Facebook

Małe i wspaniałe

Z:A 81

KATEGORIA: Temat wydania

Wielcy mają przywilej kształtowania miast i dzielnic, rzesze mniejszych naprawiają to, co nas otacza. Walczą na ringach małych przetargów – rozbudowują, modernizują, naprawiają. Jest to praca, której często nie dostrzegamy, ale przede wszystkim nie doceniamy.

W naszym kraju są setki pięknych małych realizacji. Powstają we wsiach i miastach. Są wynikiem zamówień publicznych, ale często też prywatnych. Wiele naszych koleżanek i kolegów każdego dnia tworzy „ważne” projekty, które zna tylko lokalna społeczność. Gazety i serwisy internetowe ich nie publikują, bo nawet nie wiedzą o ich istnieniu.

Szkoła Podstawowa nr 174 w Wesołej, proj. xystudio, fot. ot. Marcin Czechowicz / xystudio

Praca szuka architekta?

Projekty architektoniczne o powierzchni do 1000 m2 są niewątpliwie najpopularniejszym przedmiotem zamówień publicznych. Rzadko o nich jednak słyszymy i równie rzadko mamy okazję oglądać mikrorealizacje. Tematy wrzucane w zakładkę „do 30 000 euro”, często niedoceniane, zalewają nasz kraj. Biorą udział w niebezpiecznej walce cenowej wynikającej najczęściej z konkursów ofert. Projektanci i wykonawcy startują w wyścigu o najniższą cenę. Kończy się to często najniższą jakością usługi, wykorzystaniem dokumentacji już raz użytej lub kupionej w firmach oferujących gotowe projekty. W tym sektorze powstają głównie żłobki, przedszkola, domy kultury, centra lokalne, biblioteki, pawilony, targowiska, małe dworce, remizy, komisariaty policji, czyli projekty bardzo ważne w skali lokalnej. Najczęściej jednak spotkać można przetargi w trybie „zaprojektuj i wybuduj” – wiadomo, kto w tym przypadku rozdaje karty. To wykonawca, który wygrał dzięki najniższej cenie. Doświadczenie zwykle jest wymagane, ale na poziomie, jakim może się wykazać każdy. Najtańszy wykonawca wybiera więc najtańszego architekta i budują. Druga forma popularna dla tej skali budynków to przetargi do 30 000 euro. Tu znów cena czyni cuda. Często się zdarza, że oferent nawet nie jest architektem, tylko nim „dysponuje”. Tu możemy się spodziewać dokumentacji projektowo-kosztorysowej placówek oświatowych w cenie na poziomie 30 000 zł, wybranej wśród gotowych projektów dostępnych na rynku. Inwestor niewiele ma do powiedzenia. Jeżeli zapisze w SIWZ, że chce dwie koncepcje, dostanie dwie, jedną z nich musi wybrać. Terminy napięte, nie ma czasu na dyskusje. Dokumentacja projektowa jest skromna, co daje szerokie pole manewru wykonawcom, którzy staną do przetargu na budowę. Architekt zwykle nie ma wpływu na dalsze losy projektu i tak powstają dziwne twory naszej codzienności. Minimalizację kosztów naszej pracy można potraktować jeszcze ciekawiej. Ostatnio napotkałam przetarg dotyczący jedynie wielobranżowej koncepcji architektonicznej, po której następuje przetarg na wykonanie dokumentacji wykonawczej, a po niej na budowę. Co z prawami autorskimi? Przechodzą na gminę. W pewnym sensie taki projekt nie ma autora, jest pracą zbiorową. Pani z gminy, z którą wdałam się w dyskusję nad sensem takiego podziału, odpowiedziała „u nas się to sprawdza”. Długo się zastanawiałam, w jaki sposób– czy chodzi o koszt dokumentacji, czy może o efekt takiej współpracy…

Kolejną, rzadko stosowaną formułą, jest konkurs architektoniczny. Taki konkurs to nie lada gratka – wynagrodzenie często na poziomie 5% wartości inwestycji brutto. Zakładając, że koszty realizacji obiektów tej skali wahają się od 2 000 000 zł do 12 000 000 zł, wynagrodzenie projektanta może wynieść nawet 600 000 zł brutto. Przy porównaniu tej sumy z kwotą identycznej dokumentacji w przetargu, jest to nawet 20 razy więcej. Ze zrozumiałych powodów gmina zrobi wszystko, aby takiego konkursu nie ogłosić. Pierwszy powód to oczywiście koszt dokumentacji, drugi – czas związany z organizacją konkursu, kolejny – udział osób trzecich, takich jak przedstawiciele SARP, miasta i innych dla których liczą się nie tylko koszty inwestycji. To budzi w gminach lęk. Najczęściej boją się, że wygra projekt, którego koszt wybudowania deklarowany w konkursie będzie znacznie przekraczał planowany budżet. Tak niestety często bywa , obawy są więc słuszne. Jest też oczywiście inwestor prywatny, tu warto zwrócić szczególną uwagę na fundacje. To one najczęściej potrzebują naszej pomocy. Zajmują się inwestycjami, o których państwo polskie zapomniało. Są to obiekty dla bezdomnych, chorych, niepełnosprawnych, dla dużych i małych, których łączy wykluczenie społeczne, ponieważ nie radzą sobie w naszym systemie socjalnym. Problem polega na tym, że pieniądze na inwestycję pochodzą od sponsorów, ale koszty dokumentacji projektowej najczęściej muszą pokryć same fundacje. I znów jest problem. My –architekci chcemy im pomagać, ale nie zawsze mamy na to środki. Inwestorzy zapominają, że ich projekty nie są domkami jednorodzinnymi, tylko małymi budynkami naszpikowanymi instalacjami, wymagającymi rozlicznych uzgodnień, opinii, a to wszystko wpływa na koszty. I tak jak my bylibyśmy w stanie zrobić to pro bono, to kolejnych kilku projektantów zaangażowanych w projekt już może nie mieć takiej możliwości.

Podsumowując subiektywnie plusy i minusy powyższych trybów, oczywiście w odniesieniu do małej skali:

  • przetargi do 30 000 euro – za bardzo niskie honorarium dostajemy „swobodę projektową”. Wbrew pozorom to największy atut, przy założeniu, że nas na to stać. Możemy porozmawiać z inwestorem, wprowadzić nowatorskie rozwiązania, sprawić, by przestrzeń, która nas otacza, była lepsza, mądrzejsza, rozwiązywała zadany problem;
  • konkurs architektoniczny otwarty – perełka z rysą. Za godne honorarium możemy wykonać gratis koncepcję, licząc, że to nas wybiorą. Do takich konkursów zwykle nie ma żadnych wymogów proceduralnych z wyjątkiem wyrażenia woli startu i wykazania, że „dysponujemy projektantem” z uprawnieniami. To „liczenie” jest tu słowem kluczem. Wizja honorarium z pięcioma zerami przyciąga często kilkuset chętnych. Jak porównać sto prac, których tematem jest budynek o powierzchni 800 m2? Jak wybrać ? Nie wiem, ale zwykle, choć nie zawsze, ktoś wygra;
  • konkurs architektoniczny zamknięty – tu stawka zamyka się w kwocie do 30 000 euro, ale w związku z zaproszeniami startuje ograniczona liczba pracowni, stąd szanse są zdecydowanie większe;
  • tryb „zaprojektuj i wybuduj” – tu zyskują architekci związani z wykonawcami. Stajemy się jednak podwykonawcą i zakładnikiem naszego zleceniodawcy. Skutki bywają różne.

Konkursy architektoniczne, z nielicznymi wyjątkami, zwykle nie biorą pod uwagę małych budynków. Szeroko pojęta kategoria obiektów użyteczności publicznej najczęściej otwiera swe drzwi dla tzw. wielkich projektów, z którymi te małe zwykle nie mają szans się równać. Promują więc, w sposób oczywisty, okazałe i skomplikowane założenia, pozostawiając w tyle proste, małe i wspaniałe. Dlatego tym bardziej warto pokazywać przykłady architektury często niezauważonej ale dobrej i niezwykle ciekawej.

Żłobek w Adamowie, proj. xystudio, fot. xystudio

Projekt w formule „zrobimy to razem”

Pływająca baza nurkowa na jeziorze Płocie stowarzyszenia HSA „krok po kroku” jest najbardziej niezwykłym projektem, z jakim się spotkałam. To jedyne tego typu miejsce na świecie, zapewniające pełne bezpieczeństwo nurkowania osobom z praktycznie każdym rodzajem niepełnosprawności. Prowadzone są tam całoroczne zajęcia, łącznie z nurkowaniem zimowym i pod lodem. Jest to malutka, o powierzchni około 150 m2, jednostka pływająca zacumowana przy długim pomoście dostępnym również dla osób niepełnosprawnych. Projekt powstał na bazie doświadczeń grupy nurków związanych ze stowarzyszeniem HSA i nurkującego architekta Janusza Kicińskiego z pracowni Archi-Graf Piła, który przeniósł na papier wspólne pomysły. Pieniądze na budowę pozyskali od sponsorów. To niezwykłe miejsce, które odmienia życie ludzi. Nie było tu przetargu ani konkursu, była moc przyjaźni i chęć pomocy innym.

Przedszkole w Suwałkach, proj. xystudio. fot. xystudio

 Projekt dla fundacji

Inny przykład to modernizacja, przebudowa i nadbudowa oficyny Przytułku św. Franciszka Salezego w Warszawie, projekt pracowni Paweł Dedko i Piotr Jurkiewicz Architekci. Dom dla potrzebujących działa nieprzerwalnie od 1897 roku, będąc obecnie jedną z nielicznych instytucji opieki nad seniorami usytuowanych w ścisłym centrum miasta. Dzięki rozbudowie powstała „przytułkowa oficyna” - ośrodek dziennego wsparcia, w formie funkcjonalnego i dostępnego, trzypiętrowego budynku o powierzchni ponad 350 m2. Niewiele jest w Warszawie budowli historycznych, których funkcja nie zmieniła się od ponad wieku. Przebudowa pozwoliła nie tylko zachować substancję materialną zabytku, lecz także dostosować ją do współczesnych standardów i potrzeb.

Projekt z budżetu obywatelskiego

„Strefa rekreacji Gocław” to niezwykłe miejsce spotkań w stolicy, przy plaży po praskiej stronie Wisły. Projekt wielopokoleniowy, ekologiczny i organiczny. Jest miejscem relaksu z hamakami, wielkimi paleniskami z rusztami grillowymi i fantastycznymi, żywymi kopułami z witek wierzbowych. To przestrzeń na piknik w centrum Warszawy, dyskretnie wkomponowana w naturalny krajobraz z wykorzystaniem lokalnych materiałów. Edukuje i inspiruje dużych i małych. Idea powstała w głowach mieszkańców, a za realizację w trybie zaprojektuj i wybuduj odpowiadała firma wykonawcza AG-Complex na zlecenie Zarządu Zieleni m.st. Warszawy.

Przytułek św. Franciszka Salezego, proj. ArDJ, fot. Piotr Krajewski / Urząd m.st. Warszawy

Projekty z przetargu

Zaprojektowanie żłobka w Adamowie, w powiecie łukowskim nie było łatwe. Pani Agnieszka z urzędu gminy zakomunikowała, że – „chcemy mieć choć jeden ładny i nowoczesny budynek”. Dostaliśmy kawał pola przy miejscowym cmentarzu i tam powstał trzy-oddziałowy żłobek. Wójt określił go jako „dość futurystyczny”, ale najważniejsze, że mieszkańcom się podoba. Są dumni. Chodzą tam na spacery i co ważne zapisują maluchy do placówki. Obecnie działają dwie grupy, dodatkowe pomieszczenie jest nie tylko salą sensoryczną lecz także salą rady gminy i miejscem spotkań lokalnej społeczności. W przyszłości, jeśli będzie taka potrzeba, można ją zaadaptować dla grupy przedszkolnej. Żłobek zabrał nam rok z życia, ale warto było podjąć wyzwanie! Projekt rozbudowy szkoły z oddziałami integracyjnymi w stołecznej dzielnicy Wesoła obejmował budowę zupełnie nowego skrzydła dla klas VII-VIII. Mały budynek o powierzchni około 600 m2, z siedmioma klasami i salą sensoryczną, zakopany w skarpie. Dzięki temu, że był to projekt z przetargu, mogliśmy podjąć dialog z inwestorem i rozbudować obiekt w zupełnie innym miejscu, niż planowano. Takiej możliwości nie byłoby w przypadku konkursu architektonicznego. Zmiana lokalizacji sprawiła, że zaniedbany teren zielony za szkołą stał się ogólnodostępnym parkiem, a stare drzewa przeznaczone wcześniej do wycinki rosną dalej i cieszą oczy mieszkańców.

 

Rehabilitacyjna Baza Nurkowa w Pile, proj. Janusza Kicińskiego (Archi-Graf), fot. Robert Judycki

Projekty z konkursu

Pawilon edukacyjny „Kamień” na warszawskim Golędzinowie autorstwa eM4 Pracownia Architektury Brataniec to w obecnie chyba najbardziej rozpoznawalny i nagradzany obiekt reprezentujący małą skalę architektury użyteczności publicznej. Prosta forma przypominająca głaz narzutowy wpisuje się w krajobraz nadwiślańskiej przyrody. Jest miejscem edukacji, integracji i, jak mówi Justyna Glusman, dyrektor koordynator ds. zrównoważonego rozwoju i zieleni m.st. Warszawy: „platformą współpracy z organizacjami pozarządowymi oraz uznanymi ośrodkami naukowymi, które mają współpracować przy badaniu i promowaniu wiedzy o cennych terenach zielonych Warszawy”. Kolejnym przykładem jest dom kultury „Krzemień” w Szczecinie. Skromny, a zarazem elegancki, budynek zaprojektowali GRID architekci. Mała skala pozwoliła na dbałość o detale, stworzenie prostych i jednocześnie bardzo wysmakowanych pomieszczeń. Projekty wnętrz zwykle nie są wymagane przez zamawiającego, najczęściej ograniczają się do wytycznych dotyczących wykończenia posadzek, ścian i kolorystyki. Można więc ich nie uwzględniać, ale ambitni architekci nie wyobrażają sobie realizacji bez tej części opracowania.

Hybryda

Wisienką na torcie bez wątpienia jest jednak biblioteka w Głuchołazach zaprojektowana przez Antoniego Domicza. Historia powstawania projektu i jego realizacja jest kompilacją wszystkich wcześniej opisanych trybów. Architekt, który jak większość z nas jest przeciwnikiem trybu „zaprojektuj i wybuduj” postanowił opracować zlecone mu PFU w stopniu zdecydowanie przekraczającym zakres projektu budowlanego. W konsekwencji nie udało się wybrać wykonawcy w przetargu ZiW głównie z powodu zbyt wysokich ofert, wynikających nie tyle z dokładności projektu, ale z braku możliwości upraszczania go i stosowania zamiennych rozwiązań, które generują zysk wykonawcy. Centrum Kultury w Głuchołazach, które pełniło rolę inwestora, zdecydowało się zamówić dodatkowo projekt budowlany i wykonawczy wraz z kosztorysem inwestorskim. Na tej podstawie ogłoszono kolejny raz przetarg i tym razem ceny były zdecydowanie bardziej realne. Biblioteka została zbudowana, pozostało „jedynie” jej wyposażenie, a w szczególności realizacja „złotych ” regałów na książki autorstwa A. Domicza. Ponieważ miasto odmówiło partycypacji w kosztach, mieszkańcy, zachwyceni nową inwestycją, w ramach budżetu obywatelskiego pozyskali fundusze na regały i podłogę interaktywną. Pozostałe meble samodzielnie wykonał dyrektor CK wraz z pracownikami. Prawdopodobnie, gdyby w Głuchołazach nie pojawił się niepokorny architekt, biblioteka nigdy by nie powstała. Takie postawy powinny być dla nas wzorem do naśladowania, a determinacja i działanie na rzecz małych społeczności lokalnych zauważana i doceniana. Szkoda tylko, że tak rzadko mamy okazję poznać te historie i tych ludzi.

Biblioteka w Głuchołazach, proj. Antoni Domicz, fot. Stan Zajączkowski

Projekt bez autora

            Jak widać, dużo dzieje się w świecie małych projektów. Myślę, że powstają ich tysiące. Dlaczego więc tak mało o nich mówimy, dlaczego ich nie znamy? Odpowiedź jest prosta – nie ma ich w sieci, nie interesują się nimi media i stają się niewidoczne. Gminy i lokalne publikatory, chwaląc się nowymi inwestycjami, słowem nie wspominają o ich autorach. Ważny jest wójt, burmistrz, ewentualnie firma wykonawcza. Projektant nie istnieje, chyba że ma znane nazwisko, którym „firmuje” inwestycję. To zadziwiające, ale prawdziwe. Każda książka, obraz, piosenka ma autora i tytuł, ale budynki są jak anonimy. Architekt jest ze swoim obiektem od pierwszej kreski do ostatniej dachówki, a potem znika, zostaje wymazany z jego historii. Szukałam w sieci informacji na temat autorów inwestycji, które mi się spodobały. Były to żmudne poszukiwania, w większości zakończone fiaskiem. Pytałam i słyszałam: „jakiś młody / starszy / z miasta X”. Z tego też powodu nie udało mi się zaprezentować bardzo ciekawego pawilonu dla nosorożców w chorzowskim Zoo. Może zabrakło mi determinacji, ale udało mi się tylko wstępnie ustalić nazwisko architekta, Miałam jednak problem ze skontaktowaniem się z nim , więc nie mogę o nim napisać. I taka historia powtórzyła się kilkukrotnie.

            Wiele mniejszych firm nie zajmuje się autopromocją, nie zamieszcza na stronach WWW swoich realizacji, nie robi zdjęć. Działa lokalnie, bez rozgłosu, w porozumieniu z władzami. Bierze udział w przetargach i często wykonuje projekty niewidoczne. Pisząc „niewidoczne”, mam na myśli obiekty remontowane, dostosowywane do aktualnych przepisów, przebudowywane. To często realizacje niezwykle trudne i skomplikowane, którymi nie ma się jak pochwalić, bo naprawiają istniejącą tkankę, nie ingerując w wygląd zewnętrzny. Dbałość o detale jest atutem małych projektów. Zamiast projektować kilkanaście identycznych łazienek, podając wyłącznie rodzaj posadzki i płytki ściennej, skala daje nam możliwość zaprojektowania kilku wyjątkowych i dopracowanych. Tę różnicę widać szczególnie w zestawieniu z dużymi budynkami będącymi efektem zamówień publicznych. Jako architekci zawsze chcemy, żeby nasze projekty były skończone. Często podczas projektowania myślimy o tym, jak będą wyglądać od środka, jak ludzie będą się w nich czuli. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, ile czasu może zająć sam proces projektowy wnętrz. Tysiąc metrów kwadratowych można jeszcze przyjąć jako pracę dodatkową, za którą zwykle nie dostajemy wynagrodzenia, ale jeśli już „idziemy w tysiące”, to bez dodatkowych środków się nie uda. Tu w grę wchodzą nie tylko pieniądze za projekt, ale też za jego realizację. W dużych obiektach obcina się drastycznie koszty na wykończenie wnętrz, w małych znacznie rzadziej. Dlatego ta skala architektury jest często przykładem bardzo dopracowanych projektów, szczególnie w porównaniu z ich większymi odpowiednikami.

Dom kultury „Krzemień” w Szczecinie, proj. GRID Architekci, fot. Maciej Lulko / GRIP Architekci

Podsumowanie

            Stajemy przed wyborem pracy za pół darmo lub ruletki konkursowej. Jak znaleźć złoty środek? Jest chyba tylko jeden sposób - są konkursy zamknięte z ustaloną górną stawką za opracowanie projektu budowlano-wykonawczego. Dotyczy to w tym momencie wyłącznie projektów, w których koszt prac projektowych mieści się w kwocie do 30 000 euro. W tej formule gmina może ogłosić konkurs architektoniczny i zaprosić do niego wybrane pracownie, często te, z którymi już pracowała i ma do nich zaufanie. Proces inwestycyjny wydłuża się raptem o kilka tygodni, ale to gmina może wybrać projekt, a architekt ma realne szanse wygrać konkurs. Jest to zgodne z obecną ustawą o zamówieniach publicznych i pozwala zamawiającemu wybrać to, co spełnia jego oczekiwania, a architektom podjąć świadomą decyzję, za jakie pieniądze będą pracować. Gdyby ta forma była bardziej popularna, śmiem twierdzić, że miałaby istotny wpływ na późniejsze kwoty deklarowane w przetargach. Wydaje mi się również, że poprawiłoby to jakość otaczającej nas architektury. Drugim tematem, którym należy się koniecznie zająć, to zdefiniowanie, czym jest projekt wnętrz i traktowanie go jako odrębne opracowanie(tym zagadnieniem od dłuższego czasu zajmuje się Stowarzyszenia Architektów Wnętrz). Pozwala to na zmniejszenie zakresu projektu budowlano-wykonawczego i ewentualną zmianę projektanta na drugim etapie, ponieważ nie każdy architekt zna się na projektowaniu wnętrz, a przede wszystkim nie każdy ma odpowiednie kompetencje, żeby takie projekty wykonywać. Stworzenie dobrej specyfikacji pierwszego wyposażenia jest dla niektórych nie lada wyzwaniem. Ta nieumiejętność, w konsekwencji, potrafi dosłownie zniszczyć dobrze zaprojektowaną przestrzeń. Często praca architekta wnętrz pozwala nadać budynkowi charakter i sprawić, by cieszył oko użytkowników i podnosił jakość estetyczną lub funkcjonalną.  Podjazd dla niepełnosprawnych, winda, remont walącej się kamienicy albo rozbudowa szkoły – to tematy zwykle trudne, żmudne, nie przynoszące sławy i nagród. Ale jakże są potrzebne, jak ważne dla każdego z nas. Warto się zastanowić i czasami bez sarkazmu spojrzeć na nowe schody do urzędu czy dach i zadać sobie pytanie: czy ja bym się tego podjął? Przyzwyczajeni jesteśmy do krytykowania, ale czy każdy z nas potrafiłby te obiekty zaprojektować i czy zdecydowałby się na taką pracę?

Dorota Sibińska
Dorota Sibińska
Architekt IARP

współzałożycielka pracowni XYstudio, specjalizującej się w projektowaniu przestrzeni dla dzieci

reklama

Warto przeczytać