Facebook

7 grzechów głównych IARP

Z:A 76

KATEGORIA: Temat wydania

Pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, zazdrość, gniew i lenistwo. Nie o religii jednak, a o Izbie Architektów RP, która niebawem ma świętować 18-lecie istnienia, będzie ten tekst.

Założenie teoretycznie było proste – napisać coś humorystycznego i bez zadęcia o grzechach IARP. Ale jak tu stworzyć coś zabawnego w odniesieniu do grupy zawodowej… architektów? Przecież bez mrugnięcia okiem można zarzucić nieomal wszystkie wymienione ułomności każdemu z nas, daleko nie trzeba szukać, np. autorowi tego tekstu. Wielu chętnie dodałoby, że jestem wręcz świetnym przykładem popełniania owych 7 grzechów. I byliby naprawdę blisko. Prawda jest taka, że tego typu przewiny spokojnie można przypisać prawie każdemu architektowi. Nie ma się o co obrażać. Tacy jesteśmy i nic nigdy tego nie zmieni. Po prostu tak mamy.

Skoro w poprzednim akapicie poruszyliśmy już kwestię grzechów osobistych, czas sprawdzić, czy nasz samorząd zawodowy, jako „dorosły” już 18-latek, sam nie wpadł w wir tych występków.

Pycha

Biorąc przykład bliźniaczego (tak powszechnie postrzega nas społeczeństwo, które nie rozróżnia odmienności naszych zawodów) samorządu, można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście to architektów należy wskazać za przykład nadymanych pychą. Lata obserwacji każą przyjąć tezę, że architekci – w odróżnieniu od wspomnianych kolegów – nie za bardzo lubią podkreślać na każdym kroku, że są zawodem zaufania publicznego. Bo i po co? I tak powszechnie wiadomo, że w trakcie pracy pozyskujemy od naszych klientów rozmaite poufne oraz bardzo osobiste informacje, których nie poznalibyśmy, gdyby owi nie byli przekonani, że zachowamy dyskrecję. A ta nasza niedobra Izba na dodatek zadbała, aby architektom „nie odbiło” – o odpowiednią redakcję zasad etyki. Mamy tak wykonywać zawód, żeby w zasadzie nad każdym z nas jaśniały złota aureola i chwała świętości. Wszak, według kodeksu etycznego, powinniśmy być „młodzi, piękni i bogaci”, że o pełni cnót wszelakich nie wspomnę. Pycha, owszem w Izbie występuje, tyle że w innym miejscu. To suma pych osobistych (lub pojedynczych ego). Wielu z nas uważa, że posiadło już taką wiedzę i zdobyło taki bagaż doświadczeń, że inni powinni czerpać z tej studni nieomylności pełnymi wiadrami. No i mamy mnogość regulacji, wniosków o takie regulacje, a poza koniecznością poznania 50 tys. różnych przepisów prawa (!) zmuszeni zostaliśmy – jako członkowie IARP – do zdobywania wiedzy na temat kolejnych setek (jeśli nie tysięcy) wewnętrznych przepisów, które bynajmniej nie ułatwiają codziennego wykonywania zawodu. A Izba miała to być taka przyjazna instytucja…

Chciwość

Ach, ci niedobrzy, chciwi architekci. Weźmy przykład pierwszy z brzegu – składki. Zarzuty: „Co ja z tego mam? Izba mi nic nie daje w zamian”. Nic nie daje, powiadacie? To proszę uprzejmie: przed powstaniem samorządu roczna składka ubezpieczeniowa pracowni architektonicznej od sumy gwarancyjnej 1 mln zł wynosiła ok. 12. tys. Po wynegocjowaniu współpracy z ubezpieczycielem rynkowa wysokość takich składek za analogiczny zakres spadła o połowę (i dotyczy to wszystkich towarzystw). Oznacza to, że architekci prowadzący własne pracownie już przy podstawowej ochronie zaoszczędzili 6 tys. zł. Roczne składki w IARP to ok. 1000 zł. Bilans jest prosty – 5 tys. zł rocznie do przodu.

Inny przykład to dostęp do serwisu prawnego. Każdy z nas musiałby wydać na abonament więcej, niż wynosi wartość rocznej składki. Wymieniać dalej? Normy techniczne. Każdy wie, ile kosztuje abonament w serwisie internetowym. To wartość kilku rocznych składek. A dodajmy jeszcze bezpłatne szkolenia stacjonarne (i te online), serwisy pomocy zawodowej itd. Gdzie tu widać chciwość? Ale w oczach wielu Izba była, jest i będzie zachłanna, bo jak mawiał klasyk: „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne”…

Nieczystość

Członkowie Izby bardzo często oskarżają ją o nieszczere intencje. I słusznie. Młodszy narybek nie pamięta lub nawet nie wie, ale mieliśmy w IARP taki okres: żadnych cenników, żadnych ograniczeń w konkursach, bo będzie antymonopolowa kara dla… „porozumienia przedsiębiorców”. Tak, to nie pomyłka! Tak właśnie zostaliśmy nazwani przez urząd ds. ochrony rynku i konkurencji. W efekcie mamy trzy cenniki – o przepraszam – „regulaminy honorariów”: złotówkowy, procentowy, zusowski (tak, to nie żart!), a dodatkowo – słynne rozporządzenie do ustawy o zamówieniach publicznych, oparte na naszych regulaminach. Poza tym są jeszcze zasady wycen SARP. I co? Dumping jak był, tak jest, i to się prędko nie zmieni. Taka jest natura ludzka… Oczywiście, że chcielibyśmy, aby wyceny były obligatoryjne. Na razie funkcjonują jako rekomendowane. Tyle że niewielu architektów w ogóle wie, że są. Stąd regularnie (średnio co 4 lata) odzywają się głosy, że musimy mieć cennik. Przecież mamy, nawet wiele! Tylko ich nie używamy. I tak zawsze znajdą się wątpiący, twierdzący, że „to wszystko jest mocno podejrzane"…

Łakomstwo

Teoretycznie wydawałoby się, że ciężko powiedzieć coś o tym grzechu w Izbie. Skoro jednak wspomniana „bliźniacza izba” – powołana zresztą na mocy tej samej ustawy – od zawsze jest łakoma na architektów w swoich szeregach, to kto tu ten grzech popełnia? Ale my jakoś nie dajemy się połknąć. Niestrawni architekci. Z regularnością mniej więcej 3-letnią wmawia się społeczeństwu, że to IARP jest „nienasyconym kanibalem rynku projektowego”. Jak? A np. tak, że jesteśmy łakomi – a to na urbanistów, a to na architektów wnętrz lub krajobrazu. Byle tylko ich wchłonąć w nasze szeregi. Tymczasem okazuje się, że ani my, ani wspomniane grupy zawodowe wcale się do tego nie garniemy!

Innym razem z kolei zarzucano IARP, że uzurpuje sobie prawo do wyłącznej reprezentacji środowiska. I to jeszcze skandalicznie, bez poszanowania „matki” i „ojca” oraz ponad wiekowej tradycji. Ach, co za niewdzięczne dziecko! Zostawiło rodzica samego w pałacu, wzięło kredyt i zamieszkało w bloku. Na dodatek obok śmietnika! Ale w rodzinie tak już jest, że przychodzą w końcu dni zgody i rodzice z dziećmi wpadają do siebie na obiadki. Oczywiście bez grzechu obżarstwa…

Zazdrość

Tym grzechem skażony jest każdy zawód twórczy. Nieważne czy muzyka, plastyka, aktora, pisarza, względnie architekta. Tak już natura wymyśliła talenty, że tylko niewielki ich procent to autentyczni twórcy przez duże „T”. Znakomita większość artystycznej populacji to rzemieślnicy, a reszta… Cóż – życiowe pomyłki. Problem w tym, że to ta ostatnia grupa najbardziej obarczona jest zazdrością. Świat jakoś sobie z nią radzi i będzie radził, aczkolwiek współczesne media społecznościowe potrafią wykrzesać takie pokłady hejterskiej energii, iż czasem można odnieść wrażenie, że jej tradycyjne nośniki, jak węgiel, gaz czy ropa, są już zbędne. W Izbie też to widać, ale nieco inaczej niż w SARP. Tutaj nie ma rywalizacji pomiędzy mniej zdolnym a wybitnym, za to przeważnie występują napięcia na linii projektanci – urzędnicy. Ci drudzy mają tę ciekawą cechę, że np. pozwalają bez problemu budować obiekt, dla którego maksymalną wysokość ustalono na 15 m, i bez oporu zgodzą się na ponad 10-metrową nadbudówkę technologiczną (ponad ustalone 15 m), ale za żadne skarby nie dadzą zrealizować inwestycji, kiedy wysokość kalenicy zostanie przekroczona o 1 cm. Mało tego, ten centymetr potrafi być podstawą do dyscyplinarnego ścigania projektanta! Dlaczego? Ponieważ obudziła się zazdrość zawodowa. A co to ma wspólnego z Izbą? Na podstawie wieloletniej obserwacji struktury organów IARP należy skonstatować, że średnio ok. 70 proc. ich składów stanowią nie czynni projektanci, a urzędnicy. I to oni w większości inicjują mniej lub bardziej absurdalne regulacje wewnętrzne, które przekładają się na projektujących. Zazdrość zawsze zżera pozytywną energię. Izbę niestety też…

Gniew

Od zazdrości do gniewu jest równie blisko, co od miłości do nienawiści. Akcja rodzi reakcję. Kłótnie to cecha charakterystyczna wszelkich spotkań w naszym środowisku. Konflikty potrafią dotyczyć nowelizacji prawa budowlanego, planistycznego czy… jakiegokolwiek innego (nawiasem mówiąc, coraz bardziej bzdurnego), mającego związek z wykonywaniem naszego zawodu. Gniew rodzi się również w dyskusjach dotyczących wysokości składek, dumpingu, „lewych” konkursów, „podpisywaczy”, podbierania kolegom zleceń, naruszania praw autorskich itd. I co ciekawe, okazuje się, że poziom złych emocji w Izbie 20 lat temu wyglądał podobnie i… dotyczył tych samych problemów. Stąd należy wywieść, że za kolejnych 20 lat najprawdopodobniej będzie tak samo. „Nowi gniewni” w Izbie będą podnosić te same problemy, wyświetlając koledze lub koleżance holograficzne hałdy gniewu. Panta rhei…

Lenistwo

To chyba największy grzech Izby. Ludzka, acz cudowna przywara, mieni się tu wszystkimi kolorami tęczy. Chociaż ostatnie słowo nie należy obecnie do poprawnych politycznie. Co ciekawe, wbrew pozorom nie dotyczy to tylko centrali krajowej. Tu tempo pracy zwykle jest wartkie. Natomiast lenistwo na masową skalę pojawia się w okręgach. Co ważne, uwaga ta nie odnosi się do członków tzw. organów. Problem dotyczy zwłaszcza architektów opłacających składkę członkowską i mających resztę w miejscu, gdzie słońce nigdy nie dochodzi.

Dlaczego ten grzech zaniechania jest największy? Ponieważ w zarządzaniu Izbą brakuje mądrych, zdolnych architektów, którzy – w oparciu o własne doświadczenie życiowe (ostatnio jedna z ulubionych fraz prawników) – w wyważony sposób wzbogaciliby nasz warsztat i z całą pewnością lepiej potrafiliby wskazać, jak walczyć ze wszechogarniającą nasz zawód biurokracją.

Kiedyś architekci na spotkaniach rozmawiali o twórczości. Dzisiaj o tym, jak zatwierdzić projekt. Kiedyś wykonawca wściekał się na architekta, że ten rysuje i opisuje sposób wykonania detalu – to ubliżało jego godności i wiedzy zawodowej. Dzisiaj zdarza się, że architekt opisuje zasady trzymania młotka (właściwą stroną) – vide „Specyfikacja techniczna montażu i odbioru robót”. Izbie potrzebni są ludzie, którzy zaczną skutecznie walczyć z bzdurami przeczącymi zdrowemu rozsądkowi. Architekci, którzy powiedzą stop idiotycznemu powiększaniu z roku na rok objętości warunków technicznych. W końcu – tacy, którzy będą chcieli przywrócić jej ludzką, przyjazną twarz, uśmiech i życzliwość. Wystarczy się tylko nie lenić. Inaczej z powodu braku napływu świeżej krwi struktury Izby od okręgu po „krajówkę” będą kostnieć, a biurokracja w połączeniu z technokracją zabije wszelką kreatywność.

Miało być humorystycznie, tyle, że grzechy nie są śmieszne. A tym, którzy się z nich śmieją, dedykuję na koniec ostatnie zdanie z gogolowskiego Rewizora: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”.

il. Anna Nowokuńska.

 

 

Waldemar Jasiewicz
Waldemar Jasiewicz
Architekt IARP

przewodniczący Rady Podlaskiej Okręgowej Izby Architektów, rzeczoznawca budowlany, do 2004 roku współwłaściciel pracowni projektowej

TAGI

reklama

Warto przeczytać