Premiera Z:A nastąpiła: 19.11.2007, ostatnia aktualizacja serwisu www: 15.02.2011


Reklama

 
 

 

 

Podejdź no do płota!
czyli ring wolny w sprawie osiedli ogrodzonych

Artykuł  
opublikowany  
w Z:A_02_2010

 

Artykuły on-line

 

Co sądzisz o zamkniętych osiedlach ogrodzonych? – zapytaliśmy ponad dwadzieścia osób związanych z architekturą, kulturą i sztuką. Liczyliśmy na zgromadzenie opinii opozycyjnych – pozytywnych i negatywnych. Plan powiódł się tylko częściowo, ponieważ większość wypowiedzi stanowiła krytyczne oceny zjawiska. Prezentujemy kilka najbardziej wyrazistych. Czytelników ocenie pozostawiamy, z którą opinią warto się przespać...

Opracowanie: Anna Rumińska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bartosz Haduch, architekt, NArchitekTURA

Trudno o jednoznaczną ocenę osiedli ogrodzonych w Polsce. Wszystko zależy od tego, co owo ogrodzenie oznacza, czemu ma służyć i co się za nim znajduje. Jeżeli za murem znajdziemy wysokiej jakości architekturę o kameralnej skali, z przestrzeniami publicznymi, placami zabaw, zielenią itp., przestrzeń inspirującą, sprzyjającą integracji, spotkaniu – w takim przypadku nie widzę przeciwwskazań. Natomiast jeżeli ogrodzenie ma być tylko symbolem lepszego statusu finansowego właścicieli, zaznających spokoju jedynie w monitorowanych fortecach... jeśli oznacza setki metrów kwadratowych powierzchni użytkowej upchanych w ciasnych mieszkaniach w powtarzalnych blokach sprzedawanych za sztucznie wywindowane ceny – jestem zdecydowanie przeciw! Ta druga opcja pojawia się niestety częściej, potęgując rodzaj wyalienowania i podziału „klasowego” na tych „wewnątrz” i „na zewnątrz”, stymulując aspołeczne zachowania np. załatwianie problemów z sąsiadami za pomocą dostępnej 24 godziny na dobę ochrony.

Poczucia wartości, wspólnoty i bezpieczeństwa nie da się kupić. Nawet za kilkanaście tysięcy złotych za metr kwadratowy.

 

Filip Sokołowski, planista przestrzenny, urbanistyka.info

Nie można jednoznacznie opowiedzieć się za lub przeciw zamkniętym osiedlom, bez pytania m.in. o wielkość osiedla, jego lokalizację czy bezpośrednie otoczenie. Ograniczenie dostępności do terenów sąsiednich czy też utrudnienia komunikacyjne to istotne argumenty przeciw. Z drugiej jednak strony osiedla zamknięte to z reguły większe poczucie bezpieczeństwa, większa dbałość o estetykę wspólnej przestrzeni czy choćby mniejsze problemy z parkowaniem. Dopiero wówczas, gdy odniesiemy się do konkretnej lokalizacji i konkretnego projektu jesteśmy w stanie przewidzieć, które z czynników odegrają większą rolę i jak lokalizacja danego osiedla wpłynie na otoczenie i mieszkających tam ludzi.

 

Karolina Freino, artystka, freino.wordpress.com

Jako mieszkanka miasta, jestem ortodoksyjną wyznawczynią śródmieścia i nie chciałabym mieszkać na osiedlu zamkniętym. Jako artystka, działająca często w przestrzeniach miejskich, odnosząc się do kwestii osiedli zamkniętych mogę jedynie powiedzieć, iż każda przestrzeń posiada potencjał lokowania w niej ewentualnych działań artystycznych. Osiedla zamknięte, jako że doskonale obrazują przemiany społeczne i ekonomiczne w naszym kraju, mogą być tym samym bardzo interesującym punktem wyjścia dla pracy, szczególnie dla artystów poruszających zagadnienia społeczne. Przykładem pracy bezpośrednio podejmującej problem zamkniętych osiedli był chociażby projekt Sana Kellera „Wycie wilków” (grupa ochotników wyła pod bramami osiedli zamkniętych w Warszawie), w ramach festiwalu „Passengers” w 2008 roku, a także projekt Doroty Chilińskiej i Andrzeja Wasilewskiego „Kwarantanna” (ogrodzenia osiedli w Toruniu otoczone zostały żółtą taśmą z napisem kwarantanna), w ramach festiwalu „Entopia. Harmonia miasta” zorganizowanego przez toruńską Wozownię w 2008 roku. Projekty te ukazują dwie odmienne strategie w ukazywaniu problemu: humor i napiętnowanie (przy czym mnie osobiście bliższa jest ta pierwsza).

 

Anna Rumińska, antropolożka kulturowa, emsarelacje.pl

W kwestii płotów nie ma różnicy między wsią a miastem – potrzeba granic jest typowa dla mieszkańców obu tych siedlisk. Zjawisko grodzenia jest dość spójne ze zjawiskiem retrybalizacji głoszonym swego czasu przez Marshalla McLuhana, odnoszonym wprawdzie do mediów, ale czyż architektura i przestrzeń nie są właśnie medium/przekazem? Niewątpliwie granice – płoty – są niezbędne również we współczesnych miastach, dlatego korzystniejsza byłaby dogłębna analiza zjawiska pozbawiona emocji, niż swoiste obrażanie się na deweloperów i architektów, realizujących ogrodzone osiedla. Ostatnimi, których należy potępiać za udział w tym „procederze”, są mieszkańcy tego typu osiedli. „Osiedla ogrodzone degradują krajobraz i degenerują relacje społeczne” – to słyszymy najczęściej, jednak prawda leży pośrodku. To dziwne, że bardziej drażni płot lub mur luksusowego osiedla, niż płot lub mur willli. Zapomnieliśmy o poszanowaniu prywatnej własności? Władze miast mają wyzwanie, ale nie sądźmy, że uciekniemy od granic – nie bójmy się ich, bo paradoksalnie są niezbędne do budowania pozytywnych relacji (to coś jak metafora płotu u Pawlaka i Kargula). Grodzenie się nie jest zjawiskiem nowym i sugeruje konieczność wielopoziomowego badania i oceny. Niezbędne są w tej dziedzinie działania antropologów i projektantów komunikacji społecznej, którzy mogliby równolegle do rozwijającej się inwestycji prowadzić konsultacje, negocjacje i mediacje społeczne między swoim i obcym, tj. mieszkającymi od lat i tymi wprowadzającymi się do nowych mieszkań. Brak rytuału powitania oraz zapoznania się nowych ze starymi, brak rytuału nadania imienia (ogłoszenie nazwy osiedla na bilbordzie nie jest rytuałem), to niektóre z kulturowych przyczyn częstych konfliktów. Wreszcie mieszanie tożsamości – nikt nie wie, kto i gdzie jest u siebie, obcy mieszają się ze swoimi – to wszystko generuje konflikty, ale jest możliwe do rozwiązania z udziałem humanistów. Szczególnie, gdy działania architektów i urbanistów są często całkowicie pozbawione wszelkiej humanistyki.

 

Agata Gabiś, historyczka sztuki

Co ja sądzę o osiedlach zamkniętych? Sądzę, że to najgorsze, co się może przydarzyć miejskiej przestrzeni. Bo z ich powodu miasto się nie rozwija, a zamiast różnorodnych miejsc tworzą się punkty generujące agresję (której wcześniej nie było). Bo co mają powiedzieć mili mieszkańcy „Dzielnicy”, którym na drodze do sklepu postawiono ogrodzone bloki? Chcąc nie chcąc, zaczynają nie lubić tych zza ogrodzenia osiedla – a tamci, skoro się ogrodzili, to chyba nie lubią tych z „Dzielnicy”? W ten sposób pojawiło się ognisko zapalne. A po co?

Najbardziej nie lubię, gdy na spacerze trafiam na płot – a za tym płotem plac zabaw dla dzieci z ogrodzonego osiedla (na który oczywiście nie mogą wejść inne dzieci). Jeżeli chcemy, żeby miasto żyło i rozwijało się, to powinniśmy eliminować osiedla zamknięte, ponieważ ich obecność blokuje pozytywny rozwój miasta. Powinniśmy wypracować pośrednią formę – wspólne, dostępne uliczki, a furtki tylko do konkretnych domów (analogicznie, jak w osiedlach domów jednorodzinnych). Sprzedając grunt miejski należałoby zaznaczyć, ile procent powierzchni mają zajmować wspólne alejki, skwer itd. i jak połączyć ten teren z następnymi działkami. I inwestor musiałby się do tego zastosować (a nie, jak dziś gdy grodzi swoją działkę, ignorując całkowicie fakt, że choć jest ona terenem prywatnym – to nadal stanowi fragment miasta). Najgorsze jest to, że przez ogrodzone osiedle nie można przejść – trzeba je obejść. No i mamy getto.

 

Robert Losiak, kulturoznawca

Kwestia ogrodzonych osiedli to problem budowania barier przestrzennych i mentalnych między mieszkańcami miasta. Płoty dezintegrują przestrzeń fizyczną miasta oraz poczucie wspólnoty jego mieszkańców, przynależności do miasta, a to fundamentalna wartość, jaka wiąże się z poczuciem lokalnego patriotyzmu. Miasto nie jest przede wszystkim projektem architektonicznym, ale wspólnotą ludzi. We Wrocławiu mieliśmy okazję to zrozumieć – takim integrującym wydarzeniem była powódź. Ona spowodowała znacznie więcej, niż wszelkie wcześniejsze zabiegi władz, skądinąd chwalebne, animujące nadwątlone poczucie wspólnotowości wrocławian. Teraz się grodzimy. Łatwiej jest zrozumieć budowanie osiedli zamkniętych na obrzeżach miasta – można je wtedy odczytać jako „satelity” związane z miastem, ale nie do końca do niego przynależne. Gorzej, jeśli powstają one w śródmieściu – są anektowaniem przestrzeni dotąd wspólnej i „odcinaniem się” od miasta. Za tym kryje się być może doświadczenie pokolenia, które zna granice z zasiekami i mur berliński. Powstanie ogrodzonych osiedli jest podobno skutkiem nieudolności władz, nie potrafiących zapewnić mieszkańcom właściwej ochrony. Byłoby to zatem świadectwo ludzkiej zaradności i poczucia obywatelskiej odpowiedzialności za swoje mienie. Sądzę, że poprzez grodzenie buduje się tylko iluzję bezpieczeństwa (i tak trzeba w końcu kiedyś wyjść poza osiedle) oraz fasadę odpowiedzialności (odpowiedzialność zostaje kupiona za pieniądze i scedowana na firmy ochroniarskie i kamery, nie ma zatem nic wspólnego z wewnętrznym poczuciem więzi i porządku). Mieszkańcy zamkniętego osiedla budują wspólnotę w oparciu o doświadczenie powierzchownej (według kryteriów zamożności) elitarności, która najbardziej kusi. Z powodów historyczno-politycznych (PRL) mamy pewien deficyt elitarności, lecz czy o taką właśnie elitarność nam chodzi?

 

Przemysław Filar, Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia

Osiedla ogrodzone to kompromitacja planowania i zamykanie koła, to trzeci świat, upadek miasta jako takiego. W cywilizowanych miejskich społeczeństwach miasto, to konsensus rożnych środowisk, które wypracowały współpracę. W Amsterdamie muzułmanie mają mieszkania komunalne w tych samych apartamentowcach, co Holendrzy – nie istnieją tam getta. Osiedle ogrodzone to getto, takie samo jak każde inne. Zamykając się w nich, odcinamy od miasta tę wyższą klasę zamkniętych pseudo-mieszczan. Miasto staje się zbiorem osobnych bloków nie powiązanych ze sobą, zamiast konglomeratu środowisk i zintegrowanych osiedli. Czym te osobne dzielnice różnią się więc od osobnych miast? Są, jak one, powiązane tylko punktowo – wsiadam w samolot z Londynu do Wrocławia i jestem, nie widząc ulic, placów, nie znając sąsiadów. Podobnie dzieje się w Polsce – mieszkaniec osiedla zamkniętego „pojawia się” w domu, pracy i markecie na przedmieściu, a miasto jako całość nie jest przedmiotem jego zainteresowań.

 

Gall Podlaszewski, architekt, przestrzendemokracji.blogspot.com

Wakacje w Rzymie... ujrzałem pseudoraj: zielone wyspy otoczone blokami mieszkalnymi wyniesionymi ponad fosami przeznaczonymi na parkingi dla samochodów, otoczone bezkresem łąk. Pieszy nie ma szans. Giniesz bez samochodu. Efekt fascynacji autem lat 60- -70-80. Udało mi się dostać do środka, a wewnątrz, na wymarzonych zielonych wyspach, ani żywego człowieka...

Jeśli chodzi o Polskę, widzę dwie główne przyczyny powstawania osiedli zamkniętych: 1) brak konkretnego planowania miejscowego i zdecydowanej polityki miasta skierowanej na świadome tworzenie wysokiej jakości przestrzeni życia, 2) wykorzystanie takiej sytuacji do marketingowego pozycjonowania inwestycji przez deweloperów poprzez łatwą kreację „lepszej” jakości, popierane ogólną paranoją strachu. Z tego powodu osiedla zamknięte z pewnością zasługują na najwyższą naganę. Niektórzy powiedzą, że skoro się sprzedaje, to znaczy że jest dobre. Inni, że to zabójstwo dla miasta.

Trudno potępiać osoby tam mieszkające, gdyż: a) często nie mają dostatecznej świadomości na temat tego, na co się decydują, b) oferta rynkowa jest zwykle bardzo ograniczona, c) miasta, takie jak Warszawa, są już na tyle „zamerykanizowane”, że łatwiej mieszka się w wygodnym osiedlu zamkniętym obok centrum handlowego. Znając lepsze alternatywy zapewniania poczucia bezpieczeństwa, wiedząc że grodzone osiedla cofają nas w rozwoju zamiast pchać do przodu, jestem opozycjonistą w tym temacie. Drżę na widok obojętności wielu architektów w tej kwestii – dla których wciąż ważniejsza jest kreska na elewacji niż to, jak budynek wiąże się z otoczeniem.

 

Ewa Rossal, antropolożka kulturowa

Mieszkam na jednym z takich osiedli, ale z przysłowiowym „poczuciem bezpieczeństwa” nie ma to nic wspólnego, ponieważ teren jest stale dostępny. Furtka jest otwarta, strażnika nie ma, więc wchodzi każdy, kto chce. Jest to ogrodzone blokowisko dziewięciopiętrowców. Nie dość, że brzydkie te bloki jak diabli, to jeszcze prawie nie ma zieleni wokoło, a zarządcy chronią te brzydactwa. Przed czym? Przed kim? Być może według czyjejś opinii to ma wzmacniać poczucie prywatności? Nie podoba mi się idea osiedli ogrodzonych. Najładniejsze osiedla są zamykane i nie da się popatrzeć, jak przyjemnie można zabudowywać miasta. Pamiętam z Florencji jedno bardzo prestiżowe osiedle i nie wyobrażam sobie – chyba podobnie jak Włosi – jak można byłoby je „zamknąć” dla oczu innych. Przecież specyfika osiedli polega na powiązaniu ich z resztą otoczenia, a nie odcinaniu się! Moje osiedle ciężko jest zdefiniować: ma trzy bramki, jedna z nich jest zamykana po 22:00, przy innej jest budka strażnicza, w której póki co człowieka nie widziałam. Prowizorka. Czemu mają służyć bramy skoro są otwarte? Po co są drzwi, których nie ma?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Artykuły on-line

 



Z:A do pobrania Z:A do pobrania

© Oria Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.