Facebook

Architekt i jego praca, cz. XI

Z:A 77

KATEGORIA: A...symetria umowy

Cechą charakterystyczną każdej umowy jest dążenie do dominacji w niej jednej strony nad drugą. Można jednak wprowadzić zapisy, które będą próbą stworzenia symetrii pomiędzy umawiającymi się.

Przedmiotem takiej monopolistycznej pozycji, często spotykanej w naszej rzeczywistości, są wzory umów o prace projektowe, dołączane do specyfikacji warunków istotnych zamówienia przy zamówieniach publicznych. Pomimo iż w sprawach związanych ze wzorcami umownymi kodeksy cywilne szczegółowo określają, co jest dozwolone, to praktyka jest zgoła odmienna. Bardzo rzadko zdarza się zaskarżenie (oprotestowanie) takich elementów dokumentów przetargowych. Dla urzędników zamawiających zwykle nie ma różnicy, czy będzie to projekt, czy długopisy. Można stwierdzić, że w przytłaczającej większości amatorstwo tych umów wynika z braku znajomości specyfiki związanej z projektowaniem architektonicznym. Dominująca pozycja zamawiającego nad architektem w długofalowej perspektywie implikuje degradację przestrzeni publicznej w imię źle pojętego interesu publicznego. Oszczędności w projekcie skutkują zaś drogimi realizacjami, znacznie przewyższającymi jego wartość. Efektem tych działań są zdecydowanie większe nakłady na inwestycję, niż w rzeczywistości potrzeba. Ta zasada nie zawsze się sprawdza, bowiem, jak każda reguła, również ona ma swoje wyjątki. Ale... to tylko wyjątki.

Jak wcześniej wspomniano, umowy o prace architektoniczne mają charakter umów o świadczeniach wzajemnych, przy czym zamawiający nie może występować wobec architekta z roszczeniem finansowym za wykonane prace. Obowiązek zrealizowania niektórych z nich narzucają inwestorowi właściwe przepisy prawa.

Każda umowa – zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami – powinna spełniać pięć warunków:

  • czasu;
  • miejsca;
  • przedmiotu;
  • warunków finansowych;
  • sankcji za naruszenie zasad umownych.

W przypadku architektonicznych umów projektowych należy dodać, że indeks tych warunków jest znacznie dłuższy z uwagi na specyfikę prac. Poszczególne postanowienia, które powinny się znaleźć w tym dokumencie, będą opisane poniżej, w osobnych podrozdziałach, jako moduły do wykorzystywania w zależności od złożoności i skali trudności zamówienia.

Przy umowie architektonicznej głównym problemem jest obszerność zapisów niezbędnych dla zabezpieczenia stron. Jej konstrukcja powinna mieć czytelny układ, a poszczególne elementy składowe muszą być spójnie opisane.

Jak zatem to zrobić?

Skomplikowaną pod względem konstrukcji umowę architektoniczną najlepiej zapisać w postaci modułowej, z podziałem poszczególnych fragmentów na odrębne rozdziały. Dzięki takiemu rozwiązaniu można osiągnąć większą czytelność dokumentu. Ma to szczególne znaczenie, jeżeli weźmiemy pod uwagę różnorodność prac projektowych i ich indywidualny charakter. Strony umowy – a przede wszystkim zamawiający – uzyskają poprzez takie sformatowanie dokumentu pełny przegląd specyficznych zapisów, wynikających w prostej linii z przedmiotu umowy i negocjacji.

Istnieją dwie szkoły konstruowania umowy architektonicznej. Pierwsza mówi o jak najbardziej lapidarnym potraktowaniu jej „szkieletu” i wzbogaceniu go wieloma precyzyjnymi, pasującymi do przedmiotu zamówienia załącznikami. Druga to indywidualna redakcja dokumentu, w którym znajdą się wszelkie możliwe elementy składowe, opisane w formie jednozdaniowych oddzielnych paragrafów.

Istnieje jeszcze jeden model, charakterystyczny przede wszystkim dla krajów Ameryki Północnej, gdzie poszczególne postanowienia umowy mają formę wielozdaniowego opisu i przypominają elaboraty, a podział na części ulega zaciemnieniu. Powoduje to mniejszą czytelność dokumentu. Takie umowy z reguły stosowane są przy zamówieniach projektów architektonicznych o wielkości i skali prawie niewystępującej w kulturze europejskiej. Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że amerykańskie standardy, związane z relacjami klient – architekt, zakładają również wzorce dla małych i średnich obiektów.

Który model jest lepszy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Trudno bowiem jednakowym tekstem umownym zapisać warunki na zaprojektowanie altanki ogrodowej i międzynarodowego dworca lotniczego. Generalnie jednak można przyjąć zasadę: wszystko zależy od wielkości i ciężaru gatunkowego przyszłego zamierzenia inwestycyjnego. Reguł w tym względzie nie ma żadnych. Pojawia się zatem fundamentalne pytanie: jaką miarę przyłożyć do próby konstrukcji wzorca umowy architektonicznej o uniwersalnym charakterze? I czy jest to w ogóle wykonalne? Jednoznacznie i w pełni odpowiedzialnie można stwierdzić, że – teoretycznie – nie da się przyjąć w tym przypadku jednego uniwersalnego modelu. Chociaż... Być może graniczy to z szaleństwem, lecz grupa państw powiązanych z imperium brytyjskim podjęła taką próbę, i przyznać trzeba, że z interesującym rezultatem. Najlepszy (według autora) do czasu wydania A…symetrii umowy wzorzec opracowali koledzy architekci z Nowej Zelandii. Model niemal idealny i – niestety – zakładający, że rodzaj ludzki jest idealny! Cóż, oderwanie od reszty świata wytworzyło tu specyficzny wzorzec społeczny, którego inne narody mogą tylko pozazdrościć. Wszyscy nie są jednak tak doskonali jak – chyba – obywatele Nowej Zelandii.

(Nie)właściwy wzorzec

W poprzednich odcinkach została zaprezentowana dostateczna liczba przykładów ludzkiej „pomysłowości”. Budowa wzorca umowy wymaga uwzględnienia naszej ułomności. Te dokumenty mają więc wiele wad, a gdy wpadną w ręce urzędnika administracyjnego, błędy ulegają powiększeniu. Funkcjonariusze publiczni bowiem:

  • wiedzą, że wszystko wiedzą;
  • jeżeli nie wiedzą – patrz punkt wyżej;
  • idealnie znają prawo (pod własnym kątem oczywiście);
  • petenta uważają za zbędny rodzaj gatunku ludzkiego;
  • mają „władzę” utwierdzającą ich w nieomylności.

Jak przejawia się bezmyślne stosowanie niewłaściwego wzorca? Najdobitniejszym tego przykładem są zamówienia publiczne („ideał” wymyślony w dobie liberalnego wolnego rynku jako najżyźniejsza dla korupcji gleba na świecie), gdzie zamawiający urzędnicy, bez żadnej analizy, tak samo traktują dołączany do warunków przetargu „wzór” umowy zarówno na projekty kanalizacji ulicznej, jak i na prace architektoniczne. Jeszcze inni nie widzą wręcz żadnej różnicy pomiędzy zamówieniem krzesła do urzędu a projektem. Dodać trzeba, że jakość merytoryczna tych „wzorców” jest pod każdym względem żałosna. Można czasami odnieść wrażenie, że w urzędach administracji samorządowej i rządowej pracują najgorsi z możliwych prawników. Nie jest to tylko specjalność polska. Dyrektywy Unii Europejskiej np. stanowią w wielu przypadkach elementarz głupoty (co nie oznacza, że autor jest eurosceptykiem – wręcz przeciwnie). Czy ludzie piszący i stosujący takie prawa „nie wiedzą, co czynią”? Wręcz przeciwnie. Są świetnie zorientowani w problemie, a swoimi działaniami operują z pełną premedytacją.

Wielu czytelników zadaje sobie pytanie, dlaczego w tym właśnie odcinku cyklu, który z założenia ma poruszać kwestie związane z budową umowy, opisuje się akurat aspekt dotyczący sfery zamówień publicznych? Ponieważ jest to przypadek kliniczny. Problem tej patologii stanowi klucz do budowy uniwersalnego wzorca o charakterze specjalistycznym, którego konstrukcja pozwoli zminimalizować urzędniczą głupotę w sferze projektowania architektonicznego. Wyeliminowanie patologii nie jest oczywiście do końca możliwe ze względu na fakt, że kreatywność umysłu ludzkiego – jak zrobić coś wbrew przyjętym regułom – nie zna granic. A kto przyjdzie najprędzej w sukurs urzędnikom? Niestety, architekci! To nic, że najczęściej to beztalencia zawodowe. Tacy „koledzy” bardzo dobrze wiedzą, że wysoko podniesiona poprzeczka jakości to dla nich przysłowiowy gwóźdź do trumny. Jeżeli specjalistyczny wzorzec umowy uwzględni wiele symetrycznych zapisów, które na pierwszym miejscu postawią profesjonalizm stron, to model ten stanie się dla każdej miernoty niewygodny, a wręcz spowoduje ujawnienie się – do tej pory skutecznie skrywanej – amatorszczyzny.

Wracając do merytorycznych aspektów związanych z budową umowy, w kolejnym odcinku zostaną scharakteryzowane wszystkie jej niezbędne składowe, czyli rozdziały i załączniki. Czytelnicy powinni traktować to jako swojego rodzaju „umowę blankietową”, a zatem wzorzec do indywidualnych ukształtowania i redakcji, w zależności od potrzeb. Czy należy nadać im szerszy, czy też węższy charakter, zależy od... zdrowego rozsądku i stopnia zaufania umawiających się stron oraz – co jest warunkiem podstawowym – od skali przyszłego zamierzenia inwestycyjnego.

Kiedy mówi się o umowie, to myśli się o pieniądzach. Zbyt niefrasobliwe potraktowanie sprawy może skutkować komplikacjami w przypadku sporów sądowych pomiędzy stronami. Jednak, idąc w drugim kierunku, zbytnie zagmatwanie dokumentu przy zamierzeniach tego niewymagających, może za sobą pociągnąć nieporozumienia między zamawiającym a wykonawcą. Wykładnikiem stopnia skomplikowania przyszłego przedmiotu umowy są ogólnie przyjęte (a wcześniej opisane) tzw. kategorie trudności obiektów budowlanych. Tę funkcję spełniać mogą standardy wykonywania zawodu architekta, opracowywane przez samorządy i organizacje zawodowe architektów. Pod względem merytorycznym owe dokumenty są do siebie zbliżone niemal pod każdą szerokością geograficzną. Stworzone standardy są zwykle powszechnie dostępne i ukazują potencjalnemu inwestorowi zakres prac architektoniczno-inżynierskich stojących przed architektem i jego zespołem. Aby właściwie określić skalę przyszłego zamierzenia, w niektórych krajach wręcz zaleca się zamawiającym konsultacje z organizacjami zawodowymi. W innych państwach owe regulacje stanowią ogólnie przyjęte obowiązujące prawo.

Problem, na jaki trzeba również zwrócić uwagę, to liczba potencjalnych umów, jakie mogą być zawarte z jednym architektem (zostały one już opisane wcześniej). Ich odmienne charaktery jeszcze bardziej komplikują sprawę. Teoretycznie należałoby opisać 11 niezależnych umów, nie wspominając już o uzupełniających. Nie miałoby to jednak żadnego sensu. W wielu wariantach ich treści byłyby do siebie bardzo zbliżone i zakłóciłyby czytelność niniejszego opracowania.

Waldemar Jasiewicz
Waldemar Jasiewicz
Architekt IARP

przewodniczący Rady Podlaskiej Okręgowej Izby Architektów, rzeczoznawca budowlany, do 2004 roku współwłaściciel pracowni projektowej

reklama

Warto przeczytać