Facebook

Captain Jack - rozmowa z Jackiem Roszykiem

Z:A 73

KATEGORIA: Po godzinach

Z żywiołami nie można walczyć, trzeba z nimi współpracować i wykorzystać je do swoich celów.

Domyślam się, że chętnie by Pan teraz uciekł od tej zarazy na morze…

Oczywiście, to byłby najskuteczniejszy sposób na mentalne oczyszczenie się i spędzenie tego trudnego czasu. Ale dziś przeczytałem komunikat naszych służb ratowniczych – proszą, żeby nie wypływać, aby w razie czego nie trzeba było nikomu spieszyć z pomocą.

Myślę, że chyba wszyscy nosimy w sobie trochę tęsknoty za morską przygodą, może wolnością, która się w naszych wyobrażeniach z nią wiąże. Pociąga nas mit korsarza… Ponoć 20 proc. Polaków regularnie żegluje…

Na pewno jest to odskocznia, ucieczka od wszystkich problemów. Często mam tak, że gdy skumulują się jakieś nieprzyjemne sytuacje, np. administracyjne czy zawodowe, to czekam tylko kiedy przyjdzie piątek albo ustalony dzień wypadu i płynę byle dalej, przed siebie, prostopadle do brzegu.

Czy pamięta Pan, co Pan czuł, wypływając po raz pierwszy?

Nie, bo z opowieści moich bliskich wynika, że mogłem mieć wtedy jakieś 3–4 lata. Tata zabierał mnie ze sobą na łódkę. Ona była ze mną odkąd pamiętam. Emocjonalnie rysują mi się raczej w pamięci kolejne etapy tej przygody – pierwszy rejs, kiedy straciłem z oczu ląd. Magia… Na poważnie zacząłem interesować się żeglarstwem w wieku 8 lat. Ze starszym bratem poszedłem na przystań i już tam zostałem, spędziłem tak całe dzieciństwo. Przełomem było przejście z żeglarstwa jeziorowego na morskie.

Jezioro czy morze? Czym się dla Pana różnią te dwa akweny? W końcu ma Pan doświadczenie z pływaniem po obu…

To ewoluowało naturalnie. Pochodzę ze Śremu w Wielkopolsce. Tamtejsze jezioro jest długie i wąskie, więc każdy większy akwen, np. jezioro Drawsko, wydawał mi się „wielką wodą”. Potem po raz pierwszy zobaczyłem Zalew Szczeciński i czułem się jakbym wypływał w morze. A teraz, już po tysiącach mil na nim, kiedy czasem pływam po jeziorze, towarzyszy mi odczucie graniczące z klaustrofobią. Wszędzie drzewa, nie ma gdzie uciec. Dla żeglarza morskiego przestrzeń jest bardzo inspirująca.

il. Morze weryfikuje „złą robotę” bezwzględnie i bez przebaczenia, fot. Yacht Klub Stal Gdynia.

To jak to się zaczyna? Co trzeba zrobić, żeby zacząć przygodę z żeglowaniem morskim?

Nie ma na to jednego sposobu, każdy się „zaraża” tym hobby inaczej. Ja doszedłem do żeglowania morskiego drogą ewolucji i z każdym krokiem podobało mi się to coraz bardziej. Jak wspomniałem, na początku pływałem po jeziorach, w międzyczasie był windsurfing, potem jachting w Grecji, gdzie z rodziną „krążyłem” po wysepkach. Potem szerzej wypłynąłem na Morze Śródziemne, Bałtyk, Wyspy Kanaryjskie. Takie rejsy od portu do portu i życie z tym związane „wciągają”…

Można się wybrać na wyprawy w towarzystwie i te samotne. Które z nich Pan preferuje? Pana imię może być pewnym symbolem…

Jestem takim typem człowieka, że lubię obie wersje (śmiech). Podoba mi się pływanie w większych załogach, to bardzo przyjemne wydarzenie towarzyskie. Jednakże czyste żeglarstwo i wyzwanie najwyższej próby to dla mnie samotne pływanie po morzu. Tam człowiek jest zdany tylko i wyłącznie na siebie. Trzeba umieć zrobić wszystko, nie można powiedzieć, że się czegoś nie da albo odłożyć tego na później. Samotne żeglowanie wiąże się z wieloma wyzwaniami, ale ma też swoje zalety. Kiedy wygrywam podczas regat, to cała zasługa jest moja, choć – z drugiej strony – nie można na nikogo zrzucić winy, jeśli coś nie wyjdzie. Kiedy przegrywam, to dlatego że popełniłem błąd lub popełniłem ich więcej niż konkurenci. I sytuacja jest jasna. Sposób pływania to też kwestia charakteru. Bywają ludzie, którzy nie wyobrażają sobie samotnego żeglowania, bo dla nich woda łączy się z aspektem towarzyskim. Są też i tacy – i wśród nich jest wielu kolegów, z którymi często się ścigam – którzy lubią oderwać się na kilka dni od świata, odpocząć na morzu, poszukać odpowiedniej perspektywy. Zwykle wyruszam na wyprawy  kilkudobowe, wtedy pływam za dnia i nocuję w portach, albo typowo sportowe,  takie jak regaty,  w tym start  ze Świnoujścia czy Gdyni  i za ok. 20–30 godzin jestem na mecie. Nie dojrzałem jeszcze mentalnie do większych wyzwań, np. najtrudniejszych chyba regat na naszym morzu – Bitwy o Gotland, gdzie spędza się od 3 do 5 dób samotnie na jesiennym Bałtyku. Ale wszystko przede mną.

Jak wygląda taki dzień na morzu? Wstaje Pan i co dalej? Bo raczej nie bierze Pan prysznica…

Oczywiście na jachcie nie ma takiego rytmu jak na lądzie, czyli że wstaje się, bierze prysznic, je śniadanie, pracuje, je obiad, pracuje itd. Na morzu jest inaczej. Gdy startuję w regatach, cały czas towarzyszy mi napięcie związane z wynikiem. Obserwuję więc nieustannie prędkość, wiatr, trym (ustawienie) żagli, a czasem to, czy rywal płynie obok, czy wysuwa się naprzód, a jeśli tak, robię wszystko, żeby go zostawić z tyłu. W żeglowaniu rekreacyjnym natomiast, jeśli „Neptun pozwoli” można sobie pozwolić na wolność i leniuchowanie na całego: chce mi się jeść, to jem, chce mi się iść na spacer, to idę na spacer, chce mi się płynąć – płynę!

il. Rywalizacja w długodystansowych wyścigach na morzu uczy wytrwałości, poznawania oraz przesuwania granic własnych możliwości, fot. Jacek Roszyk.

Co się kryje za tym sformułowaniem, że na morzu „trzeba potrafić wszystko”?

Po pierwsze, należy umieć samodzielnie, bez załogi prowadzić jacht, czyli należy znać się na technice żeglowania. Po drugie, trzeba prowadzić nawigację – wiedzieć, jak i którędy płynąć. Bardzo ważna jest znajomość meteorologii, muszę się więc orientować, co mnie czeka za minutę, pięć czy za kilka godzin. Powinienem też umieć naprawić wszystkie usterki, które wystąpią po drodze, bo zwykle coś się zatnie, coś się urwie itp., czyli być trochę elektrykiem, hydraulikiem, mechanikiem. No i należy, choć w minimalnym stopniu, umieć cokolwiek ugotować, żeby nie umrzeć z głodu. A przy spełnianiu tych wszystkich zawodów świata trzeba też na bieżąco reagować na sytuacje na morzu, np. zarefować, czyli zmniejszyć żagle, kiedy przyjdzie szkwał.

O ile łatwiej sobie poradzić w sytuacjach, kiedy coś zależy od Pana, o tyle w przypadku żywiołów jest gorzej. Czy da się je jakoś oswoić? Czy ma Pan wspomnienia z takich mrożących krew w żyłach przygód?

Kiedy żywioły przybierają na sile, zaczyna być pięknie. My, tam na morzu, jesteśmy na nie zdani. Z naturą nie można walczyć, trzeba z nią współpracować i wykorzystywać ją do swoich celów. Żyjemy w XXI wieku, więc z pomocą przychodzą nam technologie. Z jednego brzegu Morza Bałtyckiego na drugi można przepłynąć w ciągu 20, a nawet kilkunastu godzin. Jeśli korzysta się z dostępnych dziś prognoz pogody – wiadomo, czego się spodziewać i na co się przygotować. Jeżeli jest to rejs turystyczny, to mogę go sobie na podstawie prognozy przyspieszyć albo opóźnić, w zależności od tego, jak bardzo mi się śpieszy na ląd. Przykładowo, planując ubiegłoroczny przelot z Gdańska do Świnoujścia wykorzystaliśmy dwa konkretne dni, gdy wiał wschodni wiatr, aby potem nie „szarpać się” z morzem. Oczywiście zdarzają się sytuacje zaskakujące, bo nasz Bałtyk i pogoda nie są ani całkiem przewidywalne, ani stabilne. Czasem trzeba startować np. 10 sierpnia, bo na ten termin ustalono regaty, nie można ich przełożyć, ale wtedy wszyscy płyniemy w podobnych, czasem trudnych warunkach. Bywa i tak, że człowiek dostaje od morza „łomot”. Myślę sobie wtedy: „Co ja tutaj robię? Normalni ludzie siedzą sobie przed telewizorem, a ja w deszczu, gradzie, wietrze ścigam się z podobnymi „wariatami” i żywiołami...”. Ale gdy wrócę do portu, do domu, to ta normalna sytuacja mnie „uciska” i ciągnie mnie z powrotem na wodę. Na tym polega cała ta zabawa. To mocno uzależnia.

Czy pamięta Pan najtrudniejszą sytuację, taką, kiedy morze naprawdę sprawiło Panu „łomot”?

Takich całkiem ekstremalnych sytuacji jeszcze nie doświadczyłem. Miałem parę przypadków, kiedy coś się zacięło. Któregoś października w Grecji płynąłem sobie sam, kiedy wiatr zaczął narastać… Najpierw podarł mi się fok (przedni żagiel), trzeba było go zrzucić, schować i wymienić na inny, w tym czasie autopilot odmówił posłuszeństwa, potem pojawiły się kolejne awarie. Grot (główny żagiel) też zaczął się strzępić. Stanąłem przed problemami, które zaczęły się piętrzyć, i wtedy to przestało już być przyjemne. Ale następnego dnia wsiadłem na jacht i płynąłem dalej. To jest jak uzależnienie, narkotyk.

Jakie są najpiękniejsze chwile na morzu?

Zachody i wschody słońca na morzu to coś, czego nie można opisać. Nie odda tego żadne zdjęcie. To spektakl, który czasem trwa kwadrans, a czasem – godzinę. Nie ma dwóch takich samych. Podobnie jest z rozgwieżdżonym nocą niebem. Księżyc w pełni potrafi tak jasno świecić, że można czytać gazetę. Tego nie doświadczymy na lądzie. Te zjawiska są esencją piękna pływania po morzu.

Jak wiele elementów kultury i cywilizacji zdarza się Panu wnosić do tej natury?

Kiedy jestem na jachcie, staram się maksymalnie odciąć od tego, co się dzieje na lądzie. Lubię po prostu na dwa tygodnie zniknąć. Komputer jest co prawda pod ręką, ale bardziej w celach technicznych, żeby sprawdzić prognozę pogody, wejść do systemu rezerwacji portu czy wysłać maila. Czasem czytam książki, ale mogę sobie na to pozwolić zwykle wtedy, kiedy płynę w towarzystwie – ktoś steruje, reszta leniuchuje. Gdy jestem sam i sytuacja jest opanowana, też sięgam po książkę. Samotnicy w długich rejsach sporo czytają, np. Szymon Kuczyński w rejsie dookoła świata bez zawijania do portów przeczytał ich ponoć ponad 200.

Czy żeglowanie to stan umysłu? To chyba coś więcej niż powszechne skojarzenia, typu Hiszpańskie dziewczyny czy piwo?

Dla mnie żeglowanie to sposób na życie. Ja, podobnie jak moi znajomi z pokładu, jestem w pewien sposób uzależniony. Nie ma dnia, żebym nie myślał o żeglarstwie. Odczuwam wewnętrzny przymus sprawdzania prognoz pogody, tego, gdzie i kiedy planowane są regaty, kto się do nich przygotowuje, czy trzeba coś kupić do jachtu itd. Poza tym mam dwóch synów, którzy żeglują, żona w mniejszym stopniu, ale też jest w to wciągnięta. Wakacje spędzamy na jachcie, pływając od portu do portu. Jeśli nam się gdzieś spodoba, zostajemy tam po prostu 2 lub 3 dni, potem ruszamy dalej. Nie wyobrażam sobie dwóch tygodni urlopu w jednym miejscu.

Wygląda na to, że znalazł Pan patent na równowagę w życiu… Rodzinę Pan wciągnął na pokład.

To naturalna kolej rzeczy. Mnie tata wsadził na łódkę, a ja moje dzieci. One też wychowały się między żaglami. Młodszy syn zaangażował się w żeglarstwo sportowe, starszy w morskie i windsurfing.

Wygląda na to, że sporo tego sportu w Pana życiu.

To wciąga. Ostrzegano mnie przed tym, kiedy z żeglarstwa rekreacyjnego zacząłem wchodzić do świata regatowego. Gdy posmakuje się rywalizacji i pojawi się mały sukces, który połechce ego, to zaczyna się coraz więcej trenować. No bo jeśli osiągnąłem taki poziom, że w polskiej klasyfikacji przeważnie jestem na podium, to kiedy zapowiadają kolejne regaty, szykuję się do boju. Współzawodnictwo uzależnia. Rywalizacja w długodystansowych wyścigach na morzu uczy wytrwałości, poznawania i przesuwania granic własnych możliwości, rozłożenia sił, myślenia zawsze „do przodu”. Każdy problem trzeba rozwiązać – im prędzej, tym lepiej – bo te nierozwiązane rosną na jachcie w lawinowym tempie. Przy okazji mamy mnóstwo wysiłku i ruchu na świeżym powietrzu, bo – wbrew temu jak to wygląda z zewnątrz – żeglarstwo regatowe wymaga sporo potu, nieraz łez i krwi…, ale za to utrzymuje mnie w dobrej formie fizycznej. To ważne, ponieważ my – architekci – mamy pracę, która polega głównie na tym, że „siedzi się i klika”, a towarzyszy temu stres związany z terminami, urzędami itp. Gdzieś to trzeba odreagować, rozruszać ciało. Cudownie, gdy można to połączyć ze swoją pasją, a żeglarstwo można uprawiać do późnej starości. Znam takich, którzy mają ponad 80 lat i wciąż ścigają się w regatach.

il. Nie ma takiego obrazu na świecie, który „przebiłby" wschód czy zachód słońca na morzu, fot. Jacek Roszyk.

Jakie są najbliższe plany na ten sezon i kolejne?

Ostatnie wydarzenia pokazują, że „plany” to nieprzewidywalne słowo, ale myślę o wyścigach na naszym bałtyckim podwórku, w 7–8 regatach solo i w załogach dwuosobowych. No i oczywiście wakacje z rodziną, co w naszych żeglarskich kalendarzach może być trudne do pogodzenia. Może tym razem udamy się na tydzień do szwedzkich szkierów. Mało kto wie, że z drugiej strony Bałtyku jest pięknie urozmaicona linia brzegowa, z wieloma zakamarkami, które można niespiesznie zwiedzić. Nad nasze morze często jeżdżę na weekend, mam tylko 4 godziny drogi. Lubię też Morze Śródziemne, w Grecji przez 4 lata żeglowałem na własnym starym jachcie. Pływałem po tych ciepłych wodach od wysepki do wysepki, od zatoczki do zatoczki. Oczywiście, najpiękniejsza jest fala na oceanie, wysoka i długa.

Czy da się połączyć tę pasję z prowadzeniem pracowni architektonicznej?

Nie jest to łatwe, ale można, tylko należy jak najwięcej spraw „załatwić” do końca kwietnia. Latem często wchodzi się w tryb czterodniowego tygodnia intensywniejszej pracy, by w piątek być już na jachcie. Oczywiście trudno nam zniknąć na trzy tygodnie lub dłużej, ponieważ ludzie realizują to, co zaprojektowaliśmy, więc pojawiają się pytania z budowy dotyczące przyjętych rozwiązań. Ale specyfika zawodu architekta jest taka, że możemy w porywach do kilku dni pracować zdalnie. Biorę więc ze sobą, jeśli muszę, na morze komputer i odpisuję na maile czy coś koordynuję. Z mojego doświadczenia wynika, że trudno jest cokolwiek narysować na jachcie, i nie chodzi tu o kwestie techniczne, ale mentalne. Ja po prostu czuję się na nim jak na wakacjach. Na dłużej jednak zniknąć się nie da. Poza łodzią staram się postępować według zasady, że trzeba żyć tak, aby świat nie nauczył się żyć beze mnie, abym uciekając na morze, miał dokąd wracać.

Magdalena Mojduszka
Magdalena Mojduszka

sekretarz redakcji Z:A, współpracuje z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w obszarze dialogu społecznego

reklama

Warto przeczytać