Facebook

Konkurs a sprawa polska

Z:A 79

KATEGORIA: Standardy

Ostatnio w obszarze konkursów architektonicznych spore środowiskowe emocje wzbudzają trzy kwestie. Pozwoliłem sobie zabrać głos w tej sprawie

Wszystkim nam zależy na dobrych i uczciwych konkursach. Problem polega na tym, że każdy z nas uważa, że cel należy realizować w zróżnicowany sposób.

Kwestia pierwsza: co w przypadku konfliktu interesów sędzia konkursowy vs uczestnik?

W przypadku konkursu architektonicznego może zdarzyć się sytuacja, w której projektant zamierzający wziąć w nim udział pozostaje w konflikcie interesu z osobą powołaną przez zamawiającego do sądu konkursowego. Nikt nie wyobraża sobie, że mąż-architekt mógłby sędziować, a żona-architekt startować w konkursie. Podobnie miałoby się stać w przypadku właściciela biura architektonicznego i jego pracownika. Obecna ustawa Prawo zamówień publicznych enumeratywnie wymienia, kiedy relacje biznesową lub rodzinną uważa się za konflikty interesu. W przypadku, kiedy zachodzi taka okoliczność, należy ją usunąć. Może się to odbywać tylko na dwa sposoby. Albo poprzez wykluczenie sędziego, albo wyeliminowanie uczestnika. Rozstrzygnięcie tego konfliktu jest obowiązkiem zamawiającego, który organizuje konkurs. Dotychczas eliminowano sędziego. Obecnie ustawa nie tylko potwierdza tę praktykę, ale wprost w swoich zapisach wprowadza taki mechanizm. Pojawiają się jednak głosy w środowisku, że w takich przypadkach sędzia jest nienaruszalny, a eliminowany powinien być uczestnik. Oba przeciwstawne rozwiązania niosą różne, choć tylko potencjalnie symetryczne konsekwencje, które chciałbym poruszyć.

Eliminacja sędziego może prowadzić teoretycznie do sytuacji, w której potencjalny uczestnik konkursu może dążyć do wykluczenia znacznej części całego składu sędziowskiego i w ten sposób sparaliżowania prac sądu.Natomiast eliminacja uczestnika może prowadzić do skutecznego uniemożliwienia startowania uczestnikowi w konkursach np. na muzea, bo zawsze tego typu konkursy sędziować będzie ta sama osoba, z którą ten uczestnik jest w konflikcie interesów. Tę funkcję może pełnić przykładowo były pracodawca architekta, który po zmianie miejsca pracy lub formy jej wykonywania chce wystartować w konkursie w terminie krótszym niż 3 lata od zakończenia ich współpracy.) Po kilku latach taki projektant wypada z rynku, bo przedawnią się jego referencje, których nie może nabyć przez barierę dostępu do procedury konkursowej. Eliminacja uczestników powoduje zmniejszenie liczby prac konkursowych i przede wszystkim ogranicza konkurencyjność proponowanych rozwiązań.

Umówmy się, że obie sytuacje są hipotetyczne, ale teoretycznie możliwe. Nie wiem, co determinuje głosy dla nieusuwalności sędziego w przypadku wystąpienia potencjalnego konfliktu interesów pomiędzy nim, a uczestnikiem, ale eliminacje takie zdarzały się niezmiernie rzadko i nigdy nie paraliżowały pracy sądu. Należy zatem przypuszczać, że pod jurysdykcją zapisów obecnej ustawy PZP sytuacja może wyglądać podobnie, a konkursy mogą być zarówno skutecznie organizowane, jak i rozstrzygane. Ewentualny proceder eliminacji uczestników też zapewne nie zdarzałby się zbyt często, ale na pewno skutkowałby mniejszą ilością prac konkursowych. Jednak którąś z opcji należy wybrać. Nie potrzeba jednak podejmować hamletowskich decyzji, gdyż zrobił to już za nas ustawodawca w zapisach obowiązującej od 1 stycznia 2021 r. ustawy PZP. Osobiście uważam, że lepszym rozwiązaniem jest wariant eliminacji sędziego.

Mam nadzieje, że wszyscy widzieli film Amadeusz w reżyserii Milosza Formana z 1984 roku, opowiedziany oczami mniej znanego kompozytora – Antonio Salieriego, który z nieskrywaną zazdrością obserwuje błyskawiczną karierę Mozarta. W jednej ze scen poirytowany po raz kolejny wznosi on oczy ku niebu i mówi mniej więcej tak: „Dlaczego Boże dałeś mi tak mało talentu, że nie tworze takich rzeczy jak Mozart, ale na tyle dużo, bym widział, jak jest to genialne?” I tu właśnie jest sedno problemu. Dużo łatwiej stwierdzić, że coś jest dobrym rozwiązaniem, niż na to rozwiązanie wpaść. Dlatego twórców jest zawsze mniej, a konsumentów czerpiących „radość” z konsumpcji więcej. Łatwiej bowiem stwierdzić, że dana koncepcja jest najlepszym rozwiązaniem, niż ją wymyśleć. Z tego powodu za bardziej cennego uchodzi uczestnik i efekty jego pracy niż sędzia, który palcem pokaże i powie: „Ta jest najlepsza”. Nie zapominajmy też, że sensem konkursu pozostaje wyłonienie wykonawcy najlepszej koncepcji, a nie powoływanie składu sędziowskiego. Każda koncepcja jest pożądana i unikatowa. Sędziego można bez szkody dla wyników konkursu zastąpić, natomiast brak nawet jednej koncepcji lub ograniczenie konkurencyjności może odbić się na całym wydarzeniu negatywnie. W konkursie oceniane są bowiem prace, a nie decyzje sędziego. Prawo architekta do startowania w nim jest ważniejsze niż prawo sędziego do oceniania prac.

Kwestia druga: czy powinno się przekazywać prawa majątkowe do koncepcji konkursowej?

W zasadzie jest to pytanie o to, po co w ogóle organizuje się konkursy? Czy celem jest wyłonienie zespołu, który zrealizuje zwycięski projekt, czy pozyskanie przez zamawiającego koncepcji, którą będzie mógł rozporządzać według własnej woli? Moim zdaniem odpowiedź jest banalnie prosta. Konkurs jest po to, by architekci, którzy przedstawią najlepszą koncepcję, zdobyli zlecenie na kontynuację prac projektowych dla inwestycji będącej celem i konsekwencją rozstrzygnięć konkursu. Przyjęcie założenia, że zamawiający nabywa z automatu prawa majątkowe, nawet za cenę nagrody konkursowej, jest drogą do zatracenia naszego środowiska i pozycji architekta. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie pozycję negocjacyjną zwycięskiego zespołu z zamawiającym, gdy przejmie on prawa majątkowe do koncepcji konkursowej, w tym prawa zależne? Ja nie. Za to potrafię sobie wyobrazić kontrolę Regionalnej Izby Obrachunkowej (RIO), która zadaje zamawiającemu pytanie, dlaczego pomimo posiadania praw autorskich, nie ogłosił on przetargu na wykonanie projektu, ale podpisał ze zwycięskim zespołem umowę. Przecież to niegospodarność, a konkurs jest po to, by zdobyć koncepcję. W mojej wyobraźni nie widzę tego, że przedstawiciele zamawiającego walczą o to, by autor koncepcji realizował swój projekt z narażeniem utraty stanowiska pracy i ryzykiem dyscyplinarnego zwolnienia i zarzutów prokuratorskich. A przecież RIO wykaże z łatwością, że ceny projektów z przetargu są dużo niższe niż te w rozporządzeniu o wycenach, których zamawiający zobowiązany przestrzegać na etapie tworzenia warunków konkursu. Jeśli zgodzimy się na takie kryteria, to już na zawsze zostaniemy „dostawcą koncepcji” i „wizualizacji inwestycji”, oddając pole wykonywania projektu i nadzorowania inwestycji nie-architektom lub podmiotom specjalizującym się w sporządzaniu dokumentacji budowalnej i przeprowadzaniu przez procedury administracyjne.

Realizacja projektu koncepcji konkursowej bez udziału jej autora nie musi być zgodna z jego wolą, ani też wolą sędziów konkursowych. Już widzę projektanta wyłonionego w przetargu „zaprojektuj i wybuduj”, walczącego do upadłego za nieswoją pracę. Oczywiście każdy może decydować, czy chce sprzedać swoje prawa majątkowe do koncepcji i nikt nie może mu tego zabronić. W tym przypadku należy jednak podnieść następny problem: jeśli się na to zgodzimy, to uznajemy de facto dowolne warunki konkursowe, bo zawsze ktoś może powiedzieć, że tak chce. Oznacza to, w konsekwencji, że zarówno IARP, jak i SARP powinny wycofać się ze wszelkich prób obrony jakichkolwiek minimalnych warunków wykonywania zawodu w przypadku konkursów i umów na prace projektowe, stanowiących do nich załącznik, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto godzi się na jeszcze gorsze warunki. Czy naprawdę właśnie tego jako architekci chcemy?

Kwestia trzecia: co mają uprawnienia do udziału w konkursie?

Kto może startować w konkursie realizacyjnym? Czy wystarczy, by jego uczestnik miał uprawnienia architektoniczne, czy też prawo do wykonywania zawodu? Ponieważ konkurs ma się skończyć realizacją inwestycji, prędzej czy później osoba, która wygra konkurs i tak będzie musiała wykazać się spełnieniem wymogów dla prawa wykonywania zawodu. W przypadku Polski warunkiem tym jest członkostwo w Izbie Architektów. Można wyobrazić sobie sytuacje, w której uczestnik konkursu w czasie jego trwania nie należy do IARP, wygrywa konkurs, sporządza projekt i zapisuje się do Izby na jeden dzień, tylko po to, by uzyskać zaświadczenie niezbędne do wniosku o pozwolenie na budowę. Tylko po co promować osoby, które nie chcą ponosić odpowiedzialności prawnej z tytułu wykonywania zawodu zaufania publicznego i zapisują się do IARP tylko w celu zweryfikowania projektu w procedurze administracyjnej lub w trakcie realizacji? Dla kogo mają być konkursy? Przypomina mi to dowcip o Szkocie jadącym w taksówce, która nieszczęśliwie wypadła z zakrętu, a ten lecąc w przepaść, prosi kierowcę o wyłączenie licznika.

Nie zapominajmy również, że przyzwalając na dopuszczenie do udziału w konkursach osób z uprawnieniami architektonicznymi, ale bez przynależności do Izby (i prawa do wykonywania zawodu w Polsce), godzimy się równocześnie na sędziów w podobnej sytuacji, którzy nie wykonują w praktyce zawodu architekta. Czy naprawdę warto oddać nasze doświadczenie i bagaż odpowiedzialności zawodowej w ręce i osąd osób niepraktykujących tego zawodu? Sprawa kwalifikacji jest prostsza, bo ustawa przesądza, że uczestnik powinien mieć „uprawnienie”, tj. prawo wykonywania zawodu. To logiczne, że oceny prac praktyków i zawodowców od realizacji architektury powinni dokonywać również praktycy i zawodowcy od realizacji architektury.

fot. Zolnierek/ Shutterstock

Podsumowanie

Kiedyś znajomy architekt opowiadał mi, że klient poprosił go o projekt tylko jednej kondygnacji, bo resztę miał skopiować sobie sam. Nie obniżajmy wymagań ani w stosunku do siebie, ani w stosunku do innych uczestników procesu inwestycyjnego, bo jakość nie bierze się z powietrza.

Wojciech Gwizdak
Wojciech Gwizdak
Architekt IARP

sekretarz Krajowej Rady Izby Architektów RP, przewodniczący Komisji ds. Mediów i Informacji IARP

reklama

Warto przeczytać