego dla całego miasta, może przyprawić o ból głowy. Jakkolwiek perspektywa ta jest jeszcze zrozumiała dla reklamy zewnętrznej (szczególnie tej wielkoformatowej), to w przypadku regulowania mebli miejskich wprowadzone wymogi mogą skutkować sporym ujednoliceniem. Może jednak po czasach egzotyki i różnorodności nadszedł czas na odrobinę „szwajcarskości”...
Niezależnie od tego, świadomość estetyki przestrzeni publicznej w polskich samorządach zaczyna wzrastać i dziś, coraz częściej, ulice polskich miast mają się czym pochwalić. Do klasyki przeszły już krasnale wrocławskie, które tworzą swoistą historyczną narrację i dziś można miejscowość zwiedzić ich szlakiem. Tradycja myślenia o małej architekturze jako formie sztuki w przestrzeni publicznej jest w Polsce długa – sięga jeszcze lat powojennych. Niestety pozostaje dość niszowa i obejmuje w zasadzie tylko wąskie kręgi eksperckie. Na szczęście, wraz z rozwojem dyskusji o mieście, do świadomości publicznej przedziera się również ta tematyka. Dziś społeczeństwo coraz chętniej dyskutuje o nowych rozwiązaniach w przestrzeni publicznej. W 2017 roku mieszkańcy warszawskiej Pragi-Północ zdecydowali w budżecie partycypacyjnym, że chcą mieć na środku lokalnego placu... tężnię solankową (podlega pod małą architekturę, bo to w zasadzie wodotrysk). Ten szalony pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i dziś przybywają do niej mieszkańcy pozostałych dzielnic. Ba, inni warszawiacy zapragnęli mieć swoje własne tężnie i być może podczas wakacji będzie to ulubiony element wzbogacający przestrzeń lokalnych placów. Innym pomysłem, który zyskał poklask mieszkańców stolicy, były konsultacje wokół wdrożenia nowej ławki miejskiej. Miasto zaprosiło kilka firm do wykonania prototypu, a później warszawiacy decydowali, który model wybrać. Mogli też zgłaszać zapotrzebowanie na ławki w różnych miejscach miasta. Dzięki temu powstał wzorzec uniwersalny, nawiązujący kształtem do dawnych siedzisk (charakterystyczne zaokrąglenie), ale wpisujący się we współczesne trendy. I chyba najbardziej uspokajające w tym wszystkim jest to, że gdy teraz jeździmy na Zachód i patrzymy na rozwiązania obecne w innych europejskich miastach, nie czujemy już dysonansu, nie przeżywamy żadnych wstrząsów. Jest bowiem podobnie jak u nas. A czasami nawet, być może, zastanawiamy się, czy nie mamy u siebie ciekawszych rozwiązań. •
 

Wojciech Kacperski
Wojciech Kacperski

socjolog miasta, historyk filozofii, miejski felietonista „Kultury Liberalnej”, pracuje w Biurze Architektury i Planowania Przestrzennego Urzędu m.st. Warszawy

reklama

Warto przeczytać