Premiera Z:A nastąpiła: 19.11.2007, ostatnia aktualizacja serwisu www: 15.02.2011


Reklama

 
 

 

 

Architektura powinna uzupełniać widowisko

Artykuł   
opublikowany   
w Z:A_01_2010 


Artykuły on-line

 

Większość architektów deklaruje, że chcą tylko służyć społeczeństwu. Ja nigdy nie projektuję dużych obiektów pod klienta, ponieważ na ogół zna się na tym dużo gorzej ode mnie. Projektuję tak, jakbym to ja był inwestorem i późniejszym użytkownikiem. Najgorzej jeżeli architektura nie podoba się samemu autorowi – o doświadczeniach projektanta architektury sportowej opowiada Wojciech Zabłocki, szermierz, architekt, malarz i pisarz.

 

 

 

 

Panie Profesorze, ucieszył się pan, że Euro 2012 zostanie zorganizowane w Polsce?
> Początkowo się ucieszyłem. Przyznanie nam organizacji tej imprezy wydawało mi się ważnym etapem na drodze, która mogła doprowadzić do organizacji w Polsce Igrzysk Olimpijskich. Jestem w tę ideę zaangażowany osobiście, jako były olimpijczyk, wieloletni działacz Komitetu Olimpijskiego i prezes Polskiej Akademii Olimpijskiej. Ale potem się rozczarowałem.

Dlaczego?
> Decyzje, które podjęto w Warszawie w związku z organizacją Euro przekreślają, moim zdaniem, możliwość zorganizowania olimpiady w stolicy. Chodzi o Stadion Narodowy. Uważam, że w tym miejscu powinien stanąć stadion olimpijski, a buduje się stadion piłkarski. Towarzystwo Olimpijczyków Polskich wystosowało w tej sprawie list do premiera, ale nie przyniósł on efektów. Odpowiedź była wymijająca.

Jakie propozycje znalazły się w tym liście?
> Postulowaliśmy, żeby po pierwsze nie budować stadionu na wałach tego istniejącego, tylko obok. Po drugie podkreślaliśmy, że stadion narodowy powinien być uniwersalny, ze zmienną funkcją. Na ogół na takie rozwiązanie patrzy się nieufnie, dając za przykład Stade de France w Paryżu, gdzie zastosowano bardzo drogą, bo w pełni zautomatyzowaną metodę odsłaniania lub chowania bieżni. Ja zaproponowałem i nawet wykonałem model pokazujący, w jaki sposób można zmieniać tę funkcję tańszą, mechaniczną metodą. Trwałoby to trochę dłużej, ale podczas zmiany funkcji stadion mógłby być bez przeszkód wykorzystywany. Jednak nie chciano w ogóle o tym słyszeć. Niestety bardzo często ludzie, którzy decydują w tych sprawach nie wybiegają myślą poza własną kadencję. Myślą – zróbmy to Euro, a to, co będzie dalej... pożyjemy, zobaczymy.


Uznano, że skoro jestem sportowcem i architektem sprawdzę się w projektowaniu obiektów sportowych

 

Nikt nie poparł tej inicjatywy?
> Przede wszystkim nie było dostatecznego poparcia lekkoatletów. Fakt jest jednak taki, że powstaje stadion, którego żadną miarą nie da się przerobić na olimpijski. Teraz chcąc robić olimpiadę w Warszawie trzeba by budować nowy obiekt na ok. 80 tys. widzów. A pamiętajmy, że równolegle ze Stadionem Narodowym budowane są stadiony Legii i Polonii. Realizacja jeszcze jednego dużego stadionu w stolicy przeczyłaby zdrowemu rozsądkowi ze względu na koszty i późniejsze utrzymanie. Nie jest jednak powiedziane, że Warszawa ma monopol na starania się o Igrzyska Olimpijskie. Teoretycznie najlepsze warunki do adaptacji na stadion olimpijski ma obiekt w Chorzowie – położony w pięknym parku, obok w Katowicach jest hala Spodek... Poza tym rewaloryzacja miast przemysłowych przy pomocy mechanizmów olimpijskich ma obecnie duże przebicie w komisjach MKOl, zajmujących się oceną kandydatów. Tylko teraz w każdym mieście chcą się dorwać do Euro i postawić stadion czysto piłkarski.

Przez wiele lat był pan szablistą, zdobywającym medale na olimpiadach i mistrzostwach świata. Czy przy projektowaniu były te doświadczenia pomocne?
> Moje doświadczenie sportowca okazało się szczególnie przydatne w pierwszym okresie po wojnie. Wtedy mało kto podróżował, a ja, jako zawodnik, miałem tę możliwość. Jeździłem po świecie i oglądałem zagraniczne obiekty sportowe. Podpatrywałem jakie jest w nich zaplecze, jak rozwiązano sprawy akustyczne czy kwestię widowni. To było bardzo pomocne. Nie ukrywam także, że w początkowym okresie mojej pracy zawodowej było takie przekonanie, że skoro jestem sportowcem i jednocześnie architektem to z pewnością sprawdzę się jako projektant obiektów sportowych. A więc szermierka zdeterminowała do pewnego stopnia moją karierę zawodową.

Jak przedstawiał się stan krajowej infrastruktury sportowej, kiedy w 1954 roku kończył pan studia na AGH w Krakowie?
> Zostało trochę obiektów z okresu przedwojennego. Szczególnie na terenach poniemieckich było ich dosyć dużo. Z tym że one zostały zbudowane jeszcze zgodnie z XIX-wiecznym modelem architektury sportowej.


Ośrodek w Koninie – powstał dzięki związkom sportu z... przemysłem

 

Były jakieś plany rozbudowy tej infrastruktury?
> Pierwsze plany były tworzone przez Tadeusza Kuchara, lekkoatletę, trenera i działacza, członka znanej lwowskiej rodziny sportowej. Po wojnie był on przewodniczącym Departamentu Budownictwa Sportowego. Jednak nie mieliśmy w Polsce takiego jednego ogólnego planu jak chociażby niemiecki Złoty Plan, który określał, że na określoną liczbę ludzi musi być określona liczba obiektów. U nas zaraz po wojnie, po części z przyczyn politycznych było takie zadęcie, żeby mieć stadiony do rozgrywania międzynarodowych meczy czy organizowania, tak ważnych wtedy z przyczyn propagandowych, defilad i manifestacji. Niektóre kluby pochodzenia robotniczego jak Marymont czy Skra wykorzystały „klasowe” podejście władzy do dotacji i łatwiej uzyskiwały pieniądze na rozbudowę swoich obiektów. Wreszcie wybudowano Stadion Dziesięciolecia. A potem przyszło opamiętanie, że jednak takie wielkie reprezentacyjne obiekty nie zapewnią tężyzny socjalistycznemu społeczeństwu. Zaczęto więc budować mniejsze i ich powstawanie miało przeważnie związek z przemysłem. Przykładowo w jakimś mieście była kopalnia, powstawał klub i trzeba było zbudować dla tego klubu obiekt.

Studiował pan w latach 1949-1954, kiedy w architekturze rządził socrealizm narzucony wtedy wszystkim dziedzinom kultury. Czy uważał pan tę doktrynę za architektonicznie wartościową?
> To nie była dobra doktryna, ale czasami dawała dobre rezultaty. Kiedy dobry architekt projektował według zasady: „socjalistyczne w treści, narodowe w formie”, to osiągał nieraz dobre rezultaty. Dlatego powstawały obiekty, które wyglądają korzystnie na tle sztampy systemowych szklanych elewacji, jak np. zaplecze Nowego Światu, KS Polonia, biurowiec Leykama, teatr w Łodzi itp. A w ogóle to jestem przeciwnikiem oglądania architektury przez pryzmat polityki i krytykowania wszystkiego, co nie jest obecnie „poprawne politycznie”.

Co pan projektował na studiach?
> Moje pierwsze projekty to były obiekty turystyczne i budynki mieszkalne. Wtedy ja i moi koledzy pozostawaliśmy pod wpływem teoretyka i fanatyka stylu zakopiańskiego Włodzimierza Gruszczyńskiego z Krakowa. Robiliśmy trochę takie fantazje na temat, to było ciekawe i jakoś ten socrealizm pozostawał z boku. Jednak w zderzeniu z dużymi obiektami ta inspiracja okazała się nieprzydatna, to był już fałsz, upiększanie przy pomocy rozmaitych porządków i rozdętych do niemożliwości dachów. Na Wydziale Architektury Akademii Górniczo-Hutniczej z jednej strony studiowałem i rysowałem klasyczną architekturę zgodnie z planem zajęć, a z drugiej strony zgłębiałem, dostępne wtedy tylko w bibliotekach, zagraniczne czasopisma architektoniczne. Było to, obok wyjazdów, moje drugie źródło wiedzy na temat nowoczesnej architektury.


Pawilony AWF – pierwszy samodzielny projekt, dachy z efektem „latających dywanów”

 

Po studiach pracował pan (1954-1959) w krakowskim Biurze Projektów Przemysłu Cementowego i Wapienniczego – projektował pan przemysłówkę. Proszę opowiedzieć na czym polegała pańska praca?
> To był przypadkowy wybór. Ponieważ dużo czasu zabierały mi treningi, wyjazdy na zawody i obozy szkoleniowe, prezes mojego klubu Budowlani Kraków, który pełnił jednocześnie ważną funkcję w tym biurze, zdecydował, że weźmie mnie pod swoje skrzydła. Spędziłem tam dwa czy trzy lata. W przemysłówce do dzisiaj jest taka sytuacja, że technologia narzuca plan i bryłę a architekt robi tylko obudowę. Próbowałem stosować modernistyczne chwyty np. duże wsporniki, obnażoną konstrukcję, ale w sumie to był tylko krótki i mało znaczący fragment mojego zawodowego życia.

Kolejne miejsce pracy (1959-1969) to już Warszawa i Bistyp (Biuro Studiów i Projektów Typowych Budownictwa Przemysłowego), gdzie pracowały takie sławy jak Jerzy Hryniewiecki, Maciej Krasiński, Wacław Zalewski. Jaka była atmosfera w tym biurze?
> Wprowadził mnie tam Hryniewiecki, z którym się wcześniej znałem i przyjaźniłem. Jednak przydzielił mnie do zespołu z Główczewskim i Sikorskim, a nie do swego zespołu z Maciejem Krasińskim, z którym podobno trudno się współpracowało. Mój zespół robił przemysłówkę. W tamtym czasie Hryniewiecki również robił, a raczej konsultował, dużo przemysłówki. Tak więc przez krótki czas uczestniczyłem w projektowaniu nowocześnie rozwiązywanych tkalni i przędzalni w Kaliszu i Zduńskiej Woli. A potem dostałem z Komitetu Kultury Fizycznej od Kuchara swoje pierwsze samodzielne zlecenie – pawilony sportowe AWF. Nie byłem już wtedy pod żadną kuratelą. Wiedziałem, że w pokojach obok pracują Zalewski, Kuś, Krasiński, Gintowt, ale spotykałem się z nimi tylko na korytarzu (śmiech). Pracownicy Bistypu mieli świadomość, że biuro dzierży sztandar pierwszeństwa w Polsce i to niejako zmusza do dobrych projektów. Każdy z naszych projektów był ze wszystkich stron oglądany, krytykowany na rozmaitych naradach, dyskutowany.

(...)

Rozmawiał: Bartosz Wokan

Dalsza część artykułu: dostępna w wersji drukowanej Z:A oraz w pliku PDF Z:A_01/2010

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Artykuły on-line
 



Z:A do pobrania Z:A do pobrania

© Oria Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.