Facebook

Cienka czerwona linia

Z:A 77

KATEGORIA: Standardy

W naszych dyskusjach o formie budynków, ich strukturze, rozwiązaniach materiałowych i technicznych oraz przepisach budowlanych zgubiliśmy w pośpiechu empatię. Dziś jej niedostatek potęgują podkreślające anonimowość i zakrywające brak uśmiechu maski, alienujące nas zarówno od siebie nawzajem, jaki i od otaczającej nas przestrzeni.

Zmiany, jakie zaszły w naszej przestrzeni w ciągu ostatnich 30 lat, można różnie oceniać, uzasadnione są zastrzeżenia i krytyka, niemniej widać – stopniową i fragmentaryczną, nie zawsze zgodną z naszymi oczekiwaniami, powolną, tak pozytywną, jak i budzącą zaniepokojenie – transformację. Przestrzeń ta do wybuchu epidemii służyła podniesieniu jakości życia w zakresie handlu, usług, komunikacji, wypoczynku, sportu czy rekreacji oraz w innych obszarach codzienności. Nasza ocena ma ambiwalentny charakter. Z jednej strony krytykujemy bezład i chaos, a z drugiej akceptujemy nowe obiekty i tęsknimy za nieskrępowanym dostępem do miast i miasteczek, ograniczonym obecnie restrykcjami związanymi z pandemią. Jest jednak w naszej przestrzeni coś irytującego, co codziennie uwiera i powoduje dyskomfort. Jako że z wiekiem każdy z nas bywa skazany na częstsze kontakty ze służbą zdrowia, to właśnie one pozwoliły mi w jakimś stopniu zidentyfikować, nie wiem, czy do końca prawdziwie, to „coś”.

Toksyczne kontakty

Poprawa nie „dotknęła” przez 30 lat właśnie tego niesłychanie istotnego obszaru życia społecznego, jaką jest służba zdrowia. Zwrócenie nareszcie uwagi mediów i polityków na ową wstydliwą czarną dziurę może być jednym z nielicznych pozytywnych aspektów epidemii. Doszło do tego, że w przypadku choroby i konieczności spotkania z naszą służbą zdrowia, trudno powiedzieć, czy bardziej dotkliwy jest związany z tym stres, czy strach przed diagnozą. Jednym z depresyjnych elementów owego kontaktu, acz słabo uświadomionym, jest przestrzeń, w której się on odbywa. Widok kilometrów niestarannie ułożonych przybrudzonych sufitów podwieszanych, połaci beżowego gresu w pozbawionych naturalnego światła bezkresnych korytarzach i smutnej przygnębiającej kolorystyki towarzyszy nam wszystkim przy każdorazowej wizycie w szpitalu czy przychodni. Ukazuje to, jak nieprzyjazny świat zbudowaliśmy wokół nas. Oczekując godzinami na wizyty w zatłoczonych lub obecnie bezludnych poczekalniach różnych przychodni, zastanawiałem się, jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy. Na odpowiedź na to, wydawałoby się, proste pytanie naprowadziła mnie pewnego razu mało sympatyczna rozmowa w rejestracji. Zrozumiałem wtedy nareszcie, że przestrzeń działania służby zdrowia i panująca w niej atmosfera to manifestacja całkowitego braku empatii dla ludzi, a ta zaprojektowana generuje toksyczne pola zarówno obojętności, jak i nieuniknionych konfliktów. Obojętnie, czy w starych, czy nowych, państwowych czy prywatnych, w szpitalach i przychodniach królują dziesiątki metrów korytarzopoczekalni, okupowanych przez chorych sprowadzonych do numerków nadanych w rejestracji. Przestrzenie te są teraz praktycznie bezludne, porusza się po nich tylko ubrany w budzące grozę kombinezony personel. Wnętrza zostały całkowicie pozbawione intymności, jak gdyby choroba, a również śmieć, były dobrem publicznym. Wszystko to przywołuje na myśl serię Ukrzesłowień Andrzeja Wróblewskiego. Przygnębiający jest fakt, że pomimo upływu ponad 60 lat od powstania, obrazy te nie straciły na aktualności i to nie tylko w przestrzeniach służby zdrowia.

Permanentny deficyt empatii

Każdorazowo po wyjściu ze szpitala czy przychodni uświadamiam sobie z przykrością, że syndrom ten nie dotyczy wyłącznie tych specyficznych obiektów, chociaż przybiera w nich ekstremalne formy. Bez śladu empatii projektowane są także budynki mieszkalne, urzędy, szkoły, przedszkola czy uczelnie wyższe, a szczególnie hektary budynków biurowych. Tak jak źle czują się w szpitalach i przychodniach pacjenci, tak samo w sposób nie do końca uświadomiony źle jest dzieciom w przestrzeniach przedszkoli i szkół, pracownikom korporacji – w klimatyzowanych open space’ach, a mieszkańcom – w przegęszczonej zabudowie deweloperskiej. Odmienny klimat – „bombardowanie” tandetną pseudoempatią z muzycznym podkładem – towarzyszy nam w galeriach handlowych, nie stworzono go jednak w celach humanitarnych, lecz wyłącznie komercyjnych. Również wbrew swojej nazwie większość zrealizowanych przestrzeni publicznych nie zachęca do użytkowania. Jako że są projektowane dla nikogo, a często wyłącznie w celu realizacji zadań budżetowych gmin, społeczeństwo ich nie akceptuje.

Deficyt empatii towarzyszy nam również w trakcie projektowania i wznoszenia obiektów. Toksyczne relacje z inwestorami maksymalizującymi zysk z inwestycji, urzędami rodem z Zamku Franza Kafki czy zmagania z wykonawcami to nasz chleb powszedni i ciemna strona wykonywania zawodu. Również nasze wzajemne środowiskowe kontakty sprowadzane się w dużej mierze do obojętności i braku nie tylko zawodowej, lecz także ludzkiej życzliwości. Patrząc na tak realizowane budynki i przestrzenie, można odnieść wrażenie, że ich autorzy wpisali się w tę tendencję i utracili ludzką oraz społeczną wrażliwość. Sprowadzili architekturę do abstrakcyjnych geometrycznych kompozycji, podobnych do siebie fasad oplatających betonowe i stalowe konstrukcje z całkowitą obojętnością dla użytkowników.

Odświeżone lektury

To pozbawione humanizmu podejście do projektowanej przestrzeni stanowi całkowite przeciwieństwo tak podziwianej przez nas architektury skandynawskiej, opartej na empatii dla użytkowników, czyli normalnych ludzi, czy sympatii i szacunku dla otoczenia i przyrody. W trakcie lockdownu, dzięki nieco większej ilości czasu, sięgnąłem po zaległą lekturę czasopism architektonicznych oraz przeglądałem internet. Zacząłem wtedy porównywać polskie, fińskie, duńskie czy norweskie realizacje tak przestrzeni publicznych, jak budynków mieszkalnych, szkolnych czy też innych użyteczności publicznej, według kryterium empatii. Z całą wyrazistością dostrzegłem istotną różnicę. W tej podziwianej przez nas architekturze ludzie po prostu czują się dobrze i ją akceptują, podświadomie odczuwają, że są jej adresatem, a nie użytkującym ją lub zmuszanym do jej podziwiania wbrew własnym przekonaniom podmiotem.

fot. Piotr Średniawa

Problem empatii w architekturze i urbanistyce ma jeszcze inny wymiar, przy szczegółowej jej analizie bardzo widoczny również w architekturze skandynawskiej. Jest ona oparta właśnie na zrozumieniu rodzimego krajobrazu i przyrody, ma niemal naturalny, organiczny i niewymuszony charakter we wszystkich skalach. Jej harmonijne wpisanie w pejzaż, bez posiłkowania się ckliwą nostalgią czy nachalnym wernakularyzmem, i wrażliwe operowanie rodzimym materiałem sprawiają zawsze ożywcze wrażenie obcowania z czymś prawdziwym. Odwrotnie jest z naszymi realizacjami, jak gdyby walczyły z otaczającym, przeszkadzającym w ich bycie krajobrazem, a stosowanie rodzimego materiału ociera się w nich często o kicz. W efekcie nasza architektura w znacznej mierze generuje konflikty z miejscem, w którym powstaje. To tutaj przebiega cienka czerwona linia pomiędzy empatią a obojętnością i antypatią.

W perspektywie rozważań nad empatią i antypatią w architekturze przypomniałem sobie przeczytane kiedyś lektury, do których wróciłem w czasie koniecznej izolacji w domu w czasie lockdownu. Niektóre książki warto czytać parokrotnie, gdyż ukazuje nam to niedostrzegane lub przeoczone za pierwszym razem warstwy tekstu. Dzisiaj już wiem, że kultowa książka Jana Gehla Życie między budynkami to wbrew pozorom nie esej o sanacji czy rewitalizacji miast, a piękna opowieść o wzajemnej międzyludzkiej empatii. Podobna refleksja nasunęła mi się po ponownym przeczytaniu starszej, również kultowej, publikacji Christophera Alexandra Język wzorców, do której kiedyś odwoływali się nasi architekci i krytycy. To nie żaden zbiór recept czy zasad, ale piękny esej o dialogu architektury z człowiekiem i człowieka z architekturą. Szkoda, że choć obie te pozycje wzbudziły chwilowe zainteresowanie, to nie spotkały się z poważniejszą i głębszą recepcją w naszym środowisku.

Te epidemiologiczne refleksje wraz z ograniczeniami w korzystaniu z miejsc, które lubiłem i akceptowałem, uświadomiły mi, że dobra architektura oraz rzetelne wykonywanie zawodu to nie żadne organiczne związanie funkcji, konstrukcji i formy, żadne realizowanie idei przedstawianych na ideogramach, żaden wieloaspektowy kontekst, a empatia do ludzi oraz najprostsze i szczere w swojej prostocie uczucie i szacunek dla własnej przestrzeni.

Pracując w zawodzie zaufania społecznego, mamy Kodeks Etyki Zawodowej Architekta. Chyba warto po niego sięgać częściej, a szczególnie do Zasady 2 – Zobowiązania wobec społeczeństwa, w której znajduje się następujący postulat: „Architekci dążą do podniesienia jakości życia”. Nie można traktować go jak kolejnego obrzędowego frazesu, to niezbywalna podstawa wszystkich naszych działań. Dobrze byłoby, gdyby trudny czas epidemii (oby jak najszybciej minął) skłonił nas do poważnej refleksji nad naszą profesją, której działalność – poza wszystkimi innymi aspektami – powinna być oparta na wzajemnej empatii, stanowiącej fundament etyki zawodowej.

 

Piotr Średniawa
Piotr Średniawa
Architekt IARP

przewodniczący Rady Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP, członek Miejskiej Komisji Architektoniczno-Urbanistycznej w Katowicach, wraz z Barbarą Średniawą prowadzi Biuro Studiów i Projektów Architekt

reklama

Warto przeczytać