Facebook

Element powtarzalny

Z:A 75

KATEGORIA: Standardy

Początek studiów to jedno z pierwszych spotkań z architekturą, którego ślad świadomie lub podświadomie pozostaje w umyśle na wiele lat i przekłada się później na wiele doświadczeń projektowych. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim zrozumiałem, gdzie tkwi istota elementu powtarzalnego.

Dzisiejsze czasy – w tym nasze działania zawodowe – przebiegające w coraz szybszym tempie nie skłaniają do wspomnień czy refleksji, jednak niekiedy pod wpływem jakichś okoliczności zewnętrznych wracają do nas całkiem odległe już zdarzenia. Nie tak dawno temu, jeszcze przed epidemią, kiedy funkcjonowały wyższe uczelnie, oglądając prace studentów pierwszego roku na jednym z polskich wydziałów architektury (poza Śląskiem), przeżyłem swoiste déjà vu. Przypomniałem sobie, i to bardzo wyraźnie, początki mojej edukacji architektonicznej sprzed ponad 45 lat.

Ornamenty przeszłości

Na pierwszym roku studiów na początku lat 70. zajęcia z podstaw projektowania rozpoczynało ćwiczenie polegające na zakomponowaniu kwadratowej płaszczyzny graficznym elementem powtarzalnym. Prace, całkiem słusznie, były tym wyżej oceniane, im bardziej uniwersalna była jego konfiguracja. Ćwiczenie, jak i wszystkie następne, rozpoczęte zostało bez jakichkolwiek wyjaśnień czy podstaw teoretycznych. Jedyną wskazówką w trakcie jego wykonywania były enigmatyczne korekty asystentów, odwołujące się bardziej do intuicji studentów niż jakichkolwiek zasad organizujących kompozycję. Nie to jednak jest po latach zastanawiające, a fakt, że było to absolutnie pierwsze zetknięcie się zupełnych przecież nuworyszy zawodu z problemami architektury.

Z perspektywy czasu dostrzegam, że było to klasyczne ćwiczenie z podstaw ornamentu, czyli zagadnienia tak starego jak sama architektura. Istnieje wiele prac teoretycznych dotyczących konstrukcji tego elementu, o których istnieniu dowiedziałem się znacznie później, jak monografia The Grammar of Ornament Owena Jonesa z 1856 roku czy monumentalna praca Nikołaja Fiodorowicza Lorentza pt. Ornamient wsiech wriemion i stilej z 1898 roku, klasyfikujące typologie i kręgi kulturowe ornamentyki. Ponieważ od czasu modernizmu, a w zasadzie od nieco wcześniejszego manifestacyjnego tekstu Adolfa Loosa Ornament i zbrodnia z roku 1913, ornament – mimo że w architekturze w oczywisty sposób dalej eksplorowany – był zdecydowanie passé, ćwiczenie nazwano kompozycją z użyciem elementu powtarzalnego. Problem polegał jednak na tym, że modernizm nie tyle odrzucił klasyczne zasady kompozycji, ile radykalnie je odświeżył i na nowo zdefiniował, bynajmniej nie negował klasycznych zasad. Podobne zabiegi zastosowano przy kolejnych ćwiczeniach, w których zagadnienia rytmu nazwano kompozycją paskową czy też krzywoliniową. Następnym krokiem było przeniesienie tych ćwiczeń w układy przestrzenne. Wszystkie one były bardziej zbliżone do intuicyjnej sztuki gestu niż nauczania podstaw kompozycji. Trwały dwa semestry, jednak w ich trakcie nigdy nie wspomniano o tym, że istnieją podstawy teoretyczne tych zagadnień. Pominięto także fundamentalne pozycje: O budowie formy architektonicznej Juliusza Żórawskiego i przedwojenną pracę Budowa ornamentu i harmonia barw Karola Homolacsa.

Nie byłoby nic interesującego w tych wspomnieniach, gdyby nie fakt, że na wymienionej wystawie prac studenckich – ku mojemu zdziwieniu – zobaczyłem dzieła moje oraz moich koleżanek i kolegów sprzed 45 lat. Jednak bliższe spojrzenie wskazało pewną intrygująca niezgodność. Podpisy ujawniły, że nie są to nasze odkurzone ćwiczenia sprzed lat, lecz zupełnie świeże prace obecnych studentów. W jakimś stopniu wystawa ta zachwiała moją wiarę w klasyczną tezę Heraklita z Efezu, że nie sposób wstąpić ponownie do tej samej rzeki, choć pojawiła się refleksja, że w tym przypadku to nie rzeka, a staw, w którym wielokrotnie można zażywać kąpieli w tej samej wodzie.

System i konstrukcja

Zagłębiając się dalej we wspomnienia z edukacji architektonicznej, przypomniałem sobie inne ćwiczenia, tym razem z projektowania obiektów mieszkaniowych i usługowych. Na pierwszych zajęciach prowadzący zazwyczaj rozdawali wykazy i zestawienia powierzchni oraz mniej lub bardziej abstrakcyjną lokalizację, a następnie przez cały semestr dokonywali korekt naszych trochę nieporadnych prób rozmieszczenia i powiązania poszczególnych elementów programu na rzutach, wyrysowywanych pracowicie rapidografami na kalkach. Przez cały ten czas nie pojawiło się jednak pytanie o to, jakie rzeczywiste problemy postawiono przed studentami do rozwiązania.

Z tych zajęć wyniosłem – a podejrzewam, że wielu pozostałych studentów również – że istota projektowania polega na natychmiastowej gotowości do poprawnej, lecz bezkrytycznej, dystrybucji zadanego z góry programu, głównie na poziomie rzutów, a następnie na dopasowaniu, mniej lub bardziej intuicyjnie, dobranej fasady oraz że można w architekturze udzielać odpowiedzi bez postawienia właściwych pytań. Obecnie dodatkowo pojawił się i pogłębił problem związany z liczbą studentów przypadających na jednego prowadzącego zajęcia, co znacznie utrudnia indywidualną pracę.

Wiele lat musiało upłynąć od ukończenia studiów i potrzeba było mnóstwo doświadczeń projektowych, abym zrozumiał, że istota procesu projektowego tkwi nie w sprawnym rozwiązywaniu zadanego programu, lecz w umiejętności permanentnego analizowania, pytania i syntezy.

Co ciekawe, na Politechnice Śląskiej już w czasie moich studiów powstawały bardzo ciekawe prace dotyczące teorii i metodologii projektowania. Całkiem niedawno, przygotowując na jednej z uczelni cykl wykładów poświęconych podstawom projektowania, studiowałem opracowania na ten temat i natknąłem się na fundamentalną wręcz pracę, dotyczącą istoty tego zagadnienia, pt. System i konstrukcja. Jej autorem jest, nieżyjący już od dawna, słynny i znakomity inżynier z mojej macierzystej uczelni – prof. Janusz Dietrych, nauczający – co ciekawe – na Wydziale Mechanicznym. Intrygujące, że praca ta nie była rozpowszechniana i do dzisiaj jest mało znana na wydziałach architektury. Być może to właśnie ona i znany aforyzm profesora – „Żeby być dobrym inżynierem, nie można być tylko inżynierem” – który chciałoby się trawestować na: „Żeby być dobrym architektem, nie można być tylko architektem”, a nie element powtarzalny, powinny być wstępem do projektowania.

Ten początkowy wprawdzie, lecz niesłychanie istotny sposób nauczania – gdyż trudno go nazwać metodą – przekazywany na uczelniach z pokolenia na pokolenie, nie uległ do dzisiaj zasadniczej zmianie. Ten etap jest tak ważny, dlatego że to pierwsze spotkanie z architekturą, którego ślad świadomie lub podświadomie pozostaje w umyśle na wiele następnych lat i przełoży się na wiele doświadczeń projektowych. Powielanie przez dziesięciolecia sprawdzonych metod dydaktycznych nie powinno budzić zastrzeżeń i nie ma sensu ich częściowa lub radykalna zmiana, jeżeli przynoszą dobre efekty. Niepokój budzi jednak fakt, że pomimo upływu prawie połowy wieku, tak niewiele zmieniło się w tym obszarze. Żyjemy wszak w zupełnie innej rzeczywistości, inna jest mentalność społeczeństw, dzięki internetowi mamy dostęp do informacji, całkowicie zmieniły się technologie, w tym narzędzia naszej pracy, oraz pojawiły się nieograniczone wręcz możliwości wymiany intelektualnej. Bardzo istotne jest permanentnie używane, a czasami nadużywane, pojęcie „innowacyjność”. Warto pamiętać, że nie polega ona na ciągłym generowaniu pomysłów, lecz u jej podstaw leżą zawsze analiza stanu istniejącego i postawienie właściwych pytań.

Szklane sufity, szklane domy

Zupełnie odmiennie prowadzeni są adepci architektury na uczelniach w Europie Zachodniej. Niewątpliwie kosztem przygotowania rzemieślniczego, sprawności obsługi komputerów i umiejętności generowania efektownych wizualizacji, poprzez długie dyskusje, prace analityczne i studialne, werbalizowanie problemów czy konstruowanie ideogramów uczy się studentów identyfikacji problemów, syntezy intelektualnej, eksplorowania nowych możliwości, zamiast standardowego, powierzchownego i szybkiego rozwiązywania zadań projektowych. Panuje wprawdzie częściowo uzasadniony, powszechny pogląd o dobrym poziomie wykształcenia absolwentów polskich uczelni architektonicznych, potwierdzony łatwością znalezienia przez nich pracy w zachodnich biurach i pracowniach projektowych, jednak cenieni są oni bardziej za sprawność warsztatową i komputerową niż za kreatywność i dość szybko doświadczają syndromu szklanego sufitu.

Prawdziwą weryfikacją nauczania architektury i urbanistyki nie są ani osiągnięcia i sukcesy w krajowych czy międzynarodowych konkursach studenckich, ani statystyczne zestawienia ocen i programów. Następuje ona na zupełnie innym poziomie. Jest nią jakość przestrzeni danego kraju, w dużej mierze kształtowana przez kolejne rzesze absolwentów rodzimych wydziałów architektury. W tym aspekcie można mieć już uzasadnione wątpliwości, co do jakości naszej edukacji. Nie można wykluczyć – choć taka teza wydaje się być nazbyt ryzykowna i może wzbudzać zarówno kontrowersje, jak i oburzenie – że tak jak różny jest sposób nauczania w Polsce i w krajach zachodniej Europy, tak różny jest obraz ich przestrzeni.

W profesjonalnej działalności brak krytycznego spojrzenia i dogłębnych analiz skutkują trudnościami w określaniu istoty problemu, a architekci balansują w intelektualnej próżni, posiłkują się przebrzmiałymi modami, odpowiadają jedynie w pragmatyczny sposób na bieżące zamówienia, nie przekraczają kryterium poprawności, a bardzo często ocierają się o banał. Podobny syndrom dość powszechnie występuje w naszych konkursach, w których wymaga się odpowiedzi uczestników na nie do końca przemyślany w warunkach konkursu problem.

Wydaje się, że rodzima twórczość architektoniczna utknęła w klientystycznych postawach, w złym tego słowa znaczeniu, a autorytet nauczycieli akademickich przejęli inwestorzy, traktowani jak nieomylna wyrocznia dla rzeszy powtarzalnych projektantów. Być może ta wyniesiona ze studiów gotowość udzielania natychmiastowej bezrefleksyjnej odpowiedzi na niezadane lub źle zadane pytania, od skali MPZP do skali domków jednorodzinnych, jest jedną z nie do końca uświadomionych przyczyn niskiej jakości naszej przestrzeni.

 

 

Piotr Średniawa
Piotr Średniawa
Architekt IARP

przewodniczący Rady Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP, członek Miejskiej Komisji Architektoniczno-Urbanistycznej w Katowicach, wraz z Barbarą Średniawą prowadzi Biuro Studiów i Projektów Architekt

reklama

Warto przeczytać