Facebook

Betonoza w polskich miastach

Z:A 68

KATEGORIA: Felieton

W naszych miastach, szczególnie na placach i skwerach, widać coraz mniej zieleni. Często nie stoi za tym zła wola czy brak wiedzy zarządzających, lecz chaotycznie zrealizowana infrastruktura.

W ostatnich miesiącach przez popularne portale i serwisy internetowe przetoczyła się krytyka rewitalizacji centrów polskich miast, w szczególności placów miejskich i rynków. Zdaniem autorów cytujących wypowiedzi ekspertów większość prac na starówkach, dziedzińcach, deptakach i ogólnie w przestrzeni publicznej kończy się nadmiernym brukowaniem kosztem zieleni harmonizującej z potrzebami społecznymi. Na tę jednostronną krytykę do dziś nie znalazłem żadnej odpowiedzi architektów czy innych osób związanych z procesami inwestycyjnymi. Zieleń faktycznie jest ograniczana lub likwidowana i choć wielu w skrytości ducha przyznaje, że to zły kierunek, to jednak nikt konkretny za to nie odpowiada. Deficyt roślinności często jest wynikiem nie złej woli, braku wyobraźni czy wiedzy specjalistów, ale okoliczności prawno-technicznych.

ZDANIEM ARCHITEKTA

W artykułach pojawiających się w popularnych serwisach za likwidowanie zieleni zazwyczaj obarcza się winą osoby pracujące w miejskich wydziałach inwestycji, architektów, inżynierów i wszystkich ogólnie związanych z projektowaniem przestrzeni publicznej. Winni są określani najbardziej wyszukanymi przeciwieństwami słowa „kreatywność”. Efektem lektury jest wrażenie, że wszystkie osoby decydujące o kształcie miejsc publicznych nie rozumieją ani podstawowych potrzeb mieszkańców, ani, co więcej, zasad kształtowania zrównoważonej przestrzeni miejskiej. Otóż zaręczam, że jest zupełnie odwrotnie. Jestem czynnym architektem, autorem i głównym projektantem kilkudziesięciu rewitalizacji: parków, placów, skwerów oraz rynków. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że większość zieleni w przestrzeni publicznej stanowią przypadkowe nasadzenia powstałe głównie jako czyn społeczny w latach 60. i 70. Dziś są to w większości tereny bezfunkcyjne: „kupko-skwerki” dla czworonożnych pupilów, miejsca rekreacji miejscowej „melanżerii”, zbitki niepielęgnowanej, samoorganizującej się roślinności. Ich funkcje społeczna i przestrzenna są zerowe, choć należy bezsprzecznie stwierdzić, że fotosynteza powodująca zmianę dwutlenku węgla w życiodajny dla ludzi tlen zachodzi w każdej roślinie, zarówno tej, która wyrosła przypadkiem, jak i tej zasadzonej świadomie.

GENEZA BETONOZY

Pojedynczy proces rewitalizacji przestrzeni publicznej trwa nie mniej niż 3 lata. Od decyzji politycznej o chęci inwestycji, przez ogłoszenie przetargu na wykonanie dokumentacji projektowej, do zakończenia realizacji robót budowlanych mijają nie miesiące, lecz lata. Jestem np. zaangażowany w pewne tematy już od 6 lat – tzn. wtedy zakończono projekt, a dopiero dzisiaj na jego podstawie wykonywane są roboty budowlane. Ta wiedza zmienia sposób myślenia o kształtowaniu przestrzeni. Nasze dzisiejsze wybory projektowe będziemy oceniać już jako inni ludzie, z innymi potrzebami. Przy każdym temacie dotyczącym przestrzeni publicznej wypowiada się średnio 20 różnych instytucji, zaczynając od urzędów konserwatora zabytków, przez zarządy dróg (powiatowe, wojewódzkie lub krajowe), zakłady wodociągowe, energetyczne, spółki telekomunikacyjne, operatorów sieci strategicznych i innych, a na starostwach powiatowych kończąc. Nie tylko na ich wydziałach architektury i budownictwa, ale również drogownictwa i ochrony przyrody. Głos mają również mieszkańcy, którzy najczęściej protestują, a robią to w przeróżnych formach, pisemnie lub, częściej, osobiście dręczą urzędników miejskich w wydziałach inwestycji. Gdzieś na końcu tego sznura uzgodnień i dogadzania poszczególnym instytucjom jest wola inwestora, aby temat zrealizować, a także resztka wizji architekta – o ile zdążyła się ona urodzić – która zresztą przez kolejne uzgodnienia jest skutecznie minimalizowana. Niejednokrotnie ostateczne rozwiązanie to zlepek „zgniłych” kompromisów, wymuszanych przez kolejnych prezesów kolejnych miejskich spółek. Ponad tymi wszystkimi uzgodnieniami są – w wersji prostszej – miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, określające możliwe formy inwestycji, czyli mówiąc precyzyjnie: co wolno nam zrobić, a w wersji bardziej skomplikowanej – decyzje o lokalizacji inwestycji celu publicznego (procedura trwająca 3–4 miesiące). I tak w wielu przypadkach kuriozalne i nieprzemyślane zapisy miejscowych planów lub uzgodnień w decyzjach powodują „skurcze” interpretacji u urzędników odpowiedzialnych za wydawanie pozwoleń na budowę, niejednokrotnie skutkujące zmienianiem lub „dostosowywaniem” dokumentacji. Ponadto zaniedbywane przez dziesiątki lat pomiary geodezyjne sprawiają, że w przestrzeni publicznej są obecnie, co nie zdarza się rzadko, działki/parcele nienależące do nikogo lub takie, które są zakwalifikowane jako grunty orne (również w centrach miast). Nie można na nich nic zrobić. Ich przywracanie do „systemu”, czyli do życia, zajmuje od kilku do kilkunastu miesięcy. Powoduje to ogromny chaos już na etapie przygotowywania dokumentacji, o którym niezajmujący się tym nie mają pojęcia. Koniec końców większość terenów przestrzeni publicznej w Polsce jest objęta prawną ochroną konserwatorską. Nawet jeżeli nie są wpisane indywidualnie do rejestru zabytków (centra większości miast powyżej 10 tys. mieszkańców są chronione jak zabytki), to figurują w gminnych ewidencjach zabytków, strefach ochrony krajobrazu, strefach ochrony lub nadzoru archeologicznego i innych. Projektowane na ich obszarach elementy muszą być uzgadniane z urzędami konserwatorskimi, których podstawową wytyczną jest proklamowanie przeszłego zagospodarowania jako obowiązującego celu przestrzennego. Wystarczy spojrzeć na pocztówki z końca XIX wieku z widokami miast. Na ówczesnych rynkach i placach nigdy w nie było wybujałej zieleni, w tym drzew. Przestrzenie te służyły jako skrzyżowanie głównych szlaków, miejsce zbiórek żołnierzy lub place handlowe. To, że w niektórych miastach mamy dzisiaj tzw. planty, zawdzięczamy istnieniu w ich miejscu murów obronnych, wyburzonych najpewniej w drugiej połowie XIX wieku.

NIE STAN UMYSŁU, A MELODIA PRZEPISÓW

Beton, bruk, kostka pojawiają się w centrach miast nie dlatego, że urzędnicy i architekci nie mają pojęcia o zagospodarowaniu przestrzeni publicznej zielenią. Dzieje się tak na skutek tego, że kiedy taki temat projektowy trafia do uzgodnień w urzędzie konserwatorskim, zalecane uporządkowanie zieleni poprzez nawiązanie do historycznego zagospodarowania wiąże się zwykle z jej usuwaniem. Nie wolno również zapominać o fakcie bardziej podstawowym niż ochrona konserwatorska. Przez większość przestrzeni publicznej przebiega średnio kilkadziesiąt tras różnych mediów. Pomijając sprawy własnościowe i konieczność uzyskania zgody na projektowanie czegokolwiek w ich pobliżu od wszystkich zarządców, od każdej z takich sieci (zgodnie z obowiązującymi przepisami) należy zachować odległości ochronne dla nasadzeń istniejących i projektowanych. To, że zrewitalizowane place miejskie nie mają zieleni, w dużej mierze wynika z infrastruktury, której na co dzień używamy, a której generalne, totalne przeprojektowanie i uporządkowanie nie jest możliwe w żadnym znanym mi polskim mieście. To ona wyznacza dzisiaj pola zieleni. Im bliżej centrum, tym mniej miejsca pod zasiew. W wielu punktach nasadzeń nie można wykonać w ogóle. I bynajmniej nie dlatego, że architekci tego nie lubią. Aby stworzyć zielone miasto, musimy zbudować je od nowa, już na etapie koncepcyjnym projektowania przewidywać lokalizację infrastruktury podziemnej tak, aby roślinność mogła wzrastać swobodnie w wyznaczonych miejscach. O tym, że taka przestrzeń jest możliwa, można się przekonać w Nowej Hucie, obecnie jednej z najbardziej zrównoważonych pod względem harmonii dzielnic w Polsce.

OCZEKIWANIA I RZECZYWISTOŚĆ

Brak zieleni oraz jej poszanowania, które zarzuca się aktualnym procesom rewitalizacyjnym, nie są zawsze efektami czyjejś złej woli lub celowego działania. To często wynik prawa dotyczącego przestrzeni publicznej i obowiązującego sposobu jej kształtowania. Nie są temu winni ani urzędnicy, ani architekci, ani żadne wyimaginowane lobby deweloperskie. Trzeba zrozumieć, że nikt dzisiaj nie ma prawnych narzędzi do tego, aby przestrzeń publiczną rewitalizować w zrównoważony sposób. Zmiany, o ile miałyby nastąpić, wymagają tak głębokich przekształceń prawnych, że działanie dziś dałoby efekty za 20 lat. Dlatego zamiast pisać o braku wyobraźni kreatorów przestrzeni publicznych, zastanówmy się nad tym, co dokładnie się w tej przestrzeni znajduje. Spójrzmy na rysunek miejscowego planu zagospodarowania, na liczbę studzienek i trasy ich przebiegu, na linie napowietrzne i elementy chronione, a także na drogi, chodniki, znaki, punkty pomiarowe, tabliczki gazu, wody, hydranty, przystanki komunikacji, obiekty małej architektury itd. W nich właśnie leżą, stoją i wiszą przyczyny tzw. betonozy.

NOWE PRAWA, INNA PRZESTRZEŃ

Rozpoczęcie każdego tematu projektowego dotyczącego rewitalizacji przestrzeni publicznej to niekończące się telefony od osób zaangażowanych społecznie. W większości przypadków kończy się na walnym spotkaniu z mieszkańcami, podczas którego głównym zadaniem architekta jest milczące lub uniżone przyjmowanie krytyki samego faktu dopuszczenia się rewitalizacji. Zdarzają się jednak przypadki bardziej czasochłonne, w których krytyka uprawiana przez działaczy społecznych sięga dużo dalej i niejednokrotnie przechodzi w hejt i obrażanie. Wiele z tych przypadków kończy się w sądach, gdzie aktywiści żale za stan prawny wylewają ochoczo na Bogu ducha winnych architektów lub urzędników i nie dopuszczają do siebie myśli, że przestrzeń publiczna jest urządzana w większości przez infrastrukturę. I choć powinno być tak, że to człowiek organizuje przestrzeń infrastruktury, jest odwrotnie . Do zmian nie wystarczy jednak chęć czy niechęć pojedynczych osób. Brak zrozumienia stopnia skomplikowania współczesnego procesu projektowego przestrzeni publicznej nie może być dłużej usprawiedliwieniem dla zwolenników sadzenia wszystkiego, co rośnie, wszędzie gdzie się da. O ile idea miasta ogrodu, znana od około 200 lat, jest w wielu miejscach podtrzymywana, o tyle należy zauważyć, że przeobrażenia następują jednocześnie i wielowymiarowo. Zmieniają się cele społeczeństwa i ich postrzeganie, prawo oraz jego interpretacje, a także architektura i jej efekty. To, czego oczekujemy, nigdy nie jest realizowane do końca, ponieważ kolejne zmiany w strukturze i postrzeganiu na bieżąco korygują kurs zmian. Innymi słowami: dzisiejsze oczekiwania w żadnym wypadku nie muszą doprowadzić do tego, że jutro będziemy mieszkali w zurbanizowanym lesie. Równie prawdopodobne jest to, że miejską dżunglę także będziemy krytykować.

Radosław Żubrycki
Radosław Żubrycki
Architekt IARP

właściciel i główny architekt pracowni Atelier Architektury Radosław Żubrycki,członek Lubuskiej Okręgowej IARP oraz SARP Zielona Góra

TAGI

beton
chaos

reklama

Warto przeczytać

Brak powiązanych artykułów.