Facebook

Archikod

Z:A 82

KATEGORIA: Temat wydania

Patrząc w przyszłość, należy spoglądać na przeszłość. W XX wieku architektura błądziła i zagubiła swój ponadczasowy kanon, co postanowiłem opisać w książce ArchiKod, która ukaże się w grudniu 2021 roku. Idąc śladem miejsc i dzieł, odkrywam swoisty kod kulturowy, powodujący, że miasta zachowywały jedność w różnorodności.

Już na przełomie xix i xx wieku wieku miasta zaczęły piąć się wzwyż, a jednocześnie – gubić swoje granice. Istotniejszym problemem niż rozlewanie się miast ku peryferiom stało się jednak rozmy wanie roli architektury wśród sztuk wizualnych. Im bardziej miała ona być śmiałą grą brył w słońcu, tym bardziej stawała się chaotycznym upychaniem w przestrzeni kontenerów, pokrywanych coraz bardziej powtarzalnymi lub zaskakującymi tapetami.

     Penetrujemy architekturę dzięki jej wnętrzom publicznym. Przestrzeń budynków oraz miast składa się z tego, co puste i pełne. Na przekór funkcjonalistom różna treść może wypełniać tradycyjne formy. Powietrzny negatyw architektury odczytujemy przez materialny pozytyw. W mieście są to ulice i place, skwery i pasaże prowadzące do gmachów oraz domów. Kiedy budynki stały się zestawem funkcjonalnych pomieszczeń o nieokreślonej formie, a przestrzenie między nimi straciły siłę geometrii, zgubiliśmy kanon, który umożliwiał odczytywanie przestrzeni nie tylko dzięki numerom domów i nazwom ulic. Gdy gps pozwala trafić do celu nawet w chaosie, zapominamy, że tylko my jako ludzie rysujemy formy, o których wcześniej myślimy. W miarę jak badamy społeczności naczelnych, uzyskujemy pewność, że znaczenia i kształty tworzą jedność, że to właśnie ten abstrakcyjny zamiar oraz umiejętność dyskusji, w którą wprowadzam, odróżnia nasze i ich działania.

Okładka książki Czesława Bieleckiego ArchiKod., il. Kotbury, Jacek Ebert

Współczesne standardy

Nie ma granicy, która biegnie pomiędzy domami, ulicami, ogrodami. To są kolejne warstwy form i znaczeń w świecie, który już niemal nie zna dziewiczej natury. Paradoksalnie, tak gęsto zaludniony kontynent jak Europa najbardziej troszczy się o środowisko, bo najwcześniej poczuł pułapkę wzrostu rozumianego jako postęp. Dawniej architekturę oddzielano od banalnego budownictwa, dziś, gdy niemal każdy obiekt budowlany podpisuje architekt, coraz rzadziej dotykamy sztuki. Na naszych oczach przywrócono do świetności zabudowę Łodzi przemysłowej, która w czasach mojej młodości była uważana za ponure dziedzictwo xix wieku. W Ziemi obiecanej, ekranizacji powieści Władysława Reymonta, hale fabryczne są jeszcze industrialnym piekłem. U schyłku komunizmu wciąż trwała w nich produkcja przędzy i tkanin; dopiero zaczynano wymieniać stare maszyny. Film Andrzeja Wajdy nie wymagał budowy dekoracji. Dzisiaj lofty Scheiblera czy Manufaktura w dawnym kompleksie fabrycznym Izraela Poznańskiego jaśnieją blaskiem architektury, natomiast szare bloki z lat 70. xx wieku są tylko banalnym budownictwem – kubaturą zamykającą powierzchnie użytkowe powtarzalnych pięter. Standardy budowlane epoki przemysłowej uzyskały status zabytków, a obecne sczezły za mojego życia. Może ikony współczesnej architektury kryją w sobie tajemnice przyszłych klęsk? _I tylko umyka to potocznemu oglądowi, zarówno twórców, jak i inwestorów oraz polityków?

     Jak to się stało? Dlaczego xix wiek wrócił do łask, zaś prekursorska konstrukcja Supersamu na warszawskim placu Unii Lubelskiej została wyparta przez standardowy development, skądinąd wpisany lepiej w kontekst niż zburzony, modernistyczny pawilon? Właśnie – development. Budynek to tylko część nieruchomości, gdy staje się mniej wart niż teren, na którym stoi. Dzisiaj – jak i niegdyś – trudno go uratować. Takie ostańce starej zabudowy, jak świat światem, padały ofiarą rozwoju. Kiedy ta przemiana jest zgodna z zasadą dobrej kontynuacji, a kiedy stanowi tylko dowód na nieopanowanie żywiołu rynku? I jak mechanizm rynkowy pogodzić z planowanym rozwojem miasta? Tym bardziej – myślę – warto rozważyć, kiedy w bliższej lub dalszej przeszłości udało się dzięki ponadczasowym regułom łączyć piękno, pieniądz i ład przestrzenny.

     Gdy pisałem Ciągłość w architekturze i upomniałem się o rewizję naszej oceny architektury xix wieku, Polska była za żelazną kurtyną. Zalewała nas produkcja wielkiej płyty – domów z fabryk. Z tych betonowych prefabrykatów architekci „odklockowywali” osiedla mieszkaniowe, nazwane wkrótce potem blokowiskami. Co bardziej przewidujący zastanawiali się już wówczas, jak je rehabilitować. Trwałość prefabrykowanej konstrukcji znacznie przekraczała doraźne walory użytkowe. Wkrótce przekroczyła trwałość ustroju, w którym powstała. Jak to się stało? Jak do tego doszło? Te pytania stawiali już sobie w Rosji w końcu lat 20. ubiegłego wieku zarówno zwolennicy awangardy rewolucyjnej, jak i liberalni postępowcy. Ich rozterki, przerażenie oraz paraliż woli opisała w swoich Wspomnieniach Nadieżda Mandelsztam. Rozdział poświęcony sowieckiej awangardzie nosił znamienny tytuł: Kapitulacja. Sto lat później, patrząc na Ruch Nowoczesnych, który miał być końcem historii architektury, zadaję sobie wraz z milionami jej odbiorców – użytkowników, i tysiącami projektantów to samo pytanie: jak to się stało, że piękno wyparowało, że królują nuda i banał, których nie mogą zdominować nieliczne budynki – ikony? Dlaczego dawna tkanka miejska wprowadza nas w świat architektury przez wielkie „A”, zaś dzisiejsza architektura tła – choć ma autorów – jest śmietnikiem form pozbawionych harmonii? Dlaczego w czasach, kiedy nikt nie mówił o planowaniu przestrzennym, powstawała przestrzeń publiczna, w której możemy realizować nasze rewolucyjne strategie smart cities? Dziś, w zaprojektowanym chaosie form przepychających się w kolejce do sławy, okazuje się to znacznie trudniejsze. Częściej piszemy rozprawy o miastach dla ludzi i miastach szczęśliwych, niż takie miasta umiemy budować. Jakkolwiek doskonały byłby nasz software miejski, architekci są od hardware’u.

Piazza del Campo w Sienie., il. Czesław Bielecki

Plan Voisin Le Corbusiera, il. Czesław Bielecki

Wieczna teraźniejszość

Książka ArchiKod jest próbą opisania kanonu wartości i zasad, o których nie tyle zapomnieliśmy, ile je zagubiliśmy. Dokonaliśmy niemal całkowitej destrukcji języka architektury poprzez nowomowę: o sztuce kształtowania przestrzeni, społecznych celach projektowania, dostosowywaniu formy do funkcji, ochronie zabytków przeszłości, inteligentnych miastach. Historia architektury nie tylko przestała być nauczycielką życia, ale wręcz stała się cmentarzem form i treści odklejonych od banalnej współczesności. Nie namawiam do sentymentalnego imitowania przeszłości w proteście przeciw współczesnej brzydocie architektury oraz chaosowi miast. Nie mam złudzeń. Piękno nie jest i nie było wszechobecne. Na holenderskich obrazach sprzed 200 czy 300 lat oglądamy wpół zrujnowane domostwa w cieniu wielkich drzew. Na perspektywach podmiejskich uliczek Maurice’a Utrilla króluje banał. To geniusz malarzy dźwigał tę przeciętność ku pięknu.

     Linią mojego wywodu nie oddzielam przeszłości od teraźniejszości, a tym bardziej – od przyszłości. Coraz szybciej podróżujemy po coraz mniejszym świecie i każdy z nas, sumując obraz przestrzeni stworzonych przez człowieka, może powtórzyć za Williamem Faulknerem: „Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie to nawet nie jest przeszłością”1. Jednak początki sztuki nie są też – jak chciał Sigfried Giedion, ojciec chrzestny modernizmu –„wieczną teraźniejszością”. Skoro wciąż nie porzuciliśmy złudzeń nowoczesności i wiary w wieczny postęp w antropocenie, postanowiłem spojrzeć na nasze dzisiaj tak, jakby teraźniejszość była historią, która już się wydarzyła. Taką właśnie była dla autora Wojny peloponeskiej. Mam poczucie, że w architekturze nastąpił właśnie moment Tukidydesa. Jeśli ma ona przetrwać jako sztuka, musi odnaleźć kanon, który zagubiła. Ta teraźniejszość nie może trwać wiecznie – przecież doprowadziła do obecnego kryzysu.

Wieże londyńskich kościołów, proj. C. Wrena wg R. Scrutona., il. Czesław Bielecki

 

Cztery światy

Mój ArchiKod jest zbudowany z czterech triad. Pierwszą tworzą: miejsca, sieci i życie. Nawet nieświadomy użytkownik architektury przez te trzy pojęcia widzi przestrzeń. Piękno, proporcje, forma i treść formują triadę najważniejszą dla architektów oraz designerów. Część i całość, budowanie, własność i rozwój – oto triada inwestorów, deweloperów, właścicieli nieruchomości. Ostatnią, czwartą, triadę tworzą: przestrzeń publiczna, prawo i plan oraz przemiany. Na niej skupiają się planiści i politycy. Te cztery triady pojęć pozwalają tworzyć architekturę siedlisk dla ludzi, jeśli połączymy je węzłami życia w sieci – tej, która obejmuje dziś całą przestrzeń świata. Cywilizacji człowieka nie da się już oderwać od natury. Właśnie dlatego próbuję odtworzyć zagubiony kanon 12 pojęć. To one tworzyły przez wieki kod kulturowy. Pozwalał on znaleźć wspólny język wtedy, gdy interesy jednostek oraz grup były tak samo (albo i bardziej) rozbieżne jak dzisiaj, kiedy nasz ślad węglowy okazuje się silniejszy niż ślad kulturowy.

     W mojej książce wprowadzam czytelnika w cztery światy, które formują architekturę i krajobraz w skali budynku, miasta, regionu i globu. Prześledzimy wspólnie, jak cztery grupy interesariuszy okazują się współzależne w swoich działaniach, choć mają też własne kryteria oceny skuteczności, sukcesów, satysfakcji. Jedni sądzą, że budynki kształtują architekci, a miasta – urbaniści. Drudzy zauważają dyktat pieniądza i rynku – za kształt przestrzeni czynią odpowiedzialnymi inwestorów oraz deweloperów. Ci ostatni za większość swoich niepowodzeń winą obarczają trzecią grupę, narzucającą im ramy działania: prawodawców, polityków, planistów i urzędników. Last but not least media i krytycy, w imieniu obywateli i użytkowników, winią pozostałych interesariuszy za wszelkie nieszczęścia w przestrzeni: za nudę, chaos, brzydotę. Według własnych kryteriów odczytywania sztuki i rzeczywistości pokazują pierwszym trzem grupom, że to z powodu ich ignorancji i braku rozumienia współczesnej cywilizacji narasta konflikt tak postrzeganej urbanizacji z przyszłością globu.

     Mam przekonanie, że minione stulecie 1920–2020 było dla architektury stracone, zwłaszcza dla architektury miast, a przecież to w nich żyje już ponad połowa ludzkości. Nawet dzieła – ikony z tego okresu – kryją w sobie zapowiedź niepowodzeń. U progu XXI wieku stanęliśmy wobec globalnych zagrożeń środowiska – naturalnego i budowanego. Podróżujemy w zawrotnym tempie w przyszłość. Nie znamy mapy rozwiązań, nasze kody kulturowe często się wykluczają, brak nam wspólnego języka, którym moglibyśmy się porozumiewać. Cztery grupy decydentów, dla których napisałem tę książkę, współpracują tylko wtedy, gdy muszą – gdy łączy ich wspólny interes. Na ogół tylko taktyczny. Wymieńmy je jeszcze raz. Pierwszą grupą są obywatele, użytkownicy, klienci. Drugą – architekci, projektanci, urbaniści, którzy z tytułu swojej profesji mają tworzyć przestrzeń użyteczną, piękną i trwałą. Trzecią grupą są właściciele, deweloperzy, inwestorzy, którzy konstruują, przekształcają, unowocześniają i rozwijają nieruchomości. Z natury aktywności gospodarczej ich celem jest przede wszystkim zysk. Czwartą grupą są politycy krajowi i lokalni – samorządowcy, planiści, administratorzy, decydujący o przemianach, tworzący i egzekwujący reguły ładu przestrzennego. Każda z tych grup ma swoją strategię i taktykę, interesy długofalowe i doraźne, swoich teoretyków i praktyków, krytyków i media. Mimo faktycznej dostępności danych o środowisku naturalnym, kulturowym czy też o potrzebach społecznych komunikacja między nimi jest fatalna. Na przekór cyfryzacji i kontaktom online.

     Choć zmieniają się teorie estetyczne, to nadal w różnych epokach i sytuacjach właśnie dążenie do piękna, ów wybór estetyczny, decyduje o tym, co już jest architekturą, a co pozostaje tylko budownictwem. Z pewnością John Nash, proponując różne zwieńczenia wież, nie uznałby za twórczość, a nawet rzemiosło artystyczne, znanej w ostatnim stuleciu prostej repetycji form.

     Jak do tego doszło, że znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy? W miejscach, które leżą wszędzie i nigdzie? Gdy Gertruda Stein przed stu laty odwiedzała Oakland, powiedziała: „Kiedy przyjeżdżasz tam, nie ma tam żadnego tam” (When you get there, there isnt’t any there there). Kiedy już wydawało się nam, że wszystkie problemy mają wymiar globalny i miliardy penetrują świat za pośrednictwem Google Earth, okazało się, że rozwiązania pozostały narodowe i zawęziły się jak nasz świat w kwarantannie 2020 roku.

     Kiedy wchodzimy na Piazza del Campo w Sienie, widzimy jego jedność w różnorodności, cudowne miejsce spotkania ludzi sztuki i pieniądza, to nie możemy już bezkrytycznie patrzeć na minione stulecie. Zaiste, renesans był wspólnotą języka i pojęć. Do dziś podziwiamy miejsce, w którym materializował się kod kulturowy tej epoki – zakorzeniony w przeszłości i otwarty na przyszłość. Zestawienie przestrzeni tego placu z ogromem wieżowca z Planu Voisin Le Corbusiera pokazuje pomyłkę skali. Z tego punktu widzenia ostatnich sto lat nie było ani ewolucją, ani reformą, lecz rewolucją. Totalitarną, ponieważ wszędzie, gdzie utopia – lewicowa, prawicowa czy neoliberalna – znalazła się u władzy, następowało nieuchronne standaryzowanie się myśli architektonicznej i urbanistycznej. Tam, gdzie rządy utopii upadały, wracał zagubiony kanon. Niestety, wyrastał on na skażonym podglebiu: własnościowego chaosu, zdruzgotanych obyczajów wspólnotowych, braku ograniczeń dla spekulacji gruntowej i budowlanej. Doświadczenie żywiołowego wzrostu miast w XIX wieku niewiele nauczyło nas w minionym stuleciu.

Kod kulturowy

Wiek XX okazał się okresem fantastycznego rozwoju wiedzy o rzeczywistości społecznej, fizycznej, biologicznej. Rewolucja informatyczna, która dokonuje się w ostatnich dekadach, spowodowała, że możemy błyskawicznie poznawać fakty, kwantyfikować skomplikowane procesy, optymalizować decyzje. To wszystko nie ocaliło nas jednak przed absurdami naszych własnych działań, brzydotą, klęskami społecznymi, a nawet ludobójstwem. Ludziom udało się wylądować na Księżycu, wysłać łazika-robota na Marsa, ale nadal nie radzimy sobie ze zrozumieniem sensu naszych ziemskich ograniczeń. Gdy idea globalizmu zdobywała kolejne umysły, a ocieplenie planety zmieniło się z roboczej hipotezy w realną prognozę, Stanisław Lem przypomniał, że Ziemia przypomina jabłko. Warstwa delikatnej atmosfery, której zawdzięczamy życie, jest nawet cieńsza niż skórka owocu. Podziurawienie jej czy zanieczyszczenie grozi niechybną katastrofą. Gdy byłem architektem w sile wieku, ekologów nazywaliśmy w żartach ekoterrorystami. Teraz żarty się skończyły.

     Mam poczucie, że straciliśmy ostatnie stulecie, bo próbowaliśmy błędnymi teoriami opanować praktykę. Na szczęście właściciele, deweloperzy, inwestorzy, użytkownicy i obywatele nie ugięli się i nie podporządkowali modernistycznym i postmodernistycznym złudzeniom. Rzeczywistość broniła się przed chorymi pomysłami architektów i decydentów, ale nie ochroniła się do końca. Politycy i planiści uwierzyli w mechanistyczne teorie o ludzkich potrzebach, o inżynierii społecznej w imię utopijnej równości i sprawiedliwości, a niektórzy nawet w koniec historii. Dziś przydałoby się przywrócić płaszczyznę komunikacji, wspólny kod kulturowy – ArchiKod. •

Czesław Bielecki
Czesław Bielecki
Architekt IARP

architekt, publicysta, działacz opozycji w PRL-u, poseł na Sejm III kadencji; w 1984 założył firmę architektoniczną DiM’84 Dom i Miasto; kawaler Orderu Orła Białego; autor książęk o architekturze: "Gra w miasto", "Więcej niż architektura". "Pochwała eklektyzmu", "Sztuka budowania". Współczesny paradygmat; w 2021 roku ukazał się tom jego esejów publikowanych w „Kulturze Paryskiej” pt. "Tak i nie", w grudniu premiera jego książki "ArchiKod" – o architekturze nie tylko dla architektów.

reklama

Warto przeczytać