Facebook

Na szczycie świata - rozmowa z Anną Tybor

Z:A 83

KATEGORIA: Po godzinach

Skialpinizmem zajmują się na ogół ludzie, którzy w życiu wyłącznie trenują, np. w strukturach włoskiego wojska czy policji. Nie robią nic innego, sport to ich sposób na życie. Warunki startu nie są równe, tym bardziej więc cieszy mnie, gdy uda się z nimi godnie zmierzyć, a nawet odnieść jakiś sukces.

Jest Pani czynną architektką i pierwszą kobietą na świecie, która zdobyła ośmiotysięcznik Manaslu bez użycia tlenu z butli, a następnie zjechała ze szczytu na nartach.

Wcześniej kobiety zjeżdżały z Manaslu, ale z tlenem. Albo odpinały narty na bardziej stromych odcinkach. Rzecz w tym, że lodowiec, zwłaszcza między pierwszym a drugim obozem, jest mocno popękany, jego zbocza przecinają głębokie seraki. Trzeba kluczyć między szczelinami, żeby nie skończyć w nich życia. Przy wchodzeniu pod górę pomagają drabiny i mostki, ale żeby zjechać ze szczytu, musiałam bardzo uważnie szukać drogi naokoło. Z tego powodu dwa najbardziej strome odcinki między obozem drugim a pierwszym pokonywałam przywiązana do liny, jednak z wciąż z nartami na nogach.

Skąd pomysł na taki wyczyn?

W 2014 roku byłam na Piku Lenina, siedmiotysięczniku w Kirgistanie. Gdy wróciłam, przyszło mi do głowy, by kiedyś spróbować zjechać z wyższego szczytu. Później ciągle miałam na głowie inne sprawy – studia, obronę pracy magisterskiej, przeprowadzkę do Włoch, dokąd wyjechałam, by rozwijać się w skialpinizmie. Potem zaczęła się pandemia. Nie tak łatwo było też znaleźć sponsorów na wyprawę oraz dobrać ekipę – Manaslu zdobywałam w teamie z włoskimi przewodnikami Marco Majori i Federico Secchi oraz fotografem Piotrem Drzastwą. Od kilku lat jednak ciągle miałam ten zamysł w głowie i w końcu, we wrześniu 2021 roku, udało się.

 Imponujący widok na grań Entreves w masywie Mont Blanc, fot. archiwum Anny Tybor

 

A jak w ogóle narodziła się w Pani ta pasja?

Zdecydowały o tym tradycje rodzinne. Góry, narty, a nawet skialpinizm – wszystko to towarzyszyło mi od dziecka. Urodziłam się w Zakopanem, co ułatwiło sprawę (śmiech). Moja mama jest przewodnikiem tatrzańskim, więc pierwsze szczyty zdobywałam, jeszcze będąc w jej brzuchu. Tata był przewodnikiem wysokogórskim oraz ratownikiem TOPR-u. Nic dziwnego, że i mnie, i brata rodzice od najmłodszych lat zabierali w góry. Nie pamiętam nauki jazdy na nartach – to było tak dawno! Ledwie zaczęłam chodzić, a już rodzice przypinali mi narty. W wieku trzech lat zjeżdżałam z Kasprowego i Nosala. Gdy byliśmy z bratem w przedszkolu rodzice zapisali nas do klubu narciarskiego. Później zaczęłam startować w zawodach w narciarstwie alpejskim.

Stąd już krótka droga do skialpinizmu, w którym reprezentuje Pani nasz kraj.

Skialpinizm, czyli narciarstwo wysokogórskie, zaszczepił we mnie tata. Był jednym z pierwszych polskich zawodników w tej dyscyplinie. A ja to wyjątkowe połączenie narciarstwa i wspinaczki górskiej odkryłam dla siebie pod koniec podstawówki, wtedy jeszcze 6-klasowej. Zaczęło się od tego, że tata, który czasem pomagał w wytyczaniu trasy podczas zawodów, zabierał mnie ze sobą. Gdy tylko pojawiły się kategorie dla dzieci, zaczęłam startować. W gimnazjum brałam udział w zawodach dla młodzieży jako kadetka i juniorka. Później przyszły pierwsze wygrane w Pucharze Polski. Potem jako reprezentantka kadry występowałam w Pucharach Świata oraz mistrzostwach świata i Europy.

Które sukcesy sportowe są dla Pani najważniejsze?

Bez wątpienia Manaslu, wymarzony, wyczekany. Wiodła do tego długa, ciężka droga. W związku z pandemią aż do ostatniej chwili nie było pewne, czy uda się wylecieć. Poza tym kilkakrotnie zdobyłam tytuł mistrzyni Polski – również wielkie wyróżnienie, zaś w globalnej skali zdobyłam m.in. czwarte miejsce podczas Pucharu Świata w sprintach w kategorii Espoir. To mój największy dotąd sukces na arenie międzynarodowej. Nie jest łatwo trenować ten sport, gdy się równolegle pracuje oraz robi inne rzeczy. Konkurentek może nie mam wiele, ale są to znakomite zawodniczki. Skialpinizmem zajmują się na ogół ludzie, którzy w życiu wyłącznie trenują, np. w strukturach włoskiego wojska czy policji. Nie robią nic innego, sport to ich sposób na życie. Warunki startu nie są równe, tym bardziej więc cieszy mnie, gdy uda się z nimi godnie zmierzyć, a nawet odnieść jakiś sukces.

Radość po zdobyciu Piz Orsera, trudnego szczytu w Livigno., fot. John Cusini

Dlaczego więc przy tym wszystkim zdecydowała się Pani związać z architekturą?

Rzadziej mam okazję o tym mówić, ale ze sztuką jestem związana równie długo, co z nartami. Już w przedszkolu chodziłam na zajęcia z malarstwa na szkle oraz rzeźby. Później przyszedł czas na podstawówkę artystyczną w Zakopanem, a tam na grę na fortepianie, rysunek, malarstwo, historię sztuki. W gimnazjum chodziłam do klasy o profilu rysunkowo-malarskim. I już wtedy mocno interesowała mnie architektura, „kroiła się” z tego poważniejsza przygoda ze sztuką. Liceum wybrałam wprawdzie zwykłe, ale regularnie jeździłam na lekcje rysunku do Krakowa. Choć w moim życiu już wtedy bardzo ważną rolę odgrywały narty, nie brałam pod uwagę studiów na AWF-ie. Wiele osób było niezzwykle zaskoczonych, gdy mówiłam, że zdecydowałam się na Politechnikę Krakowską i architekturę. W tym czasie wyjeżdżałam już na zawody Pucharów Świata, miałam więc indywidualny tok studiów, ale godziłam i jedno, i drugie.

Również dziś z sukcesem łączy Pani sport z pracą zawodową. Na Pani profilu na Instagramie można zobaczyć m.in. fragment publikacji prasowej ze zrealizowanym projektem ski chalet.

Obecnie, z powodu korzystnych warunków do trenowania skialpinizmu, mieszkam w Livigno we Włoszech. Pracuję na pół etatu w tutejszym biurze architektonicznym Studio Silvestri, z którym jestem związana od kilku lat – z półtoraroczną przerwą na pobyt w Szwajcarii, w rejonie St. Moritz, gdzie miałam okazję uczestniczyć w projektowaniu wielkiego hotelu. Teraz pracuję głównie przy projektach koncepcyjnych. Rysuję rzuty, przekroje, elewacje. Przez to, że zwłaszcza zimą często mnie nie ma, wykonuję drobniejsze projekty – rozbudowy, rearanżacje, zmiany funkcji pomieszczeń. Do ciekawszych tematów należał właśnie ten ski chalet.

Nowoczesny pod względem układu funkcjonalnego, ale w aspekcie formy mocno osadzony w tradycji regionu.

W Livigno dominuje styl alpejski, trochę podobny do współczesnego zakopiańskiego. Bazuje na drewnie, kamieniu, szkle. Z powodu restrykcyjnych warunków zabudowy śmielsze pomysły często nie przechodzą przez sito pozwoleń. Tak czy inaczej to jest mi estetycznie najbliższe, dobrze się w tym czuję. A wspomniany hotel w Szwajcarii – wciąż jeszcze w budowie – dał mi wiele satysfakcji. Zajmowałam się nim przez półtora roku, dzień w dzień. Było to prawdziwe wyzwanie, i to nie tylko z powodu skali projektu. Zaczęłam wtedy pracować w języku niemieckim, choć jeszcze nie miałam w nim wielkiej biegłości. Musiałam się też przestawić z AutoCAD-a na inny program.

Widok z bazy na szczyt Manaslu, fot. Piotr Drzastwa

Pani sukcesy w skialpinizmie są spektakularne, jednak czy sport wygrywa w Pani sercu z architekturą, czy mimo wszystko nie?

Żyję w dwóch różnych od siebie światach i w obu jestem tak samo mocno, od dziecka, zakorzeniona. Sport to całe moje życie, podobnie jak sztuka. Gdy wróciłam z Nepalu, w związku z przesiadką w Warszawie „wykroiłam” sobie dwa dni, by m.in. zobaczyć wystawę w Muzeum Narodowym. Zawsze zaglądam również do jakiejś galerii, gdy uda mi się wyrwać z mojego maleńkiego Livigno do Mediolanu. A w bazie pod Manaslu miałam szkicownik, który zresztą wszędzie ze sobą zabieram.

Polsko-włoska ekipa przed opuszczeniem pierwszego obozu w drodze na szczyt, fot. Piotr Drzastwa

Rysuje Pani góry?

Raczej kompozycje geometryczne i formy architektoniczne. W pracy wszystko projektuje się na komputerach, ręka więc już nie ta sama, wciąż jednak bardzo lubię rysować.

Ale góry na pewno też budzą w Pani zachwyt czysto estetyczny...

Idealny pod względem estetyki szczyt to dla mnie Laila Peak, sześciotysięcznik w Karakorum. Gdybym miała wybrać najpiękniejszą górę świata wskazałabym właśnie tę. Ma niezwykle geometryczną sylwetkę oraz ogromnie dynamiczny kształt, które kojarzą mi się bardzo artystycznie. I chyba wielu architektów poparłoby mnie.

Podczas wyprawy na ośmiotysięcznik Manaslu, fot. Piotr Drzastwa

Czy ma Pani w planach kolejne wyczyny na miarę Manaslu?

Marzy mi się jeszcze jakiś zjazd na nartach, może będzie to kolejny ośmiotysięcznik. Ale to zależy od wielu czynników – czy znajdę sponsorów, czy zbiorę ludzi, czy uda się wszystko dograć. Sama się zresztą zastanawiam, czy kierować się w stronę Pakistanu, czy może Nepalu. O konkretach wolę więc nie mówić. Przyjdzie na nie pora.

Zjazd po stromym zboczu Pizzo Filone w Livigno, fot. Giacomo Meneghello

A czego mogę Pani życzyć na najbliższy czas?

Za tydzień zaczyna się pierwsza edycja Pucharu Świata (rozmowa odbyła się na początku grudnia – przyp. red.). Jestem w fazie ostatnich przygotowań przed zawodami. Cały sezon mam więc jeszcze przed sobą, proszę mi życzyć dobrej kondycji. Tym bardziej, że nie wróciłam do pełni formy po wyprawie na Manaslu. Warto też trzymać kciuki za moje kolejne wyzwanie architektoniczne. Będę projektować domki na Podhalu. To zawsze najtrudniejsze zadanie – wybierać dla samej siebie. Ciągle czegoś mi brakuje, ciągle coś się nie podoba. A realizacja, mam nadzieję, nastąpi już w 2023 roku. Proszę mi więc życzyć także zdecydowania i trafnych decyzji projektowych. •

Podczas wyprawy na Manaslu – dolne partie drogi do bazy, fot.Piotr Drzastwa

Paweł Kaliński
Paweł Kaliński

redaktor prowadzący serwisu wnętrzarskiego Urzadzamy.pl oraz stały współpracownik miesięczników „M jak Mieszkanie” i „Dobre Wnętrze”. Ceni design rozumiany jako praktyczna funkcja w pięknej formie. Lubi stare meble i nowe dodatki, malarstwo dawne i modne kolory, tradycyjne rzemiosło, szlachetne materiały, ceramikę z różnych epok oraz tkaniny o wyrazistych splotach.

reklama

Warto przeczytać