Facebook

Kot nazwany psem nie zacznie szczekać

Z:A 74

KATEGORIA: Felieton

Niejasne procedury decyzyjne nie tylko wzmacniają cwaniactwo i polityczne kolesiostwo, lecz także oddają kolejne pola życia gospodarczego w ręce polityków. Dzięki nowej ustawie deweloper realizujący inwestycję „po bożemu” może stanąć do nieuczciwej walki.

Słowa mają znaczenie. Potrafią zmienić świat, bo opisując nimi rzeczywistość, jednocześnie ją kształtujemy. Ważne jest więc, by były słowa używane zgodnie z ich znaczeniem i nie wprowadzały w błąd. Od samego początku uważałem, że określanie Ustawy z dnia 5 lipca 2018 r. o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących (Dz.U. 2018, poz. 1496) mianem lex developer jest przykładem niewłaściwego nazywania rzeczy.

Łacińskie słowo lex oznacza „prawo”, „zwyczaj”, „zbiór przepisów”. Już w czasach republiki łączono je z imieniem wnioskodawcy dla wskazania autorstwa. Co oczywiste za ustawami przepychanymi w rzymskim senacie pod płaszczykiem dobra ojczyzny stały bardzo często prywatne i polityczne interesy wnioskodawców. Szczególnie u schyłku republiki tytani tamtych czasów, tacy jak: bracia Grakchowie, Sulla, Cezar, Pompejusz, Krassus czy Cyceron, walczyli o wzmocnienie pozycji swojej i swoich sojuszników odpowiednimi regulacjami prawnymi. Stąd np. lex Tulia (od Tuliusza Cycerona) – wymierzone niby w oszustwa wyborcze, a tak naprawdę skierowane przeciw konkurentom Tuliusza na stanowisko konsula, czy też lex Trebonia (nazwane od Gajusza Treboniusza, długoletniego stronnika i generała Cezara, a później jednego z jego 23 zabójców) – będące realizacją ustaleń I triumwiratu między Cezarem, Pompejuszem a Krassusem. Nadanie ustawie o ułatwieniach… nazwy lex developer miało być w intencji pomysłodawców zarówno oskarżeniem, jak i formą zdemaskowania niby to prawdziwych autorów i interesariuszy ustawy.

Deweloperzy są od lat idealnym kozłem ofiarnym dla ludzi, którzy w prywatnej przedsiębiorczości upatrują źródła wszelkiego zła na tym świecie, a zarabianie na czymkolwiek postrzegają jako naganne etycznie. Dlatego idealnie nadają się na obiekt nienawiści – nie dość, że są to firmy prywatne, to jeszcze przeważnie mniej lub bardziej bogate oraz osiągające zyski na czymś, co powinno być wyłączone z wolnego rynku, czyli na mieszkaniach. Stąd też łatwość, z jaką deweloperów obarcza się winą praktycznie za wszystko co złe, w tym za przysłowiowy „koklusz i gradobicie”. Dowolna regulacja wymierzona w tę grupę i ich interesy jest powszechnie chwalona, a samo słowo „deweloper” z biegiem czasu nabiera coraz bardziej pejoratywnego znaczenia, na wzór prl-owskich „spekulantów” czy „prywaciarzy”. Ta XXI-wieczna mowa nienawiści bywa budowana i używana przez tych, którzy deklarują walkę z nią.

Zastanówmy się jednak, czy deweloperzy faktycznie mieli na swoich sztandarach postulaty, które realizuje ustawa? Ja nigdzie takich nie spotkałem. Nigdy nie chcieli oni, by rady gmin pozwalały na odblokowywanie terenów pod inwestycje mieszkaniowe, niezgodne z planami miejscowymi i studiami uwarunkowań. Słyszałem za to wiele razy, że domagali się uproszczenia procedur, klarownych przepisów budowlanych, zmniejszenia papierologii. Czasami wskazywali oni nawet na konkretny przepis, który wyjątkowo utrudniał im pracę bądź był absurdalny i zupełnie niezrozumiały.

Deweloperzy, tak jak i inni inwestorzy, gdzie indziej upatrują źródeł swoich problemów i nie wnioskowali oficjalnie o rozwiązania zawarte w rzeczonej ustawie. Oczywiście każdy może powiedzieć, że były to działania zakulisowe. Taka teoria nie wytrzymuje jednak elementarnej krytyki. Jeśli bowiem deweloperzy mieliby aż taką łatwość w przepychaniu korzystnych dla siebie ustaw, to dlaczego nie wykorzystali jej, by zlikwidować dużo ważniejsze, groźniejsze i powszechniejsze przeszkody w procesie inwestycyjnym? Obecnie mamy np. wielki problem z zabudową śródmiejską. W Warszawie wstrzymanych jest podobno kilkadziesiąt inwestycji z powodu kłopotów ze źle przeprowadzoną zmianą w warunkach technicznych, która weszła w życie 1 stycznia 2018 roku. Powstaje więc pytanie, dlaczego deweloperzy nie użyli swoich wpływów i nie załatwili tej sprawy? To tylko zmiana jednego paragrafu, wyłącznie w rozporządzeniu. Medialnie nikt nawet by jej nie zauważył. Odpowiedź jest prosta – bo ich możliwości nacisku są bardzo ograniczone.

Obecnie inwestycje realizowane na podstawie rzeczonej ustawy stanowią nieznaczny promil ogólnych inwestycji deweloperskich. Dlaczego więc ta grupa miałaby załatwiać sobie ustawę dającą im tak niewiele, a przez lata pomijać naprawdę istotne zagadnienia? Dlaczego działała zakulisowo na rzecz tak kontrowersyjnych rozwiązań, a nie próbowała poprawić prawa w punktach, które dla wszystkich stanowią problem, za co nikt nie miałby do nich pretensji, a wręcz pochwalił? Włożyć tyle wysiłku w „przepchnięcie” ustawy dającej tak niewiele i jeszcze narażającej całą branżę na straty pr-owe… Ja tego nie kupuję.

Oczywiście nie twierdzę, że procedury legislacyjne nie są procedowane po znajomości czy ustawiane. Być może takie rzeczy się zdarzają. W prasie można znaleźć nawet ceny takich procederów. Wieści gminne mówią, że są to zawsze „spiski” pojedynczych osób czy bardzo wąskich grup interesariuszy (np. afera Rywina i „lub czasopisma”). Nigdy po kryjomu nie naciskają całe grupy. Nauczyciele czy górnicy robią to jawnie, często ostentacyjnie bądź siłowo. Choćby i z tego powodu oskarżanie całego środowiska deweloperskiego o „napisanie” tej ustawy jest nielogiczne. Nie jest ona realizacją ani postulatów środowisk deweloperskich, ani ich potrzeb.

Nie twierdzę również, że wszyscy deweloperzy to anioły będące ofiarą systemu prawnego, ale nie sposób się zgodzić z powszechną generalizacją i wrzucaniem wszystkich do jednego worka. Wiem jednak, że jeszcze parę takich ustaw, a deweloperzy bez politycznego wsparcia zostaną skutecznie wyeliminowani.

Moim zdaniem więc jedynymi, którzy odnoszą korzyści w nowym środowisku prawnym, są politycy lokalnych samorządów. Dzięki tej ustawie to oni będą mieli prawo decydowania, gdzie może, a gdzie nie może powstać inwestycja mieszkaniowa. Ustawa tworzy nowe antywolnorynkowe mechanizmy umożliwiające korupcję. Niejasne procedury decyzyjne nie tylko wzmacniają cwaniactwo i polityczne kolesiostwo, lecz także oddają kolejne pola życia gospodarczego w ręce polityków. Dzięki nowej ustawie deweloper realizujący inwestycję „po bożemu” może stanąć do nieuczciwej walki. Ktoś kupił tanio ziemię, która w studium i planie nie była przeznaczona na inwestycje, ale dzięki koleżankom i kolegom z rady gminy nagle się taką stała. Takimi właśnie mechanizmami wypycha się z rynku inwestorów uczciwych, a promuje tych z powiązaniami politycznymi. Co ciekawe, winą za te działania sprzeczne z założeniami wolnego rynku obarcza się właśnie wolny rynek. Tak krok po kroku zamienia się uczciwe wolnorynkowe mechanizmy pozwalające na dorabianie się osób pracowitych z inwencją i pomysłem na te umocowane politycznie.

Jeżeli Tuliusz Cyceron zapytałby mnie Cui bono?, odpowiedziałbym Lex radny.

 

Wojciech Gwizdak
Wojciech Gwizdak
Architekt IARP

sekretarz Krajowej Rady Izby Architektów RP, przewodniczący Komisji ds. Mediów i Informacji IARP

TAGI

reklama

Warto przeczytać