OGÓLNOPOLSKIE CZASOPISMO IZBY ARCHITEKTÓW RP / NAKŁAD KONTROLOWANY 14 500 EGZ.
 
   
 
 
 
Wyszukiwarka_Z:A  
  Reklama    
   
 
         
Z:A
| DOŚWIADCZENIA ZAWODOWE ZA  |
|_03/2013  ZA

 

 

7 zdrajców Witruwiusza
///arch. Anna Buława-Pełka, architekt IARP /// fragmenty

Dołącz na Fb


///
wersja
beta_2
serwisu
///

AKTUALNY NUMER

Zamów Z:A drukowany

Pobierz Z:A_free

> Zamów prenumeratę

WYDANIA ARCHIWALNE

> Czytaj wybrane artykuły

> Zamów Z:A_drukowany

> Szukaj w archiwum

> Pobierz Z:A_free (pdf)

> e-Newsletter Z:A

Jak wynika z badań Pentor [1] (obecnie TNS), w kwestii klienckiego zaufania, architekci znajdują się daleko w tyle za lekarzami, prawnikami i nauczycielami. Zastanawiając się czym nadwyrężamy, tak potrzebne nam zaufanie społeczne, podjęłam się nakreślenia osobliwego spisu architektów-antyideałów. Ich przewinienia nikomu nie służą – klienta pozostawiają z niesmakiem, a w projektanckim światku odbijają się czkawką.
       
7 zdrajców Witruwiusza
       
       

Po publikacji tekstu „Kresek parę...” [2] otrzymałam liczne sygnały, potwierdzające, że dla znakomitej większości inwestorów doświadczenie i zaangażowanie zanadto się nie liczą. Liczy się natomiast, wzorem kulawego prawa przetargowego, rynkowy mechanizm najniższej ceny. Okazało się również, że wśród naszych koleżanek i kolegów są tacy, którzy starają się tłumaczyć inwestorów. Według nich powinniśmy zaczekać, aż społeczeństwo wzbogaci się, a klient uświadomi. Że to naturalne. Jednakowoż posiadamy swoją organizację, kodeks, przywileje. Czy nie potrafimy wykorzystać tych narzędzi, by budować spójny, wiarygodny wizerunek architekta?

Teorie marketingu i public relations zalecają by pracę nad wizerunkiem marki rozpocząć od analizy istniejącej sytuacji, od ustalenia swoich mocnych, a przede wszystkim słabych punktów. Oto więc „czarna lista” architektonicznych antybohaterów, z których słabościami powinniśmy zmierzyć się jak najszybciej...

/// Pierwszy
Zgłosił się do mnie swego czasu właściciel kamienicy położonej w ścisłym centrum średniej wielkości miasteczka celem zlecenia projektu szeroko rozumianego remontu, przy czym remont ów nie mógł zostać przeprowadzony zgłoszeniem, a jedynie procedurą pozwolenia na budowę, z uwagi na „niepokojący” stan obiektu (inspektorzy powoływali się na art. 30 ustęp 7 punkt 1. Prawa budowlanego). Sytuacja nie była prosta, ale inwestor zdawał się być człowiekiem przedsiębiorczym, kontaktowym i zorientowanym w realiach, co dobrze wróżyło przyszłości całego przedsięwzięcia. Klient, aby uniknąć jakichkolwiek komplikacji na etapie wydawania decyzji (i tym samym wydłużenia się postępowania), z własnej inicjatywy, już na samym początku umówił spotkanie z panią inspektor (architektem z miejscowego wydziału), właśnie po to, by dokumentacja była przygotowana poprawnie i zgodnie z miejscowym kanonem. Do tego momentu wszystko było jak należy. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy w trakcie rozmowy „bardzo sympatyczna i życzliwa” urzędniczka zorientowała się, że jestem architektem. Spojrzała wymownie na mojego klienta i bez ogródek oświadczyła, że zna dobrych architektów. Co więcej, że widziała projekty zrobione źle. I, gdyby chciał (kontynuowała jakby mnie tam nie było!), może mu podać kontakt do biura, które ma duże doświadczenie, zrobi ładnie i porządnie. Na pytania, z którymi przyszliśmy, nie chciała odpowiadać. Na odchodnym rzuciła: „są naprawdę dobrzy architekci!”. I tyle. Inwestor ostatecznie nie uległ namowom i, ku mojemu zdziwieniu, nie zdecydował się na „naprawdę dobrego” architekta. Wystarczył mu „architekt”. I całe szczęście.

Z kolei uśmiech ironii wywołuje u mnie inna, mniej happyendowa historia, a to dzięki wspomnieniu komicznych uników niedoszłej klientki po tym, jak została przez „pana w starostwie” poinformowana, że umowa, którą jej dałam, jest zła! Zła, bo nie daję jej architektonicznej gwarancji (cokolwiek to znaczy) na pozytywne rozpatrzenie wniosku o pozwolenie na budowę.

Może należałoby zmienić przepisy, aby to jedynie od architekta zależało, czy petent dostanie „pozwolenie”? O ileż świat byłby prostszy! Przynajmniej ten urzędowy. Nie mamy wpływu na to, komu uwierzy klient, jednakże osoby reprezentujące organy administracji państwowej, powinny postępować w taki sposób, aby pogłębiać zaufanie obywateli nie tylko względem państwa, ale też swoich kolegów architektów. Dlatego na pierwszym miejscu tej wyliczanki znalazł się, niestety,  u r z ę d n i k .

/// Drugi
Persona non grata numer dwa to  k r e ś l a r z . Czyli architekt, który swoją misję świadomie ogranicza do pracy biurowej. Uczulam, aby nie mylić z innym rodzajem kreślarza, architektem-świeżakiem, który „kreśli”, bo musi, bo tylko to mu los (szef) zsyła! Otóż nasz kreślarz osieroca projekty zaraz po ich wydrukowaniu, nie dzwoni do pani inspektor prowadzącej sprawę, nie odbiera telefonów od zaniepokojonego klienta, wreszcie nie zagląda na budowę. Oczywiście, możliwość wejścia na budowę jest naszym przywilejem, ale czy nie powinna stać się naszym obowiązkiem?

(...)
To nie jest pełna treść artykułu. Jak przeczytać całość? Patrz poniżej.


> napisz do autora: projekt@bepe-arch.pl

 
Cały artykuł możesz przeczytać w numerze Z:A_03/2013





Zamów Z:A drukowany

Pobierz Z:A_free


Zapraszamy do pobierania wydanych dotychczas numerów
Zawodu:Architekt w wersji PDF

 

> polecamy: artykuły on-line

> strona główna Z:A

 
Polecamy w Z:A
Nie można „deregulować” architekta inżynierem budownictwa
Sebastian Osowski,
na podst. informacji IARP

IZBA ARCHITEKTÓW
Tajny plan
zniszczenia świata

arch. Wojciech Gwizdak
FELIETON
Osiedle oparte
na współpracy

arch. Piotr Fokczyński

WYWIAD Z:A
Rodzina wielorodzinna w lokalu o trwałych ścianach
arch. Bożena Nieroda,
arch. Wojciech Gwizdak
DEFEKTY PRAWA
Wszyscy chcą
zostać architektami...

Bartosz Wokan
ARCH_I_KULTURA

 

 

 
 
 
 
    Copyright © 2004-2018 Izba Architektów RP. Wszelkie prawa zastrzeżone.  |  Zarządzanie serwisem i custom publishing: Oria Media.