Facebook

Golf? Stresuje, ale uspokaja - rozmowa ze Zbigniewem Reszką

Z:A 82

KATEGORIA: Po godzinach

Między graczami istnieje rodzaj więzi. Dla przykładu w golfie wszyscy są na ty, to taka sportowa demokracja. Poza tym w tej grze nikt nie oszukuje.

Jak to się stało, że zaczął Pan grać w golfa?

Tą grą zainteresowałem się jeszcze w latach 80. w Szwecji, gdzie odwiedzałem krewnych. Były tam piękne tereny zielone, po których mimo deszczu czy nawet śniegu chodzili ludzie. Zaciekawiło mnie, co tam robią. Sam kocham zieleń – a już zwłaszcza zielone przestrzenie – bo to raj dla doznań wzrokowych oraz rekreacyjnych. Postanowiłem więc spróbować. Golf spodobał mi się bardzo, bo jestem człowiekiem z natury nerwowym, a to sport bardzo wymagający, ale relaksujący. Wbrew temu, dodajmy, co myśli moja żona – osoba dla odmiany bardzo spokojna. Według niej gra w golfa jest zajęciem bardzo stresującym. Ja odbieram to inaczej, jednak rozumiem ten punkt widzenia. Pole bywa bardzo trudne. Ma niemal niepowtarzalną rzeźbę terenu, a to może być wręcz zdradliwe dla golfistów. Wydaje się, że jakieś starannie wymierzone uderzenie musi zakończyć się sukcesem, a tu niespodzianka – piłka wychodzi na out lub wpada do wody. Takie zagrania skutkują dodatkowymi uderzeniami – karą. Grając w golfa, człowiek musi cały czas mierzyć się z różnymi wyzwaniami i to jest w tym sporcie najlepsze. Nie bez powodu Marek Michałowski, prezes Polskiego Związku Golfa, powiedział, że w golfie można się zakochać – ale zakochać na śmierć.

Dziś golf jest w Polsce bez wątpienia bardziej popularny niż wtedy, gdy Pan zaczynał.

Na całym świecie gra ponad 120 milionów ludzi. W Stanach Zjednoczonych ok. 30 milionów. W Japonii, zwariowanej na tym punkcie, też jest kilkanaście milionów graczy. W Szwecji władze zachęcają osoby starsze do gry, bo to hartuje i pozwala w bezpieczny sposób rozruszać ciało. Tam pół miliona ludzi gra w golfa. Czechy mają 100 tysięcy golfistów. A w Polsce niestety tylko 6 500 jest zrzeszonych w pzg. W naszym kraju nie było dobrej atmosfery do gry w golfa, ale teraz sytuacja z roku na rok wyraźnie się poprawia. Coraz więcej młodych osób uprawia golf, który też jest sportem bardzo rodzinnym. Dodam, że wielu moich kolegów i niemało sportowców zostawiło tenis na rzecz golfa. W golfie jest coś magnetycznego, wręcz narkotycznego. Kto nie grał, niech spróbuje, bo wiele traci. Tym bardziej że w Polsce stale przybywa pięknych pól golfowych – mamy ich już kilkadziesiąt – a na każdym z nich są trenerzy i ludzie, którzy chętnie pomogą poznać tajniki tego sportu.

Gdzie Pana można spotkać najczęściej?

W Sierra Golf Club pod Wejherowem, a także coraz częściej w klubie golfowym Tokary. Każdy gracz musi należeć do jakiegoś klubu, a ja wybrałem właśnie ten. Oczywiście członkostwo kosztuje, do tego dochodzi opłata roczna na rzecz Polskiego Związku Golfa. Wstęp na pole golfowe, oczywiście po uzyskaniu licencji – tak zwanej zielonej karty – jest każdorazowo płatny, a w weekendy najdroższy. W ostatnich latach międzynarodowa turystyka golfowa bardzo się rozwinęła. Sam jeżdżę do Turcji, Maroka, Portugalii, Hiszpanii oraz na Wyspy Kanaryjskie. W każdym z tych krajów są diametralnie inne pola golfowe. Zawsze organizuję to tak, by lot nie trwał dłużej niż 4 godziny. Wielu graczy jednak podróżuje dalej, do usa, Tajlandii, Wietnamu, rpa czy na Dominikanę. Niektórzy z moich znajomych kupili domy i apartamenty na Półwyspie Iberyjskim. Jest to forma przedłużenia sezonu golfowego na najzimniejszą część roku, gdy w Polsce warunki do uprawiania tego sportu są już trudne.

Zbigniew Reszka zaczął grać w golfa już w latach 80, fot. mat. pras. Lotos

A gdzie poza tym chciałby Pan zagrać?

W Cape Town w Republice Południowej Afryki, u podnóża Góry Stołowej. Po drugie w Crans Montana w górach Szwajcarii, gdzie odbywa się słynny turniej golfowy Omega Masters, oraz w Szkocji, gdzie znajduje się największy kompleks golfowy w Europie – St. Andrews Old Course, powstały już w xvi wieku. To są moje wymarzone destynacje golfowe.

O czym jeszcze Pan marzy?

Tak jak każdy golfista chciałbym, by mój handicap był niższy. I zrobię to! Biorę lekcje, trenuję. Wczoraj, jak wyjechałem na pole przed godziną 9.00, to do domu wróciłem o 17.00. To pozwala odczuć skalę – pokazuje mniej więcej, ile czasu potrzeba na uprawianie tego sportu. Ale to świetnie spędzony czas. Golf daje mi przyjemność przebywania na świeżym powietrzu z miłymi ludźmi. Przebywając na łonie natury, podziwia się też niesamowite widoki. Niekiedy pokazują się też np. bociany, żółwie, sarny, zające, czaple czy węże i krokodyle. Wtedy człowiek koncentruje się na rzeczach całkowicie oderwanych od codzienności. Zaletą tego sportu jest też to, że nawet jak komuś danego dnia gra nie idzie, to poszczególne dobre zagrania rekompensują słabszy wynik odpowiednią dawką satysfakcji. A wracając do pytania – moim marzeniem jest, by mieć więcej czasu na grę.

Czy rodzina dzieli Pańską pasję do golfa?

Trudne pytanie. Rodzina raczej nie przepada za golfem. Raz zabrałem syna, zresztą też architekta, na grę w golfa na Majorkę. Obsługa każdego pola wpuszcza kolejne grupy w pewnych odstępach – to tak zwane flighty. Odstępy są nie tak znowu wielkie, widzi się więc innych graczy. I tak się zdarzyło, że przed nami były cztery dobrze grające panie z Niemiec, osoby w bardzo podeszłym wieku. Po dziewięciu dołkach, a więc w połowie pola – czyli już po ponad dwóch godzinach – syn powiedział, że musi iść do hotelu się napić, bo dostanie zmarszczek. I tak się skończyła jego przygoda z golfem.

Golf jest sportem wymagającym, ale relaksuje fot. mat. pras. Lotos

Syn nie dał się przekonać do golfa, ale inni architekci – owszem.

Czasem ubolewam nad tym, że zostałem architektem, bo przez taki a nie inny zawód nie jestem w stanie grać więcej (śmiech). Runda to minimum pół dnia, 5 czy 7 godzin. W efekcie architekci mogą pograć tylko w weekendy; ewentualnie popołudniami, przez chwilę, jak jest jasno. Niemniej od kilku lat organizowane są dwudniowe ogólnopolskie mistrzostwa architektów w golfie. Impreza odbywa się na przepięknym polu Rosa koło Częstochowy. Organizacją zajmuje się firma M-Active Sport oraz Rosa Private Golf Club, a partnerstwo nad turniejem objęło stowarzyszenie sarp. Atmosfera podczas turnieju jak zawsze jest wspaniała. Nie mogę się już doczekać jego kolejnej odsłony.

Mówiliśmy o tym, że Polacy grywają za granicą. A czy w naszym kraju można spotkać graczy z innych państw?

Tak, oczywiście widuje się na naszych polach wielu graczy, głównie ze Skandynawii, Niemiec oraz Islandii. W południowej części Polski nasze pola golfowe odwiedzają Czesi i Słowacy. Dawniej przyjeżdżało też wielu Rosjan. Turystykę golfową można porównać do turystyki narciarskiej. Pandemia trochę ją osłabiła, ale z czasem pewnie wszystko wróci do normalności.

A czy jest coś, co łączy środowisko golfistów pochodzących z różnych krajów?

Między graczami istnieje rodzaj więzi. Dla przykładu w golfie wszyscy są na ty, to taka etykieta golfowa. Poza tym w tej grze nikt nie oszukuje. No niektórzy pewnie próbują, ale to margines. Jeżeli np. cztery osoby grają razem w golfa, to wymienia się między sobą karty z nanoszoną punktacją i weryfikuje wzajemnie wyniki. To jest w golfie rzecz bardzo ważna, gdyż błędy w zapisie karty grożą dyskwalifikacją na turniejach golfowych. Ewentualne wątpliwości w liczeniu uderzeń i sytuacjach na polu zgłasza się do sędziego – Marschalla. Poza tym zasady golfa poza tym określają, za co dostaje się punkty „karne”. Dla przykładu zagubienie piłki to dodatkowy punkt, uderzenie piłeczką innego gracza – dwa. Wszystko spisane jest w książeczce reguł golfa.

Zasady są skomplikowane?

Są dość szczegółowe, ale logiczne. Trzeba je poznać, aby uzyskać Zieloną Kartę, czyli przepustkę na pole golfowe; to tak zwane golfowe prawo jazdy. Rzecz w tym, że reguły określają nie tylko sposób punktacji – również opisują etykę i kulturę gry, choćby sposób naprawiania trawy. Poza tym wiele mówią o bezpieczeństwie. I tak naprawdę dlatego Zielona Karta jest niezbędna do wejścia na pole golfowe, bo bez znajomości zasad można sobie zrobić krzywdę. I mimo to zdarzają się wypadki śmiertelne. Proszę sobie wyobrazić, że gdy uderza amator, piłka leci np. na 200 metrów, a gdy profesjonalista to nawet ponad 300 metrów. W wypadku uderzeń niecelnych należy krzyknąć „Fore!” i wskazać ręką kierunek. To pozwala chronić widzów czy stojących dalej graczy przed ewentualną kontuzją.

ktualny handicap Zbigniewa Reszki to 27, fot. mat. pras. Lotos

Skoro o terminologii golfowej mowa – wcześniej użył pan słowa „handicap”. Co to znaczy?

Każdy gracz, i profesjonalista, i amator, ma handicap, czyli pewnego rodzaju zaszeregowanie. W naszym kraju prowadzi go Polski Związek Golfa. Im kto ma większą praktykę i wyższe umiejętności, tym niższy handicap. Mój aktualny handicap to 27. Kiedyś miałem 19, ale po zmianach swingu, czyli ruchu kijem, „na lepsze” mój handicap wzrósł. Ta klasyfikacja oznacza, że gdybym na polu golfowym grał z golfistą o handicapie 15, to mam w stosunku do niego fory na 12 punktów – tzw. bonus. Układ handicapowy pozwala na to, by wszyscy zawodnicy mieli równe szanse. Zdarza się więc, i to nierzadko, wygrana teoretycznie słabszego golfisty z lepszym, który np. ma akurat gorszy dzień. Oczywiście mowa o amatorskiej grze w golfa, a nie profesjonalnej.

Jak wygląda sama gra?

Najpierw musi być rozgrzewka – pół godziny specjalnej gimnastyki dla golfistów. Mamy w końcu 120 mięśni odpowiedzialnych za swing. Z drugiej strony nie można pójść nierozgrzanym, bo wtedy łatwo byłoby zrobić sobie krzywdę. Żeby się rozgrzać, uderza się wszystkimi kijami. Służy do tego tzw. driving range, czyli miejsce przeznaczone do uderzeń ćwiczebnych. Na samym polu golfowym spędza się, jak mówiłem, około 4, 5 godzin, grając 18 dołków. Nie wliczam do tego przygotowania się, a później pakowania – po ok. 15 minut każde. Ponieważ runda oznacza przejście po polu ok. 10 kilometrów, często bierze się wózki pchane, elektryczne, a w trudniejszych sytuacjach wózki buggy, czyli meleksy. W ciężkich sytuacjach gracze na polach górzystych korzystają z nich, by przyspieszyć grę. Z buggy korzysta się też na zawodach, ale wyłącznie amatorskich – w golfie profesjonalnym jest to zabronione.

Z perspektywy laika prócz meleksów ikonicznym elementem golfa są stroje do gry.

Co do strojów, najważniejsza zasada to ta, że na golfa nie ma nigdy złej pogody, bywają jedynie źle ubrani golfiści. Czy pada, czy wieje tak, że głowę urywa – gramy w golfa. Z pola schodzi się tylko w razie burzy albo naprawdę potężnej ulewy. Stroje graczy często cechuje rodzaj sportowej elegancji. Osoba w dżinsach czy w t-shirt rzeczywiście nie zostanie wpuszczona na pole. Ubrania golfowe wykonane są z materiałów o bardzo dobrej jakości, posiadające warstwy oddychające. Gra się przecież na otwartym, wietrznym terenie, gdzie warunki się zmieniają, stad też trzeba być przygotowanym na wszystkie ewentualności. Poza tym ważne jest nakrycie głowy, a na odsłoniętą skórę trzeba nałożyć krem z filtrem uv. Z ciekawostek – w golfie nosi się rękawiczki, ale każdy gracz tylko jedną, lewą. Bo to lewa ręka jest odpowiedzialna za uderzenie. Jedną z podstaw gry w golfa są stabilne, wodoodporne buty. Muszą mieć tak zwane kolce albo specjalnie wyprofilowaną podeszwę pozwalającą utrzymać stabilność w czasie swingu. Raz zdarzyło mi się zapomnieć własnych butów, ale kolega architekt pożyczył mi swoje – półtora numeru za małe. Założyłem cienkie skarpetki i mimo to męczyłem się strasznie. W czasie gry idzie się przecież dobrych parę kilometrów w górę i w dół, a poza tym dla celności uderzenia kluczową sprawą jest stabilność. Dodam, że odzież golfową, z uwagi na jej jakość oraz elegancję, często wykorzystuje się też w życiu codziennym.

A jak wyglądają turnieje?

Co roku odbywają się cztery turnieje golfowe; trzy amerykańskie – Masters, us Open, us pga Championship – oraz jedyny w Anglii – The Open. Ten ostatni rozgrywany jest już od 150 lat. Każdy turniej trwa cztery dni. Po dwóch dniach następuje „cut” – eliminacja graczy ze słabszymi wynikami. Przy czym nawet najlepsi potrafią nie przejść cuta. Trzeciego dnia jest „moving day”. Tu już zawodnicy otrzymują nagrody pieniężne; oficjalne komunikaty informują o tym, jakie. Ale też, jak w każdym sporcie, lwia część wygranej idzie na pokrycie kosztów przygotowania. Czwartego dnia odbywa się runda finałowa. W Polsce turnieje amatorskie z reguły są trzy-, dwu- lub jednodniowe, w tych trzydniowych obowiązuje również reguła „cut”.

W Polsce jest coraz więcej dobrych pół golfowych., fot. mat. pras. Lotos

Można Pana zobaczyć wśród widzów tych turniejów?

Miałem szczęście oglądać na żywo turniej The Open w Anglii. Na trybunach spotkałem kilku znajomych golfistów z Polski. Wokół tłumy oglądających, około 50 tysięcy, a wszystko zorganizowane perfekcyjnie. Spokój. Cisza. Oklaski dopiero, jak ktoś naprawdę dobrze zagra. A widzowie z całego świata, istna wieża Babel. Oczywiście tam grają tylko zawodowcy i wielu świetnym zawodnikom też ciężko się tam dostać. pga to najwyższa liga amerykańska, a Europeantour – europejska. W tej ostatniej od dwóch lat gra najlepszy polski golfista – Adrian Meronk, z którym miałem przyjemność grać w turnieju pro-am w Sobieniach Królewskich. Różnica między nami – galaktyczna, ale właśnie to wyróżnia golf, że można grać z najlepszymi. To prawdziwy profesjonalista. Z innych sław światowego golfa spotkałem się z Eddie’m Pepperellem czy z Dannym Willettem, który jako jeden z bardzo nielicznych Europejczyków wygrał w turnieju wielkoszlemowym The Masters i zdobył Zieloną Marynarkę. Na eventach sportowych związanych z golfem miałem też przyjemność poznać osobiście jednego z najwybitniejszych graczy w historii golfa – Sir Nicka Faldo – obecnie komentatora na turniejach pga, a także jednego z najznakomitszych amerykańskich golfistów – Toma Watsona. A co do samych turniejów jeszcze – największym wydarzeniem golfowym, odbywającym się co dwa lata, jest The Ryder Cup, gdzie przez trzy dni grają przeciwko sobie drużyny najlepszych golfistów Europy i usa. Zawody te rozgrywane są na zmianę w Europie i w usa. To jedno z najbardziej ekscytujących i najbardziej widowiskowych wydarzeń golfowych na świecie, oglądanych na żywo przez kilkaset tysięcy widzów. Zwycięzca nie otrzymuje nagrody finansowej, tylko przechodni puchar Rydera. Miałem przyjemność oglądać The Ryder Cup w 2014 roku w Szkocji. Na polu Gleneagles turniej wygrała wtedy Europa.

W Pańskich opowieściach o golfie nie brakuje zabawnych anegdot. Czy nasuwają się Panu jeszcze inne golfowe humoreski?

Wiele takich historyjek jest śmiesznych głównie dla golfistów, bo żeby odczytać ich komizm, trzeba znać reguły gry. Ale kilka przytoczę. Pewnego razu zadzwonił do mnie znany trójmiejski architekt. Powiedział, że znalazł sympatyczny hotel przy polu golfowym, którego jeszcze żaden z nas nie znał, i jedzie tam z rodziną. Ponieważ często gramy razem, zaproponował bym do niego dołączył. Niestety inne zajęcia zatrzymały mnie w domu. Gdy zadzwoniłem, żeby zapytać o wrażenia, okazało się, że wrócił stamtąd wściekły. Dlaczego? Noclegi rezerwował na szybko, nie przeczytał uważnie. I dopiero na miejscu okazało się, że hotel miał pole, ale do minigolfa. Najbliższe profesjonalne pole było 48 kilometrów dalej a on targał cały sprzęt w specjalnej, dużej torbie na drugi kraniec Europy.

Zawodnicy robią sobie też czasem żarty. Opowiadano mi kiedyś – bo niestety nie widziałem tego na własne oczy – że jednemu z graczy zamiast normalnej piłeczki podano specjalnie spreparowaną – hukową. Gdy ten człowiek uderzył w nią kijem, rozległ się ogromny huk! Poza tym komizm często wynika z przebiegu gry. Niejednokrotnie zdarza się, że piłeczka zawiśnie na drzewie. W rundzie to dwa punkty karne – dużo! Nikt nie próbuje jej strząsać, natomiast nieraz golfiści uderzają... z drzew! Trudną sytuacją jest gdy piłeczka wpadła do wody, ale bardzo blisko brzegu. Często gracze decyduje się zdjąć buty, podciągnąć spodnie i wybić piłkę z wody.

Na koniec jeszcze jedna opowiastka, tym razem z mojego własnego życia. Byłem uczestnikiem Międzynarodowego Kongresu Architektury uia w Tokio. Korzystając z okazji, wybrałem się do sklepu golfowego, gdzie kupiłem dosyć drogie japońskie kije. Ponieważ byłem pierwszym Polakiem w tamtejszym pro-shopie, zostałem uroczyście powitany, a dodatkowo dostałem świetną cenę na sprzęt. Ale skoro Japonia nie należy do strefy Schengen, musiałbym zapłacić dodatkowo cło. Postanowiłem więc rozdzielić kije. Część chciałem dać do przewiezienia pewnemu znanemu architektowi z Warszawy, w ostatniej chwili jednak powierzyłem je innemu, równie wybitnemu koledze z Lublina. Warszawiak otrzymał na przechowanie tylko pokrowiec. I to był strzał w dziesiątkę. Bo właśnie on został wybrany losowo na kontrolę osobistą.

Na koniec chciałbym zaprosić koleżanki i kolegów architektów, żeby spróbowali zapoznać się z tym pięknym sportem. Gwarantuje, że zapomnicie o wszystkich problemach związanych z naszym zawodem. Do zobaczenia na polu.

Dziękuję za rozmowę. •

Paweł Kaliński
Paweł Kaliński

Redaktor prowadzący serwisu wnętrzarskiego Urzadzamy.pl oraz stały współpracownik miesięczników „M jak Mieszkanie” i „Dobre Wnętrze”. Ceni design rozumiany jako praktyczna funkcja w pięknej formie. Lubi stare meble i nowe dodatki, malarstwo dawne i modne kolory, tradycyjne rzemiosło, szlachetne materiały, ceramikę z różnych epok oraz tkaniny o wyrazistych splotach.

reklama

Warto przeczytać