Facebook

Ciesy granie, ciesy budowanie

Z:A 79

KATEGORIA: Po godzinach

„Treścią tańca góralskiego są zaloty – czym przede wszystkim zachwycił się Szymanowski – i tego nie można zagubić. Ja także, znając podstawowe zasady muzyki góralskiej, tańca, śpiewu, staram się w swojej twórczości te cechy zachowywać, by nie zatracić tradycyjnego stylu”. arch. Krzysztof Trebunia-Tutka

Skąd się wzięła w Pańskim życiu i muzyka, i architektura?

Od najmłodszych lat towarzyszyła mi muzyka góralska grana na żywo przez ojca i innych muzykantów – krewnych czy sąsiadów. Ważnym wspomnieniem jest dla mnie także zapach farb. Cały nasz drewniany góralski dom był pracownią malarską taty. Artystyczna atmosfera domu na pewno na mnie oddziaływała, tym bardziej że również mama – choć związana z medycyną – bardzo wspierała moje zainteresowania plastyczne i muzyczne. Nie chciałem jednak zostać malarzem, tym bardziej, że od zawsze porównywano mnie z ojcem – pytali mnie, czy maluję już tak jak tato (śmiech). Wolałem budować na podwórku konstrukcje z kamieni i drewna. Tak szukałem swojego świata.

I sprawy szły bardziej w stronę architektury niż muzyki?

Dawniej Górale uważali, że muzyka to sprawa lekka, rozrywka, co najwyżej pasja, ale na pewno nie poważna profesja. Stopniowo więc – wybierając szkołę średnią, a potem myśląc o studiach – kierowałem się ku poważnemu zawodowi, jakim jest architektura. Po szkole podstawowej poszedłem do ówczesnego Technikum Budownictwa Regionalnego, które tak jak liceum plastyczne im. Antoniego Kenara wyrosło ze szkoły snycerskiej, założonej jeszcze w 1876 roku przez Towarzystwo Tatrzańskie. W tym wyjątkowym technikum, oprócz standardowych przedmiotów zawodowych mieliśmy zajęcia praktyczne w kuźni czy stolarni. Robiliśmy modele ciesielskie. Inwentaryzowaliśmy szałasy. Uczyliśmy się o stylu zakopiańskim. To jeszcze bardziej zbliżyło mnie do zrozumienia specyfiki naszej architektury.

Muzyka w tym czasie w Pańskim życiu zamilkła?

Przeciwnie. Towarzyszyła tym zajęciom m.in. za sprawą szkolnego zespołu „Budorze” – to gwarowe określenie cieśli. Poznałem tam Tadeusza Gąsienicę-Giewonta, Władysława Gąsienicę-Brzegę, Bolesława Karpiela-Bułeckę (ojca znanych muzyków Sebastiana i Jana). Od tych trzech mistrzów paradoksalnie potrafiłem się nauczyć więcej niż od swego taty, który był jednym z najwybitniejszych skrzypków w historii Podhala. Jego muzyka była tak trudna, że choć miałem ją na żywo na co dzień, nie byłem w stanie od razu jej naśladować. Z drugiej strony to tata zabierał mnie jako kilkunastoletniego chłopaka na chrzciny, wesela, pogrzeby i wieczornice, gdzie rozbrzmiewała muzyka góralska. W ten naturalny sposób mogłem poznawać tradycję regionu.

Krzysztof Trebunia- -Tutka czerpie z najpiękniejszych tradycji Podhala fot. Marcin Kin

I tak zamiłowania przeszły z ojca na syna.

Tata grał nie tylko na skrzypcach, ale też na instrumentach pasterskich, m.in. na podhalańskich dudach, czyli kozie podhalańskiej. Nieprzypadkowo, bo jego dziadkiem ze strony matki był Stanisław Budz-Lepsiok „Mróz”, słynny baca i najsłynniejszy dudziarz, ikona muzyki góralskiej z przełomu XIX i XX wieku oraz okresu międzywojennego. Grywał Szymanowskiemu, występował z Bartusiem Obrochtą, należał do pierwszych górali, którzy wyjeżdżali z muzyką góralską daleko poza Podhale. Dzięki imponującej posturze oraz oczywiście nietuzinkowemu instrumentowi zawsze wzbudzał wielkie zainteresowanie. W 1925 roku koncertował nawet na Wystawie Światowej w Paryżu. Wiele o nim słyszałem, a dzięki portretom pędzla mojego ojca wiedziałem też, jak wyglądał jego dziadek. Czułem rodzaj powinności, by utrwalić pamięć pradziadka, ale też, by w jakiś sposób kontynuować wszystkie te wielowątkowe tradycje rodzinne. Przede wszystkim jednak, skoro wszyscy mężczyźni w rodzie grali, to ja też chciałem to robić. Wtedy bardziej pociągała mnie gitara i planowałam założyć zespół rockowy, jednak muzyka tradycyjna wygrała. Szkołę muzyczną skończyłem z dyplomem z gry na skrzypcach i na trąbce.

Mimo tego po Technikum Budownictwa Regionalnego przyszedł czas na Politechnikę Krakowską.

Po studiach na Wydziale Architektury, które bardzo dobrze wspominam, rozpocząłem pracę w pracowni projektowej w willi „Stara Polana” w Zakopanem. W tym samym budynku mieściła się pracownia architektury regionalnej Politechniki Krakowskiej. Spotkałem tam kolegów, którzy także grali. Bywały dni, że w pracowni więcej muzykowaliśmy niż rysowaliśmy (śmiech). Ta pasja nieraz zwyciężała nad obowiązkami projektowymi.

Również teraz jest Pan czynnym architektem, ale sławę dała Panu muzyka. Jak to się zaczęło?

Przełom w naszym rodzinnym muzykowaniu nastąpił w 1991 roku, kiedy kapela rodzinna mojego taty, w której wtedy grałem, otrzymała Nagrodę Główną „Basztę” na najbardziej liczącym się festiwalu muzyki ludowej w Kazimierzu nad Wisłą. Wtedy też poznaliśmy dziennikarza radiowego i producenta Włodzimierza Kleszcza. Zaproponował nam spotkanie z jamajskim zespołem Twinkle Brothers, gwiazdą reggae. Jako młody człowiek żądny przygód i nowych doświadczeń zareagowałem entuzjastycznie. Namawiałem tatę do wzięcia udziału w próbach, które miały się zakończyć nagraniem płyty i ewentualnymi koncertami. W listopadzie Jamajczycy przylecieli do Polski. Spontaniczne muzykowanie pokazało, że reggae i muzyka góralska dobrze się dopełniają. Po kilku miesiącach ukazała się płyta, wydana w Londynie, dzięki czemu została dostrzeżona przez zagranicznych krytyków. Taka była idea Włodzimierza Kleszcza, aby polską muzykę niejako przemycić na Zachód za sprawą reggae, a zarazem, by „po gombrowiczowsku” ta muzyka dotarła przez Zachód do Polaków. Pokazać nam samym, że nie musimy naśladować zagranicy – możemy czerpać z własnych korzeni. Działać na niwie muzycznej tak jak w architekturze tworzył Stanisław Witkiewicz, który na bazie budownictwa tradycyjnego wykreował autorski styl zakopiański.

Kapela Krzysztofa Trebuni-Tutki „ŚLEBODA” z Tymonem Tymańskim fot. Anita Rysiewska

Eksperyment polsko-jamajski udał się doskonale.

Do dziś koncertujemy w wielu krajach Europy. Ostatnio szyki pomieszała nam pandemia, ale mam nadzieję, że wrócimy do wspólnego koncertowania. Tak czy inaczej ta przyjaźń góralsko-jamajska na pewno wiele zmieniła w polskiej muzyce. W latach 90. XX wieku nastąpił prawdziwy wysyp grup w różny sposób czerpiących z tradycji. Założony przeze mnie w 1994 roku profesjonalny zespół Trebunie-Tutki był też pierwszą polską grupą, która odniosła sukces na World Music Charts Europe. Później przyszedł czas na kolejne fuzje muzyczne. Najnowsza to ta z gruzińskim kwintetem Urmuli. Płyta „Duch gór” została doceniona na listach na całym świecie, a grana była w radiu niemal we wszystkich krajach Europy, w Ameryce i Australii, koncertowaliśmy w pięknych salach i plenerach w całej Polsce. Po unormowaniu sytuacji pandemicznej mamy nadzieję na kolejne spotkania z naszymi braćmi z Gruzji.

Międzykulturowe muzyczne spotkania bardzo nas inspirowały, a także utwierdzały w przekonaniu, że nasza tradycja jest piękna, oryginalna i ważna, ma wszelkie dane ku temu, aby czerpiąc z niej, stale tworzyć coś nowego, współczesnego. Muzyka Podhala jest częścią muzyki Karpat, warto to podkreślać i inspirować się naszymi sąsiadami zza Tatr.

I tą kreacją jest Nowa Muzyka Góralska?

Tak, ale nie tylko. Prowadziłem kilka kapel o różnych profilach, również grających muzykę tradycyjną, m.in. Kapelę Karpacką „Śleboda”. Trebunie-Tutki to zespół uniwersalny, znany fanom muzyki świata w Europie z fuzji międzykulturowych, który wykonuje też muzykę wszystkich regionów górskich w Polsce. Jednocześnie współpracujemy ze szkołami muzycznymi, chórami i orkiestrami, by przełamać barierę, która narosła w II poł. XX wieku między muzyką tradycyjną a muzyką klasyczną. Wcześniej kompozytorzy chętniej czerpali z tych źródeł, dość przywołać balet „Harnasie” Szymanowskiego oparty na folklorze Skalnego Podhala, a z późniejszego okresu utwory Kilara, Góreckiego i innych. Muzyka góralska jest tak bogata i tak ciekawa, że z powodzeniem może dostarczyć inspiracji także twórcom współczesnym. Ja też, na swoją miarę, staram się iść tą ścieżką. Komponuję własne małe utwory; kiedyś nazwałem je Nową Muzyką Góralską. Nie chcę nią jednak zastępować starej muzyki góralskiej, ale stare nuty – czyli w naszej gwarze melodie – a zwłaszcza charakterystyczny dla nich styl wykonawczy są inspiracją dla moich kompozycji. Jako człowiek, który nie legitymuje się dyplomem akademii muzycznej, byłem zaszczycony, gdy moje utwory w znakomitej orkiestracji i opracowaniu na chór autorstwa Bartłomieja Gliniaka, jako „Legenda Tatr” były prezentowane przez zespół Trebunie-Tutki z Orkiestrą Filharmonii Łódzkiej, a później Filharmonii Szczecińskiej. Takie momenty przypominają mi, jak wielki potencjał wciąż tkwi w muzyce góralskiej. A na co dzień wystarcza mi kameralne muzykowanie we własnym domu, z rodziną albo u przyjaciół.

Niedawno miał Pan też wielki moment w Operze Wrocławskiej – opracowanie choreograficzne „Tańców góralskich” do nowej inscenizacji opery „Halka”.

To było wyjątkowe wyzwanie. O Moniuszce ktoś napisał, że jako uznany ojciec polskiej opery narodowej wymyślił, jak mogłaby brzmieć muzyka góralska. Podobno nie miał okazji jej usłyszeć… Myślę, że wiele w tym prawdy. „Tańce góralskie” nie odnoszą się do muzyki żadnego z polskich regionów górskich. Brzmią bardzo „nizinnie”, drobne elementy muzyki góralskiej mają tylko w liniach melodycznych. Przede wszystkim jednak ich rytm jest zupełnie niegóralski. Respektując tempa, które wskazał kompozytor, trudno stworzyć do nich choreografię, która nie byłaby karykaturą tańca góralskiego – a tego nie tylko wstydziłbym się przed Góralami, ale przede wszystkim przed samym sobą, bo właśnie karykatura jest granicą wszelkich moich eksperymentów i opracowań muzyki góralskiej. Wiele razy byłem świadkiem, jak ojciec wskazywał na nietrafne stylizacje taneczne w wykonaniu największych polskich zespołów. Po latach ich dyrektorzy najwidoczniej to zrozumieli, bo zaczęli zapraszać mistrzów tańca góralskiego, by ci konsultowali ruch sceniczny lub wręcz uczyli tancerzy kroków oraz postaw, i dopiero z tych elementów choreografowie budowali całe widowiska. Treścią tańca góralskiego są zaloty – czym przede wszystkim zachwycił się Szymanowski – i tego nie można zagubić. Ja także, znając podstawowe zasady muzyki góralskiej, tańca, śpiewu, staram się w swojej twórczości te cechy zachowywać, by nie zatracić tradycyjnego stylu.

Trebunie-Tutki podczas koncertu z jamajskim zespołem Twinkle Brothers, gwiazdą muzyki reggae. fot. Norbert Roztocki

Bezpośrednio o tradycji traktuje Pańskie najnowsze dzieło – wydany w tym roku podręcznik do nauki muzyki góralskiej – „Muzyka Skalnego Podhala”. Jak się rodziła ta publikacja?

Jeszcze podczas studiów na Wydziale Architektury zapisałem się do studium pedagogicznego przy Politechnice Krakowskiej. Myślałem, że będę uczył architektury, jednak w 1994 roku zostałem nauczycielem muzyki tradycyjnej w Tatrzańskim Centrum Kultury i Sportu „Jutrzenka” w Zakopanem. Przez moje zajęcia przewinęło się już prawie 350 osób. Połowa absolwentów to profesjonalni muzycy specjalizujący się w muzyce tradycyjnej. Pozostali, choć muzykują bardziej amatorsko – dla rodziny i znajomych, są przede wszystkim świetnymi odbiorcami kultury tradycyjnej, angażują się też w organizację festiwali folklorystycznych i folkowych. Dodam, że w mojej ocenie edukacja muzyczna w Polsce nie jest pełna, bo brakuje w niej ogniwa regionalnego. Staram się to uzupełniać na swoich zajęciach. W „Jutrzence” stworzyłem autorskie nauczanie. Opiera się na klasycznej relacji mistrz-uczeń, a prócz materiałów zebranych z rozproszonych dotąd źródeł wykorzystuje stworzony przeze mnie zapis palcowy – prostą notację muzyczną, dzięki której nawet małe dzieci nieznające nut mogą zacząć grać. To jest dla nich bardzo zachęcające. W ciągu 26 lat mojej pracy w „Jutrzence” pomysł się sprawdził. Z moich zeszytów korzysta dziś większość instruktorów i na Podhalu, i w Stanach Zjednoczonych. A teraz materiały z muzyką góralską udało się także zapisać w klasycznej notacji muzycznej. Pomagali mi w tym wykształceni specjaliści, którzy z niemałym trudem wynajdowali sposoby na zapisanie zwłaszcza rytmów i sposobów artykulacji. A moją mozolną pracą była stała weryfikacja tych propozycji – porównywanie ich z góralskim wzorcem. Do tego doszły obszerne komentarze i uwagi wykonawcze. Jestem ogromnie dumny z tej książki, sumującej nie tylko całe moje własne doświadczenie z muzyką, ale także wiedzę otrzymaną od dawnych mistrzów, którzy już odeszli. Efekt tych starań ukazał się właśnie nakładem Państwowego Wydawnictwa Muzycznego w Krakowie. Podręcznik nosi tytuł „Muzyka Skalnego Podhala”.

Zespół Trebunie- -Tutki koncertuje w filharmoniach i teatrach zarówno w Polsce, jak i na świecie. fot. Gabriela Szpot

Mimo licznych zajęć artystycznych zostaje Panu czas także na architekturę.

Moje zamiłowanie do muzyki wiąże się z licznymi podróżami po świecie, a te pozwalają mi także kultywować pasję architektoniczną. W wielu krajach Europy, ale też w Japonii, Chinach, Indiach czy Kirgistanie, mogłem obserwować, jak znakomite zespoły muzyki tradycyjnej na różne sposoby szukały odpowiedniego języka, by zaprezentować skarby swojej kultury. I podobnie – w najodleglejszych zakątkach świata mogłem też oglądać przykłady tradycyjnego budownictwa drewnianego. W pracy architekta szczególne znaczenie ma dla mnie projektowanie modernizacji obiektów zabytkowych, które także w Zakopanem często płoną, są niszczone przez agresywny kapitał. W obiektach nowo wznoszonych, podobnie jak wielki Witkiewicz, staram się we współczesny i twórczy sposób odczytywać tradycję budownictwa regionalnego. Jednocześnie dzięki muzyce mogę unikać przyjmowania tych zleceń architektonicznych, które postrzegałbym jako rzemieślniczą pracę, a nie wyzwanie artystyczne. Zdarzyły mi się realizacje, które wykonano niezgodnie z moim projektem i nie mogę ich firmować. To mnie nauczyło, by przyjmować tylko takie propozycje, w które mogę włożyć całe serce i mieć pewność wykonania zgodnego z moim wyobrażeniem. Nasz zawód jest pod tym względem bardzo trudny i bywa rozczarowujący. Tym bardziej podziwiam warsztat dawnych architektów, którzy z determinacją pilnowali wszystkich etapów – od urbanistyki aż po detal. Do tej tradycji też warto nawiązywać.

 

„Mój dom”
 sł. Krzysztof Trebunia-Tutka

 

Ciesy se mnie, ciesy
Śpiewanie i granie
Ale jesce barzyj
Ciesy budowanie
Kie zapochnie lasem
Smrekowom zywicom
Kiedy juz na węgłach
Płazy jasno świecom
Jak starzy majstrowie
Trza mieć w ocach miare
Pozierać ku górom
Dać naturze wiare
Nopiekniejso rzeźba
Dachu krokwiowanie
Te gonty i scyty
Zachowoj nom Panie
Górolu spod Tater
Nie trać downej miary
Dobrych obycajów
I budarskiej gwary
Staro jako dęby
Podhalańsko modła
Lepso jak światowo
Nowocesno moda

Paweł Kaliński
Paweł Kaliński

Redaktor prowadzący serwisu wnętrzarskiego Urzadzamy.pl oraz stały współpracownik miesięczników „M jak Mieszkanie” i „Dobre Wnętrze”. Ceni design rozumiany jako praktyczna funkcja w pięknej formie. Lubi stare meble i nowe dodatki, malarstwo dawne i modne kolory, tradycyjne rzemiosło, szlachetne materiały, ceramikę z różnych epok oraz tkaniny o wyrazistych splotach.

reklama

Warto przeczytać